Korona za dziewięć groszy - AGOT CK II AAR

Temat na forum 'CK - AARy' rozpoczęty przez vantikir, 2 Wrzesień 2017.

  1. ers

    ers Aktywny User

    Grasz na wersji pod JD, Czy na poprzedniej?
     
  2. vantikir

    vantikir Aktywny User

    Fragmenty o Willemie rozgrywane były przeze mnie jeszcze na wersji poprzedniej, czyli 1.5. Ale za jakieś 2 odcinki pojawi się już wersja na JD.
     
    ers lubi to.
  3. vantikir

    vantikir Aktywny User

    [​IMG]

    W następnym roku umarł również dawny król Aegon. Jako lorda Południowych Stopni zastąpił go syn jego i Visenyi Wane, imieniem Orys. Z uwagi na śmierć Aegona, lord Willem przywołał na swój dwór z wygnania ser Gaemona, syna Daemona Wane’a i królowej Visenyi.

    [​IMG]

    By nie myśleć o osobistych tragediach, lord pogrążył się w studiach dotyczących taktyki, co uczyniło go lepszym dowódcą.

    GAEMON I

    Gaemonowi ciężko było w to wszystko uwierzyć.
    Rodzina… Opowieści matki pamiętał jak przez mgłę, sama jej postać w jego wspomnieniach pojawiała się jako kobieta o rozmazanej twarzy, o niezwykle pięknych, długich lokach w kolorze płynnego srebra. Nie licząc tych nielicznych wspominek, odkąd tylko sięgał pamięcią, zawsze był sam, zdany jedynie na swoje umiejętności. Jedynie jego silna wola, zręczność i sprawność w machaniu mieczem zapewniły mu intratne kontrakty w wielu kompaniach najemniczych w całym Essos. To jego dokonania, krew przelanych wrogów i wiele szalonych czynów, to one zapewniły mu członkostwo w kompanii Żelaznych Tarcz. I chociaż mógł wybrać dla siebie dowolne nazwisko, sięgnąć również po to, które nosiła jego matka, Gaemon chciał stać się mężem we własnym imieniu, przyjąć miano, które rozsławi jego osobiście, dlatego zdecydował się na przyjęcie herbu odmiennego od tego, który często widział na ubraniach matki. Rodzina, tak sądził, odwróciła się od niego, a więc i on się od niej zdystansował. Gaemon, pieczętujący się własnym herbem, pasowany na Myryjskich Ziemiach Spornych, w trakcie jednej z najkrwawszych bitew w historii Żelaznych Tarcz, nie potrzebował nikogo. A jednak…
    Znajdował się teraz na Wyspie Słonecznego Kamienia, ucząc fechtunku człowieka, który podawał się za jego krewniaka, pieczętującego się tym samym znakiem, który niegdyś nosiła matka Gaemona.
    - Jeszcze raz! - rzucił Gaemon, uderzając mieczem ćwiczebnym o drewnianą tarczę, przypiętą rzemieniami do jego prawego przedramienia – Wykorzystaj swoją szybkość.
    Nie tak wyobrażał sobie swojego krewniaka. Młodzieniec był imponującej postury, która przywodziła najemnikowi na myśl kowala. Jego rysy były ostre, szczęka pokaźna. Zarówno włosy jak i oczy młodego mężczyzny były czarne jak pióra kruka, nie odziedziczył po swoich przodkach ani fioletowych oczu ani srebrnych kosmyków. Zupełnie, jakby złączenie się rodu z możnymi z Westeros rozrzedziło valyriańskie dziedzictwo … Byli od siebie różni, w każdy możliwy sposób. Różniły ich wychowanie, wygląd, pochodzenie, osiągnięcia. A jednak, biorąc pod uwagę losy naszych przodków, byli kuzynami. Chociaż Gaemon nie chciał tego przed sobą przyznać, przybył na Stopnie nie tylko z ciekawości czy w poszukiwaniu protekcji u majętnego krewniaka…
    Najemnik nie chciał być sam. Brakowało mu rodziny. Kiedy zatem dowiedział się, że jakaś, choćby daleka, istnieje…
    - Teraz dobrze!? - zawołał Willem, gdy jego drewniane ostrze oparło się o szyję Gaemona, gdy ten za bardzo pogrążył się w zamyśleniu.
    Najemnik uśmiechnął się. Jedną z najważniejszych lekcji, jakiej nauczyły go liczne wojaże z kompanią Żelaznych Tarczy, była konieczność wykorzystywania każdej z okazji. Skinął zatem głową, odpowiadając w ten sposób na pytanie kuzyna.
    - Koniec na dzisiaj! - oznajmił Gaemon, odrzucając drewniany miecz i zdejmując z przedramienia tarczę – Jutro zmierzymy się ponownie.
    Lord Słonecznego Kamienia skinął głową.
    - Będę gotowy! - oznajmił poważnie.
    Gaemon nie był w stanie zrozumieć swojego kuzyna. Od jego sług usłyszał o tragedii, która spotkała jego oraz jego małżonkę, wydarzeniu, które odcisnęło piętno na wszystkich, którzy zamieszkiwali wyspę Słonecznego Kamienia. Żałobę po małym Corlysie dało się zauważyć wszędzie, poczucie straty było niemal namacalne, nawet po tylu dniach od śmierci dziecka. Żona Willema wciąż nosiła się na czarno, manifestując swoją żałobę, ale on… Gaemon widział zmianę w jego spojrzeniu, ale nie mógł pojąć, dlaczego jego kuzyn nie czyni tego, co winien zrobić pogrążony w żałości mąż… Pan Słonecznego Kamienia nie próbował pocieszyć żony, nie szukał zapomnienia w winie i ramionach obcych kobiet, nie spędzał swego czasu na modlitwie, miast tego skupiał się na studiowaniu strategii, lekcjach fechtunku… I to z człowiekiem, z którym łączyło go pokrewieństwo, ale którego nie znał, któremu nie mógł ufać. Który nie był w stanie udzielić mu sympatii, zapewnić ukojenia.
    Cóż, każdy inaczej radzi sobie ze stratą…
    - Po co tu jestem, kuzynie? - Gaemon zadał nurtujące go od tygodni pytanie pod wpływem impulsu.
    Przez ulotną chwilę, na twarzy lorda Słonecznego Kamienia zagościł trudny do ocenienia wyraz. Wpatrywał się w swojego kuzyna bez słowa.
    - Nastały niebezpieczne czasy, Gaemonie… - odezwał się w końcu Willem, w dość ponurym tonie – Rodzina powinna trzymać się razem.
    Gaemon słyszał niegdyś podobne słowa, gdy jeszcze służył w Żelaznych Tarczach. Najemnicy tej kompanii wywodzili się głównie z Północy, niegdyś dowodził nią trzeci syn lorda Starka… To właśnie on, przytoczył niegdyś stare porzekadło o samotnym wilku, który umiera, a także o stadzie wilków, które przeżywa. Wydźwięk owych słów był taki sam, jak tych, które przed chwilą wypowiedział Willem. Była to mądra maksyma, zawierająca w sobie stare prawdy, ale dla najemnika zabrzmiała pusto, gdy wypowiedział je człowiek, który go nie znał. Byli rodziną, to prawda, ale czy mogli sobie bezgranicznie zaufać?
    - Chcesz mnie uczynić swoim sługą? - najemnik spojrzał na swojego możnego kuzyna badawczo – To nie jest życie dla mnie, Willemie.
    Pan Słonecznego Kamienia pokręcił głową.
    - Mam dość sług i ludzi gotowych spełniać moją wolę… - lord wykonał prosty ruch ręką, wskazując zbrojnych, którzy ćwiczyli na placu nieopodal – Ale potrzebuję kogoś zaufanego. Dowódcy. Powiernika. Prawej dłoni.
    Gaemon nie spodziewał się tego. Prawa ręka lorda, on… Najemnik, który nigdy nie zagrzał nigdzie miejsca na dłużej? Osiąść na stałe, to nie była perspektywa, którą najemnik z Essos często rozważał, opcja, o której się żartowało, ale nie mówiło się o niej poważnie… Ale…
    Czemu chociażby nie spróbować?

    [​IMG]

    Część lordów nie chciała kłaniać się dziecku. Lord Żelaznych Wysp – Harlon Greyjoy – zasugerował, że namiestnik Cedrik Baratheon powinien zostać obwołany królem. Lord Willem poparł małoletniego króla.

    [​IMG]

    Bogowie nie oszczędzali lorda Willema. Choroba odebrała mu córkę, Minę.

    [​IMG]

    Kiedy lord Willem i jego brat, Maekar, wyruszali na wojnę, pan Zachodnich Stopni podjął trudną decyzję. By – w razie śmierci jego i jego brata – posiadłości Wane;ów nie dostały się w posiadanie lorda Cregana Boltona, wydano akt zmieniający zasady dziedziczenia.

    WILLEM VI

    Składałem przysięgę. I zamierzałem jej dotrzymać.
    Król Maegon posiadał rzesze popleczników. Był dla wielu – tak prostych poddanych, przez kapłanów, a na możnych kończąc – ucieleśnieniem dobrego monarchy, który zakończył straszliwe rządy Aegona V, ukrócił tyranię i zaprowadził pokój i porządek. Wiele nadawano mu przydomków, bardowie śpiewali o nim ballady, lordowie nazywali swoich synów na jego cześć, a uczeni z Cytadeli spisywali jego wszelkie czyny, porównując go do największych królów z dynastii Czerwonego Smoka. Ale kiedy tylko Maegona zabrakło, znaczna część wcześniejszych lojalistów odwróciła się od jego małoletniego syna, Aelora. Zaraz w stolicy pojawili się szarlatani, ludzie żądni władzy i przywilejów, którzy opadli chłopca i jego matkę niby muchy, żerujące na martwym ciele. Nie mogłem zrobić zbyt wiele, przyglądałem się więc bezsilnie postępowaniu całej tej zgrai, a później byłem świadkiem zdrady lordów Greyjoya i Baratheona. Walka przeciwko nim skazana była na porażkę, ale nie mogłem się wycofać. Złożyłem przysięgę memu królowi, którego traktowałem jak ojca, przysięgę, której nie zamierzałem złamać.
    Gaemon zjawił się szybko, gdy tylko ostatni z członków małej rady opuścili komnatę.
    - Wzywałeś mnie, kuzynie? - Gaemon odmówił noszenia liberii w barwach rodu jego matki i miast tego przywdział bogato zdobioną szatę w kolorach przyjętego przez siebie herbu.
    Uśmiechnąłem się na jego widok. Dobrze było zobaczyć przyjazną twarz. Dla odmiany.
    - Niedługo ruszam na Żelazne Wyspy… - oznajmiłem, krzywiąc się na wspomnienie planu doradców Aelora.
    Fioletowe oczy Gaemona rozszerzyły się, wyrażając jego zaskoczenie. Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, jakby miał nadzieję, że wybuchnę śmiechem lub w inny sposób zaprzeczę temu, co przed chwilą powiedziałem.
    - To nie ma sensu… - wyraził głośno to, co zaprzątało moje myśli przez całe obrady – Takie działanie może wyeliminować zagrożenie ze strony Żelaznych Ludzi, ale pozbawi..
    - Ochrony Królewską Przystań! - wpadłem mu w słowo, kończąc to zdanie za niego – Zdaję sobie z tego sprawę.
    Ludzie, którzy zasiadali w małej radzie Aelora… W większości byli intrygantami, którzy nie mieli pojęcia o taktyce czy strategii. Przeceniali siły lojalistów, nie doceniając potęgi Żelaznej Floty ani chorążych rodu z Końca Burzy. Zastanawiałem się tylko, czy ich brak kompetencji wynikał z niewiedzy czy było to celowe działanie… Byłem jednym z niewielu ludzi lojalnych wobec małego króla, wysłanie mnie na czele królewskich sił na Żelazne Wyspy było niczym podpisanie wyroku na mnie i każdego, kto będzie za mną podążał.
    Musiałem poprowadzić tych ludzi. Ale musiałem zrobić to sam. Maekar i Gaemon, dla nich miałem inne zadania.
    - Muszę wyruszyć… To postanowione. - machnąłem ręką, dając znak mojemu rozmówcy, że nie chcę powracać do tego tematu – Ale ty, kuzynie…
    Byłem gotowy by wyruszyć i spełnić swój obowiązek wobec króla, a także dotrzymać obietnicy złożonej dawnemu przyjacielowi. Ale wciąż, musiałem załatwić kilka spraw związanych ze swoją rodziną, przyszłość rodu miała dla mnie duże znaczenie. Nadchodziły ciężkie czasy dla Obrońców Stopni, przez moją decyzję znaleźliśmy się po stronie, które miała mniejsze szanse na wygraną. Do tego, zarówno ja i mój brat zamierzaliśmy wyruszyć na wojnę. Wystarczyły zbłąkana strzała, sztorm czy pojedynek z wytrawniejszym szermierzem, by synowie Corlysa Wane;a stanęli przed Nieznajomym, a włości, które od tylu lat znajdowały się w naszym posiadaniu… Byłem pewien, że lord Cregan Bolton wyruszy na Południe, by ubiegać się o prawa swojej żony. Ale wciąż żyli męscy potomkowie naszego rodu, nasze miano mogło przetrwać…
    - Udasz się na Stopnie, Gaemonie… - szybkim ruchem dłoni uciszyłem jego protesty – I przekażesz ten list maesterowi.
    Gdy jeszcze mówiłem, sięgnąłem po list, który wcześniej spisałem i wręczyłem go swemu kuzynowi. Ten ujął go lewą dłonią i spojrzał na pieczęć mego rodu, widoczną na pergaminie.
    - Co jest w tym liście? - zapytał Gaemon.
    Coś, czego moja siostra mi zapewne nie wybaczy, przemknęło mi przez myśl. Nie powiedziałem tego głośno, miast tego odpowiadając:
    - Instrukcje dla maestera… - odpowiedziałem – Dotyczące zmiany prawa w mojej domenie.
    Nie uznałem za celowe wdawać się w szczegóły. Ktoś, kto całe życie spędził w Essos, nie będzie znał [ustaleń Wielkiej Rady z 101 roku po Lądowaniu Aegona, Wedle tego precedensu, kobiety mogły dziedziczyć tron jedynie w przypadku śmierci wszystkich mężczyzn z rodziny. Tak mocno odcisnął się w świadomości przodków Taniec Smoków, że jego skutki widać było nawet w regulacjach prawnych… Dostarczając mi odpowiedniego oręża, który mogłem skierować przeciwko lordowi Boltonowi.
    - Chcę także… - dodałem jeszcze – Byś przekazał moje słowa Maekarowi.
    Osobiście poprowadzę armię królewską, zaś Gaemon w moim imieniu rozwiąże problem związany z sukcesją. Została zatem jedna rzecz, którą musiałem się zająć – potrzebowałem kogoś zaufanego tutaj, w stolicy, w otoczeniu małego króla. Sprawy Królewskiej Przystani nie mogły mnie teraz zaprzątać, nie w kilka dni przed wyruszeniem w bój. Komu mogłem zaufać, jeśli nie rodzonemu bratu?
    - Chcę by miał baczenie na króla Aelora… - Gaemon pokiwał głową, wyraz jego twarzy odsłonił przede mną fakt, iż mój kuzyn zdawał sobie sprawę z delikatności sytuacji młodego króla – Czerwonemu Smokowi przyda się chociaż jeden sojusznik w tym mieście.
    - Pełna zgoda, kuzynie… - odparł Gaemon, pocierając brodę w zamyśleniu – Musimy być ostrożni, jeśli chcemy się z tego wszystkiego wykaraskać.
    Bogowie wiedzieli, że miał pełną rację. Ale złożyłem przysięgę Maegonowi…
    I zamierzałem jej dotrzymać.
     
    Piterdaw i ers lubią to.
  4. vantikir

    vantikir Aktywny User

    [​IMG]

    Wedle nowych zasad, następcą lorda Willema został jego imiennik i najmłodszy syn pierwszego z Wane’ów, gdyż…

    [​IMG]

    …Maekar zdecydował się wstąpić do Gwardii Królewskiej króla Aelora.

    [​IMG]

    I chociaż lord Willem nie był zadowolony, ser Maekar podjął już decyzję i nie można było jej cofnąć.

    BIAŁY PŁASZCZ

    Bądź blisko małego króla, to było polecenie Willema.
    Maekar wiedział, że jako przybysz ze Stopni nie będzie nigdy w pełni zaakceptowany przez dworzan Czerwonego Smoka. Królewska Przystań rządziła się swoimi prawami, a każde wykroczenie przeciwko jej zasadom mogło okazać się śmiertelnie niebezpieczne. Jedno niewłaściwe słowo, rozmowa z nie tym człowiekiem, z którym się powinno ją nawiązać, zbyt wiele wypitego wina, jakikolwiek występek, wszystkie czyny w pewien sposób znaczyły człowieka, oblepiały go jak błoto, niszcząc białą szatę jego reputacji w zastraszającym tempie. Następca lorda Słonecznego Kamienia, dziedzic rodu Wane’ów, nie miał wielu przyjaciół w stolicy – większe rodu patrzyły na Maekara z pogardą, pamiętając, że swoją nobilitację jego przodkowie otrzymali dopiero za Maelysa. Ci, którym bliżej było do jego statusu, trzymali się na dystans, nie będąc skłonnymi do zaufania komuś, kto nie należał do możnych z Krain Korony. Większość uznawała przybysza ze Stopni za kogoś obcego, przybysza z zewnątrz, który próbuje uszczknąć dla siebie choćby część bogactwa, przywilejów czy wpływu, które należne są tym, którzy od lat pozostawali blisko dworu i stolicy.
    Nie było łatwo wkraść się w łaski otoczenia królewskiego. Ale Maekar znalazł inny sposób.
    W otoczeniu króla Aelora przebywało wiele osób. Królowa-matka i jej zausznicy, faworyci i ulubione dwórki. Członkowie małej rady, skupieni wokół lorda Gylesa, samozwańczego regenta, który przejął władzę po śmierci poprzedniego monarchy. Wszyscy nauczyciele chłopca, zarówno ci, którzy próbowali mu wpoić sztukę dyplomacji i wojny, jak i rycerze, którzy mieli nauczyć go fechtunku. Wszyscy oportuniści, którzy zajechali do stolicy w poszukiwaniu łatwego zarobku czy sposobu n a uzyskanie wpływu. Ale spośród tej całej rzeszy ludzi, niewielu posiadało bezpośredni dostęp do monarchy… Zabawnym było to, że mój problem rozwiązał sam lord regent, człowiek, który był przez mego brata uznany za naszego największego przeciwnika w stolicy.
    Lord Gyles zaoferował mi biały płaszcz.
    Dla przeciwników rodziny Maekara w stolicy to było idealne rozwiązanie. Ich planem było pozbycie się zarówno jego, jak i Willema. Wysłanie starszego z braci na Żelazne Wyspy, by prowadził nierówną walkę z przeważającym przeciwnikiem, a także zaoferowanie miejsca w Gwardii Królewskiej młodszemu z Wane’ów… To były dla nich idealne posunięcia. W ten sposób niemal do zera ograniczali wpływ rodu ze Stopni na politykę w stolicy, nie tylko dystansując obu braci od jakichkolwiek sojuszników, ale także pozbawiając ich wpływu na króla. Rozumowanie lorda regenta było proste – Biały Płaszcz przysięga bronić króla, być jego tarczą i mieczem w sytuacji bezpośredniego zagrożenia. Mianowanie kogoś członkiem Królewskiej Gwardii było wielkim zaszczytem, więc niejako Gyles wiązał ręce młodszego Wane’a, wrzucając go w sidła swojej intrygi. Czy wybrać potrzeby króla czy własnego rodu? To było pytanie, przed którym stawiano Maekara, pytanie, które dla kogokolwiek innego byłoby bardzo trudne.
    Ale Maekar Wane w białym płaszczu widział swoją szansę. Sposób na przysłużenie się swemu rodowi. Na wykonanie planu starszego brata.
    - Nie żałujesz tego, Wane? - ser Morros Boggs poruszył się delikatnie i skierował na swego towarzysza spojrzenie jasnych oczu – Przyjęcia płaszcza?
    Maekar skierował swoje spojrzenie na mężczyznę, który zajął pozycję po drugiej stronie szerokich drzwi. Większa część jego braci była ludźmi doświadczonymi, weteranami wielu potyczek i turniejów, którzy zdawali się niezwykle szorstcy i małomówni. Ale ser Morros… On był młody, niewiele starszy od Wane’a, a do Gwardii dołączył w pierwszym roku panowania króla Maegona. Różnił się od innych rycerzy Gwardii charakterem, był pełen energii i niezwykle towarzyski, uwielbiał uczty i turnieje. Nic dziwnego, że próbował zagaić rozmowę – warta przed drzwiami królewskiej sypialni była dla niego uciążliwa i nużąca.
    - To wielki zaszczyt… - odparł dyplomatycznie Maekar.
    Ser Morros prychnął. Na jego twarzy pojawił się zawadiacki uśmiech.
    - Nie jestem lordem regentem, bracie… - mruknął młody rycerz – Jemu opowiadaj tę bajeczkę.
    Maekar nie odpowiedział. W Królewskiej Przystani jedno, nierozważne słowo…
    - Dla mnie to dobra opcja… Jestem w końcu czwartym synem! - odpowiedź towarzysza zdawała się nie zrazić ser Morrosa – Ale dla ciebie?
    Maekar słuchał słów towarzysza w milczeniu. Nie zamierzał dyskutować o swoich powodach z człowiekiem, którego nie znał. Rodzina Boggsów była mocno związana z Ziemiami Korony i samą stolicą, więc prawdopodobnie ser Morros pozostawał na usługach lorda regenta.
    - Jesteś dziedzicem, Maekarze… - podjął temat ser Morros – A twój brat wyruszył na wojnę. Władza była na wyciągnięcie ręki!
    Tak, to była prawda. Tym chętniej lord regent zaoferował biały płaszcz następcy swojego największego rywala… W ten sposób miał nadzieję wywołać kryzys sukcesyjny na Stopniach, możliwą również była jego współpraca z lordem Creganem Boltonem… Ale prawda była taka, że Maekar Wane nie chciał władzy. Nie odpowiadała mu cała odpowiedzialność, która wiązała się z byciem lordem i Obrońcą Stopni. Nie zaakceptował miejsca w Gwardii Królewskiej jedynie ze względu na polecenie brata, chciał wytyczenia dla siebie innej ścieżki, z dala od Stopni i ciągłych potyczek z piratami, pragnął od życia czegoś innego…
    I miał nadzieję, że miejsce w Gwardii Królewskiej mu to zapewni.
    - Cóż mogę powiedzieć, ser… - ser Morros, zaskoczony tym, że jego towarzysz się nagle odezwał, spojrzał na Maekara – Do twarzy mi w bieli.
    Ser Morros parsknął, wyraźnie rozbawiony.
    - Jest w tym więcej prawdy niż mógłbyś sądzić, bracie… - na twarzy młodego rycerza pojawił się szeroki uśmiech – Jedna z dwórek królowej-matki zdaje się podzielać to zdanie.
    - Która? - zapytał od razu Maekar.
    Ser Morros uśmiechnął się, ale nie odpowiedział. Resztę warty spędzili w milczeniu.

    [​IMG]

    Lord Willem wsławił się, dowodząc siłami królewskimi na Żelaznych Wyspach.

    WILLEM VII

    Wśród piratów, niewielu było takich, którzy przetrwali walkę z Żelaznymi Ludźmi i żyli dostatecznie długo by o tym opowiedzieć.
    Mieszkańcy Żelaznych Wysp uchodzili za znakomitych żeglarzy, którzy nie bali się utonięcia. Morze było dla nich drugim domem, nie traktowali go niczym szalejącego żywiołu, który trzeba okiełznać, oni byli z nim jednością. Czy to przez sobie tylko znane sztuczki czy przez błogosławieństwo ich Utopionego Boga, Żelaźni zdawali się w jakiś sposób panować nad wodą, czyniąc sobie z niej świetne narzędzie, które w ich rękach urastało do rangi najgroźniejszej broni. Dzięki niej uderzali szybko i precyzyjnie, z całą furią atakując tam, gdzie przeciwnik nie był w stanie się obronić. Siły Królewskiej Floty były zbyt skromne, okręty toporne, zbyt duże i pozbawione zwrotności, bez wsparcia flotylli takich rodów jak Velaryonowie, Lannisterowie czy Redwynowie… Nie mogliśmy dorównać Harlonowi Greyjoyowi na morzu, wiedział o tym każdy, kto zasiadał w małej radzie króla Aelora. Nasze siły były nieliczne i nie mogły ani obronić stolicy ani każdego innego zakątka Siedmiu Królestw, który padłby ofiarą napaści Żelaznych Ludzi na ich długich łodziach. W takich okolicznościach, moi przeciwnicy wśród dworzan przekonali lorda regenta o tym, że wojnę można zakończyć szybko – uderzając w samo serce Żelaznych Wysp, w rodzinne siedliszcze zbuntowanego rodu Greyjoyów. Uważali, że gdy w niewolę dostaną się synowie lorda Harlona, on sam złoży broń i zaprzestanie walki. Liczyli się również z porażką mojej ekspedycji, która dla nich także okazać by się mogła korzystna, wielu z nich moja śmierć otworzyłaby drogę ku zaszczytom…
    I w ten właśnie sposób znalazłem się na Pyke, broniąc straconej sprawy.
    - Naprzód! - oficerowie przekazali mój rozkaz i pierwsze z szeregów sił królewskich rozpoczęły swoją wędrówkę.
    Nasi przeciwnicy pozwolili nam zejść z okrętów. Cierpliwie czekali, aż moi żołnierze ustawią się w określonej formacji, obserwując przemieszczających się żołnierzy z wysokości wzgórza, na którym zajęli swoje pozycje. Spodziewałem się po Żelaznych Ludziach natychmiastowego ataku, pełnego furii, ale dowódcy byli w stanie powstrzymać swoich podwładnych, skwapliwie wykorzystując znajomość terenu i wszelkie jego możliwości.
    - To nie jest garnizon Pyke… - odezwał się Jon, wpatrując się w czekających na nas przeciwników – Co to za wojownicy?
    Miał rację. Zbrojni, których lord Greyjoy pozostawił na Pyke schroniliby się za murami jego zamku, nie wychodząc nam naprzeciw. Wojownicy, którzy zajęli pozycje na szczycie wzgórza… Spojrzałem w ich kierunku ponownie, skupiając swój wzrok na sztandarach, łopoczących na wietrze nad ich zwartą formacją.
    - Ród Harlaw… - jeden z oficerów wskazał dłonią na jeden z nich – Sztandar rodu Blacktyde…
    Przypomniałem sobie stare traktaty maesterów o dawnych królach Żelaznych Wysp. Antyczni królowie z obu tych rodzin toczyli wiele potyczek z rodem Gardenerów, niegdyś władającym nad Reach. Pamiętałem o przynajmniej dwóch królach z tego starożytnego rodu, którzy walczyli z Żelaznymi Ludźmi i ponieśli klęskę, tracąc przy tym życie.
    Nie zamierzałem podzielić ich losu.
    - Jest jeszcze jeden sztandar! - wskazałem ten, który górował nad centrum formacji przeciwnika, zupełnie, jakby miał wskazywać na najważniejszego z dowódców – Ryba na czarnym tle.
    Oficer, który wcześniej zidentyfikował rody Harlaw i Blacktyde skrzywił się.
    - To srebrny dorsz, mój panie… - rzekł ponuro – Znak rodu Codd.
    Nie powiedział nic więcej, zupełnie, jakby oto krótkie zdanie miało wystarczyć mi za odpowiedzieć. Spojrzałem na niego, z wyraźną ciekawością. Nigdy nie słyszałem o podobnym rodzie, nie było jego członków wśród dawnych bohaterów czy królów, nie dokonali wielkich czynów, które godne by były zapisania wśród ksiąg Cytadeli.
    - To rodzina złodziei i tchórzy, mój panie… - wyjaśnił oficer – Nie cieszą się szacunkiem nawet wśród Żelaznych Ludzi.
    A jednak, to właśnie członek owego rodu stawał naprzeciw nas, broniąc domu swego pana, któremu przysięgał wierność. Nie zamierzałem lekceważyć żadnego z wrogich dowódców, ich reputacja była bez znaczenia dla strategii czy taktyki. Wielu zdawało się o tym zapominać, lekceważąc sobie swojego przeciwnika, popełniając jeden z największych błędów, który mógł popełnić mąż ruszający do bitwy. W wojennej zawierusze wiele mogło się wydarzyć – honorowy rycerz mógł zginać od zabłąkanej strzały, wielki wojownik ulec słabszemu od siebie, bitwa mogła być przegrana nawet przez nieubłagany czas, który nie pozwolił posiłkom dotrzeć na czas, przed złamaniem się formacji… W momencie, w którym zetrą się nasze siły, dowódcy wroga będą dla mnie Tristiferem Muddem, Benedictem Justmanem czy Aegonem Zdobywcą i zrobię wszystko by ich zgnieść, odnieść zwycięstwo w imieniu mojego króla…
    I wrócić do domu.
    - Żelaźni nie porzucą swoich pozycji… - odezwałem się, zerkając na Jona – Będziemy musieli wyjść im na spotkanie.
    Wojownicy przeciwnika tworzyli zwartą formację muru tarcz. Byłem pewien, że wykorzystają przewagę wysokości i zaatakują, gdy będziemy się ku nim wspinać. W ich szeregach nie dostrzegłem zbyt wielu łuczników, przytłaczająca ilość ich sił składała się z lekkiej piechoty. Wciąż, bronili swoich Wysp, znali je znacznie lepiej niż my… Musiałem spodziewać się podstępu czy zasadzki i być gotowym na…
    - Jakie rozkazy, mój panie? - zapytał Jon, wytrącając mnie z rytmu.
    Obróciłem się bokiem ku swoim żołnierzom, by po raz ostatni prześlizgnąć się spojrzeniem po swoich siłach. Musiałem wykorzystać różnorodność swoich sił – nękać wroga łucznikami, na pierwszą linię posłać włóczników i w pełni wykorzystać doświadczonych żołnierzy, weteranów wojny, która przywróciła na tron Maegona...
    - Włócznicy pójdą przodem, osłaniając resztę… - rzuciłem, a oficerowie powtórzyli moje rozkazy – Ale najpierw… Zasypiemy ich gradem strzał!
    Wyrządzenie jak największych szkód formacji wroga, gdy nie doszło jeszcze do bezpośredniego starcia…
    Położyłem dłoń na rękojeści miecza. Po krótkiej chwili, zacisnąłem palce na jego rękojeści i dobyłem broni. Odetchnąłem głęboko. Wszystko miało się rozstrzygnąć. Właśnie teraz, na wyspie Pyke, w samym sercu terytorium wroga.
    Tak daleko od domu.

    [​IMG]

    Zdradziecki Cedrik Baratheon pokonał siły małego króla i sam przyjął z rąk Wielkiego Septona koronę. Lord Willem nie pojawił się na uroczystej koronacji.

    [​IMG]

    Król Cedrik po koronacji podjął zaskakującą decyzję – zdecydował się wspomóc Nocną Straż w walce przeciwko nowemu Królowi Za Murem, Calonowi.​
     
    Piterdaw lubi to.
  5. vantikir

    vantikir Aktywny User

    [​IMG]

    Król Cedrik zdawał sobie sprawę, że musi zdobyć przychylność dawnych popleczników Czerwonego Smoka. Nadał więc swemu siostrzeńcowi tytuł Namiestnika Zachodu.

    BIAŁY PŁASZCZ II

    Willem zawsze był dumny i nieustępliwy.
    Maekar napełnił srebrny puchar winem i podał go bratu. Od czasu przybycia lorda Słonecznego Kamienia do Królewskiej Przystani, Willem robił wszystko, co w jego mocy, by wyprowadzić króla z równowagi. Oddalił eskortę, którą przydzielił mu monarcha. Wdał się w poważną kłótnię z królewskim namiestnikiem, której świadkami stali się dworzanie Cedrika, a później udał się do komnat rycerza Gwardii Królewskiej, za nic sobie mając gościnne kwatery, które przygotowali dla niego słudzy Baratheonów. Starszy brat Maekara ostentacyjnie, w każdym swoim działaniu, manifestował swój sprzeciw wobec monarchy – rycerz Gwardii Królewskiej był pewien, że obecny Obrońca Stopni z radością zawitałby w Czerwonej Twierdzy, ściskając w dłoni ogromny sztandar z trójgłowym smokiem Targaryenów. W opinii Maekara, jego upór nie miał sensu, nie warto było kurczowo trzymać się przegranej sprawy… Zwłaszcza, gdy nowy król był ich wujem i drogą Wane’ów ku zaszczytom.
    - Przytulnie tu! - Willem ujął podany mu wcześniej puchar i omiótł spojrzeniem skromnie urządzoną komnatę.
    Maekar nie odpowiedział na zaczepkę. Nie spodziewał się, że do konfrontacji ze starszym bratem dojdzie tak szybko, nie był przygotowany na tę rozmowę. Milczał więc, przyglądając się Willemowi bez słowa, zmuszając go do tego, by to on podjął temat.
    - Hojnie cię wynagrodzono za twoją zdradę, braciszku… - Willem upił łyk wina i wbił w Maekara spojrzenie, które aż skrzyło się od złości, dobitnie wyrażało oskarżenie.
    Maekar doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ta rozmowa nie będzie łatwa, ale wystarczyło jedno zdanie, a rycerz Gwardii był gotowy do uderzenia brata w twarz. Poczuł, że palce jego lewej ręki zaciskają się w pięść. Willem miał czelność oskarżać go o zdradę – najbardziej lojalnego ze swoich ludzi? Maekar poświęcił całą swoją pozycję, całą przyszłość, po to tylko by bronić interesów starszego brata i całego rodu. Tymczasem, Willem gotowy był w imię nieaktualnych powiązań zaprzepaścić największą szansę, jaką Wane’owie posiadali, od czasu, w którym Visenya Wane poślubiła samego króla. Maekar poczuł nagły przypływ gniewu, tak duży, że nie był w stanie go powstrzymać. Rzucił bratu wyzywające spojrzenie i odezwał się:
    - Zamknij się i słuchaj! - warknął, a zaskoczony nagłą agresją brata Willem wykonał jego polecenie – Mam dość twoich humorów. Sprawa Czerwonego Smoka jest przegrana, a sam mały król udał się na wygnanie.
    Willem otworzył usta, żeby wygłosić kolejną, zapewne kąśliwą, uwagę, ale Maekar nie dał sobie przerwać. Zamierzał wypowiedzieć swoje zdanie w całości, wyrzucić bratu wszystko naraz, nie zamierzał słuchać kolejnych obelg mężczyzny, który zachowywał się w ostatnim czasie jak obrażone dziecko.
    - Musisz się z tym pogodzić i zaakceptować nową rzeczywistość! - oznajmił dobitnie Maekar – Twoim królem jest teraz Cedrik Baratheon. Twój wuj, na miłość Siedmiu!
    W tamtej chwili, młodszy z Wane’ów gdzieś miał rodową dewizę, przekonania brata, a nawet jego poświęcenie w niedawnej wojnie. By przetrwać, trzeba było dostosowywać się do zmiennej sytuacji Westeros – tego nauczyło Maekara życie w stolicy, w bezpośrednim otoczeniu królewskim. Willem musiał to w końcu zrozumieć, inaczej ród ze Stopni nigdy nie osiągnie znaczącej pozycji, a jego członkowie po wieki będą potykać się z piratami. Rycerz Gwardii Królewskiej pragnął od życia czegoś więcej, chciał być poważanym… Pamiętanym ze względu na swoją wierną służbę i więzi z Baratheonami…
    Ale wszystkie jego plany przekreślała dziecinna postawa jego brata.
    - Przestań myśleć o sobie… - dorzucił na sam koniec Maekar – I zacznij myśleć o swojej rodzinie. Jak na głowę rodu przystało.
    Była w tym pewna ironia… Rycerz Gwardii Królewskiej, ten, który przysięgał bronić swego monarchy o każdej porze, wyrzekając się więzów rodzinnych, zapominając o rodowym mianie, upominał swego brata by ten dbał o dobro rodziny…
    - Co powinienem zrobić? - zapytał Willem po dłuższej chwili – Jaką masz dla mnie radę, mały bracie?
    W jego tonie wciąż dało się słyszeć ironię, ale stracił on na napastliwości. Maekar mógł być pewien, że lord Wane przynajmniej wysłucha jego słów.
    - To czas na wykorzystanie swoich powiązań z królem… - Maekar potarł brodę w zamyśleniu – Cedrik musi dotrzeć do sojuszników Czerwonego Smoka. Ugłaskać tych, którym nie w smak Jeleń na tronie.
    Willem skrzywił się ii szybkim ruchem opróżnił puchar.
    - Chcesz bym dał się mu przekupić? - ton Willema ponownie stał się chłodny – Mojej lojalności nie można...
    Upór starszego brata stał się dla Maekara drażniący. Cała ta rozmowa zdawała się dla Białego Płaszcza pozbawiona sensu, bezcelowa. Ale czuł potrzebę wypowiedzenia swojego zdania, nawet, jeśli nie zostanie ono wysłuchane.
    - Chcę byś był blisko króla… - Maekar poprawił biały płaszcz – Sprawa Targaryenów jest przegrana.
    Willem milczał długo, wpatrując się w swojego brata. Zdawał się całkowicie pogrążony w myślach, jego palce mechanicznie bębniły o srebrny puchar.
    - Nie dla mnie… - odezwał się w końcu – Ale masz rację. Moja lojalność nie powinna mnie zaślepiać.
    Maekar nie mógł powstrzymać gorzkiego uśmiechu, który cisnął mu się na usta. Wielki Willem w końcu zorientował się, że powinien przede wszystkim przejmować się sprawami własnego rodu, nie zaś rodziny, z którą nie łączyły go więzy krwi… Byk nigdy nie będzie smokiem, bez skrzydeł nie będzie w stanie wzbić się w przestworza.
    Szkoda tylko, że Willem zaakceptował to dopiero teraz.

    [​IMG]

    Król Cedrik wiedział, że będzie potrzebował wszelkiego wsparcia w swojej walce. Przywrócił więc Wiarę Wojującą.

    GAEMON II

    W mieście panowało dziwne poruszenie.
    Gaemon dobrze znał wielkie metropolie, będące bijącymi sercami całych królestw. Odwiedził wiele z nich, gdy był jedynie mieczem do wynajęcia, w dawnych czasach, w Essos. To były antyczne miasta, wzniesione jeszcze za panowania dawnej Valyrii, kilkukrotnie większe i na pewno bardziej okazałe niż siedziba wzniesiona zaledwie trzy stulecia temu przez walecznego monarchę. Jeśli jego dawne podróże czegoś go nauczyły, było to wyczucie rytmu, w jakim żyło takie miasto. Wielokrotnie dawał się po prostu ponieść tej powolnej pobudce, która później przeradzała się chaos, nieład, intensywne i szybkie egzystowanie wśród bezkształtnej masy tłumu, by w końcu… Bardzo powoli uspokoić się, wyciszyć i zgasnąć, by powtórzyć cały cykl następnego dnia. Esencją takiego miejsca był nieład – a wśród ulic Królewskiej Przystani dało się dostrzec porządek. Porządek, którzy był narzucony. Ludzie zbijali się w małe grupy, wszędzie dawało się dostrzec patrole Złotych Płaszczy, na ulicach nie było wielu powozów bogaczy. Miasto wydawało się zbyt ciche, pozbawione naturalnego zgiełku, niezbędnego mu chaosu. Gaemon rozejrzał się po raz ostatni, skinąwszy głową przechodzącym obok strażnikom w liberii rodu królewskiego.
    - Wszystko w porządku? - melodyjny głos Miny wyrwał go z zamyślenia.
    Gaemon nie odpowiedział. Otworzył jedynie drzwi powozu i zajął miejsce naprzeciw lady Miny Wane, znanej również jako Mina Tyrell, Róża Wysogrodu. Jego towarzyszka z pewnością zasługiwała na ten tytuł w młodości, ale czas nie obszedł się z nią łaskawie. Próbowała jego upływ maskować na różne sposoby – uśmiechem, kokieterią, różnymi specyfikami, najdroższymi tkaninami, klejnotami… Ale jej oczy, jej błękitne oczy zdradzały wszystko. Niegdyś jej pięknu towarzyszyły energia i radość, ale wszystkie tragedie, które ją spotkały… Odcisnęły na niej piętno, tak silne, że z dawnej Róży pozostały tylko kolce.
    - Pięknie dziś wyglądasz, moja pani… - odezwał się Gaemon, próbując tym miernym komplementem zrównoważyć wcześniejsze przemyślenia.
    Na twarzy lady Miny pojawił się delikatny, niemal nieśmiały uśmiech. Ale tak szybko, jak się pojawił, zaraz zgasł.
    - Dziękuję za twoje miłe słowa, kuzynie… - lady Mina uniosła głowę i spojrzała w oczy swojego rozmówcy, ale zaraz odwróciła wzrok – Żałuję tylko, że nie słyszę ich już od męża.
    Kolejny rozdział smutnej historii Róży Wysogrodu, jej relacje z małżonkiem. Gaemon nie przebywał na Stopniach, gdy się pobrali, nie był więc obecny przy ich pierwszym spotkaniu, nie obserwował ich pierwszych lat. Gdy przybył na Słoneczny Kamień, małżonkowie już oddalali się od siebie – lady Mina nie potrafiła dać Willemowi syna, a na ich relacjach dodatkowo cieniem położyła się śmierć ich najstarszej córki. Pan Słonecznego Kamienia stał się dla żony zimny, swój żal i gniew skierował przeciwko piratom, z którymi jego rodzina walczyła od pokoleń. Sama Mina została więc panią odległej wyspy, która w niczym nie przypominała okazałego Wysogrodu. Była pozostawiona samej sobie, nie mając nawet pewności, czy jej mąż powróci z kolejnych wypraw. Stali się sobie obcy.
    Gaemon nie był nawet pewien czy ostatni rozkaz Willema to przejaw dawnego uczucia czy jedynie wyraz pewnego obowiązku…
    Ale kuzyn uczynił go przybocznym swej żony i Gaemon zamierzał dotrzymać danego mu słowa.
    - Dlaczego stoimy? - zapytała po chwili lady Mina, gdy powóz się zatrzymał.
    W pierwszym odruchu, Gaemon wzruszył ramionami.
    - Sprawdzę to! - zmitygował się po chwili.
    Przyczynę owego postoju poznał niemal od razu, gdy tylko wyszedł z powozu. Przed jego oczami, wzdłuż całej szerokości ulicy, rozciągała się cała rzesza ludzi. Przez krótką chwilę, rycerz pomyślał o zamieszkach, o tym, że biedota w końcu wyszła na ulice, ale ci ludzie nie byli agresywni. Po prostu szli przed siebie, wolnym krokiem, w zwartej grupie.
    - To jakieś zgromadzenie! - powiedział głośno rycerz, by lady Mina była w stanie go usłyszeć – Sprawdzę, o co może chodzić.
    Nie czekając na odpowiedź, ruszył w kierunku tłumu, dołączając do poruszającej się wolnym tempem ludzkiej masy. Ku jego zaskoczeniu, wśród przechodniów panowała nadzwyczajna cisza, nie rozmawiali ze sobą, jedynie parli naprzód. Gaemon rozejrzał się i dostrzegł towarzyszących temu pochodowi zbrojnych w barwach Baratheonów, którzy podążali za tłumem.
    - Przepraszam… - szepnął Gaemon do kobiety, idącej po jego prawej stronie – Dokąd zmierzamy?
    Starsza kobieta w podartej sukni spojrzała na niego. W jej spojrzeniu zaskoczenie mieszało się z niedowierzaniem.
    - Król będzie przemawiał na stopniach Wielkiego Septu… - odpowiedziała szeptem – Straż od rana…
    Szybko umilkła i odwróciła wzrok, gdy dał się słyszeć szczęk zbroi. Jeden z mężczyzn z barwach rodu z Końca Burzy podszedł do nich i spojrzał na Gaemona.
    - Jakiś problem… - odezwał się mężczyzna, jednocześnie wbijając w Gaemona oceniające spojrzenie – Ser?
    Napięcie było niemal wyczuwalne. Więc plotki były bliższe prawdzie… Król Cedrik nie panował nad ludnością stolicy. Mógł przejąć tron, ale ludzie wciąż pamiętali dobrego króla Maegona, który położył kres wojnom. I jego małego syna, którego pozbawiono należnego mu tronu. Jedynie zbrojni z Krain Burzy zapewniali spokój w Królewskiej Przystani…
    - Chciałem jedynie wiedzieć… - odpowiedział Gaemon, patrząc w oczy zbrojnemu – Gdzie zmierzają ci ludzie.
    Mężczyzna wskazał głową kierunek, w którym zmierzali wszyscy zebrani.
    - Proszę do nas dołączyć… - rzekł tylko – I się przekonać.
    Gaemon skinął głową i zwolnił kroku, pozwalając się wyprzedzić mieszkańcom miasta. Towarzyszami jego pochodu stali się teraz zbrojni z Krain Burzy. Rycerz próbował jeszcze kilka razy zagaić rozmowę ze zbrojnym, który go wcześniej zaczepił, ale ten zawsze go uciszał. Szedł więc w milczeniu, czekając aż staną w końcu przed Wielkim Septem.
    - Spójrz! - odezwał się jego niedawny rozmówca, gdy w oddali pojawił się zarys Septu – Jesteśmy na miejscu.
    Wokół Septu zgromadziły się tłumy ludzi. Ale to nie rzesza zgromadzonych przyciągnęła spojrzenie Gaemona. To padło na dwójkę mężczyzn, którzy górowali nad wszystkimi – pierwszym z nich był sam monarcha, rycerz rozpoznał go poprzez rodowe barwy. Towarzyszył mu Wielki Septon, którego Gaemon rozpoznał po jego szatach.
    - Królestwo nie może istnieć bez Wiary! - przemówił król, głośno i dźwięcznie – Jest ona bowiem…
    Gaemon nie musiał słuchać przemówienia króla. Nie wiedział, co prawda, wiele o Wierze Wojującej oraz o poczynaniach dawnego króla, Maegora Okrutnego, ale rozumiał sytuację monarchy. Cedrik musiał zebrać wokół siebie tych, którzy go popierali, ugruntować swoją pozycję. Zawierając przymierze z Wielkim Septonem…
    Mógł utrzymać Królewską Przystań w ryzach.

    [​IMG]

    Po niemal 30 latach tułaczki, na Słoneczny Kamień powrócił Willem Wane, najmłodszy syn protoplasty rodu.​
     
  6. vantikir

    vantikir Aktywny User

    [​IMG]

    Na Słoneczny Kamień przybyła piękna kapłanka w czerwieni, mamiąc lorda Willema. Wkrótce odwrócił się on od Siedmiu i zwrócił się ku kultowi Czerwonego Boga.

    WILLEM VIII

    Zamek godny lorda.
    Marzenie wielu… Od prostaczków, którzy spoglądają na swoich panów z nabożnym podziwem, po zamożnych kupców pragnących szlacheckiego tytułu, wędrownych rycerzy, których jedynym pragnieniem jest zdobycie chwały i bogactwa, a nawet drugich i trzecich synów wielkich rodów, którzy swój los zmuszeni byli powiązać z Cytadelą, Murem czy Siedmioramienną Gwiazdą. Mój przodek nie był wyjątkiem. Zdobył dla siebie wyspę, herb i wielkie zaszczyty, ale wciąż brakowało mu odpowiedniego siedliszcza, które bardziej by pasowało do jego statusu niż drewniana hala pirackiego lorda. Zapiski pierwszego z maesterów Słonecznego Kamienia nie pozostawiały nawet cienia wątpliwości – budowa zamku była jedną z pierwszych decyzji podjętych przez pierwszego z Byków. Trwała od lat, nieprzerwanie, tak długo, jak Wane zasiadał na Słonecznym Kamieniu, trwając razem z nami…
    Ale to ja chciałem zostać tym, który ujrzy zamek w pełnej okazałości. Musiałem ukończyć budowę.
    Przysiadłem przy jednym z okolicznych drzew, opierając się o jego pień plecami. Czasami potrzebowałem chwili spokoju, czasu spędzonego w samotności, kiedy mogłem zastanowić się nad następnymi posunięciami. W takich chwilach, przychodziłem tutaj, wchodząc na obszar wyspy, który nie był jeszcze ujarzmiony przez ludzi, ale wciąż pozostawał niemal w całości we władaniu natury. Tutaj mogłem odpocząć od obowiązków, ciągłego utyskiwania podwładnych, a także królewskich nakazów, które Cedrik przekazywał mi poprzez mojego brata. Przez długie miesiące trawił mnie gniew, nie mogłem się pogodzić z porażką, którą odniosłem, ale tutaj… Tutaj jej ciężar nie był aż tak obezwładniający.
    - Mój panie! - uniosłem głowę i ujrzałem Jona, zbliżającego się ku mnie – Wybacz, że przeszkadzam…
    Kapitan straży wiedział, że nie lubię być niepokojony, gdy przebywam w tej części wyspy. Na jego twarzy malował się grymas, który odsłonił przede mną jego poirytowanie. Zwróciłem spojrzenie na towarzyszącą mu kobietę, która energicznym krokiem zmierzała wprost do mnie, całkowicie ignorując swego towarzysza. Była niezwykle wysoka, przewyższałem ją ledwie o głowę. Jej odzieniem była długa, karmazynowa szata, na głowę zarzucony miała kaptur, ale nie był on w stanie ukryć przede mną niesfornych kosmyków długich, płomiennorudych włosów. Jej twarz była niezwykle piękna, pełna tej dziewczęcej urody, która opuściła Minę lata temu. Spoglądała na mnie jasnozielonymi oczami, a w tym spojrzeniu było coś intensywnego, coś, czego nie potrafiłem nazwać.
    - Wybacz mi, mój panie… - odezwał się Jon, kiedy on i jego towarzyszka znaleźli się bliżej – Owa kobieta nalegała…
    - Lordzie Wane! - przerwała mężczyźnie kobieta o głosie miłym dla ucha – Serenei z Volantis.
    Wstałem niemal natychmiast, a kobieta odziana w karmazyn skłoniła się dwornie. Skinieniem głowy podziękowałem Jonowi, niemal nieświadomie wykonując niedbały ruch dłoni by oddalić od siebie kapitana. Mężczyzna skłonił się i – po raz ostatni wbijając spojrzenie w kobietę – odwrócił się na pięcie i odszedł.
    - Wybacz to najście, lordzie Willemie… - powiedziała, uśmiechając się delikatnie – Musiałam z tobą pomówić.
    Zaraz… Volantis. Czerwone szaty. Magnetyczna aura wokół tej kobiety oszołomiła mnie, przynajmniej na początku, ale szybko udało mi się zebrać myśli. Kapłanka w czerwieni, do tego przybyła z Volantis. Czego mogli ode mnie chcieć słudzy Czerwonego Boga?
    - Przebyłaś długą drogę, pani… - odpowiedziałem, również się uśmiechając – Zakładam więc, że to sprawa wielkiej wagi.
    Skinęła głową i zbliżyła się, spoglądając mi prosto w oczy. Było to spojrzenie tak przeszywające, że miałem wrażenie jakby patrzyła wprost w otchłań mojej duszy. Poczułem ukłucie niepokoju, ale ten zaraz zniknął, gdy zobaczyłem w jej spojrzeniu zrozumienie, dobroć i współczucie.
    - Widziałam cię w płomieniach, lordzie Willemie… - wyszeptała, podchodząc bliżej o kolejny krok – Całą niesprawiedliwość, która cię spotkała. I wielkie czyny, których możesz dokonać.
    Przez krótką chwilę, w mojej głowie zrodziła się nieśmiała myśl, która kwestionowała jej słowa, ale zaraz została zduszona przez ich sens. Wiedziała, co mnie trapiło, znała moją przyszłość, a ja skłonny byłem jej zaufać. Nie mogła się mylić, nie ona.
    - Pan Światła przysłał mnie do ciebie… - mówiła dalej, szepcząc te słowa wprost do mojego ucha – On może dać ci wszystko, czego pragniesz.
    Uniosła dłoń i delikatnie dotknęła mojego policzka. Niemal nadludzkim wysiłkiem odwróciłem od niej spojrzenie. Coś było nie…
    - Lordowie Westeros są słabi… - mówiła dalej, a ja stałem i słuchałem, zupełnie pozbawiony woli – Siedmiu odwróciło się od ciebie…
    Miała rację. Siedmiu, bogowie, których wyznawałem całe życie… Odebrali mi mego króla, pozwolili wygrać moim wrogom, zdusili życie mojej ukochanej córki. Kiedyś byłem gotów występować w obronie Wiary z mieczem w dłoni, ale teraz…
    - Ja… - dostrzegłem na jej szyi naszyjnik, srebrny łańcuch, na którym zawieszono jasnozielony klejnot – Nie rozumiem. Dlaczego tutaj przybyłaś?
    Klejnot zdawał się pulsować delikatnym światłem, czułem niemal bijące od niego ciepło… A może to było ciepło jej ciała?
    - Pan Światła cię wybrał, Willemie Wane… - jej druga dłoń oparła się o mój prawy policzek – Ja cię wybrałam.
    Próbowałem spojrzeć ponownie na ten klejnot, ale przytrzymała moją głowę i zmusiła mnie, bym spojrzał jej w oczy.
    - Noc jest ciemna i pełna strachów… - wyszeptała – Ale płomienie ukazały mi króla, którego światło je rozproszy.
    Króla… Nie chciałem korony, pragnąłem czegoś innego. Objąłem kobietę ramieniem, przydusiłem do siebie, a lewą dłonią dotknąłem jej naszyjnika. Poczułem jego ciepło, które było tak wielkie, że niemal parzyło.
    - Nie pragnę korony… - odpowiedziałem, a moje palce pogładziły klejnot – Czy twój bóg może mi dać…
    Nie zdążyłem dokończyć zdania, bo czerwona kapłanka wpiła się w moje usta, napierając na mnie całym swoim ciałem, popychając mnie na drzewo. Moja dłoń przesunęła się z naszyjnika na jej szyję, gładząc ją delikatnie i zatrzymując się na jej podbródku. Jej dłonie oparły się o moją pierś, a sama Serenei cofnęła głowę.
    - Będziesz miał wielu synów, wybrańcu Pana Światła… - na twarzy kapłanki ponownie pojawił się szeroki uśmiech – Sama tego dopilnuję.
    Zielony kamień zgasł, stał się zimny. Ale jego magia nie była już potrzebna, Willem Wane podjął decyzję.
    Taka obietnica mu wystarczyła.

    [​IMG]

    Czerwona Kapłanka fascynowała lorda Willema…

    [​IMG]

    Ser Harry Strickland ogłosił, iż król Cedrik nie jest prawdziwym potomkiem lorda Steffona!

    [​IMG]

    W wyniku wojny domowej, żona lorda Willema stała się… Panią całego Reach!

    GAEMON III

    Gaemon wyprostował się, kładąc dłoń na głowni swojego miecza. Był gotowy do obrony swej pani.
    Przybyli lordowie zignorowali mężczyznę stojącego po prawej stronie lady Miny i na jej znak zajęli miejsca przy biesiadnym stole. Srebrnowłosy rycerz nie był dla nich istotnym, byli przecież ludźmi, którzy decydować mieli o losie całej krainy. Gaemon spodziewał się podstępu, skrytobójczego ataku, zatrutego wina, był więc czujny. Przyglądał się uważnie każdemu z przybyłych, wiedząc, że lady Mina wiele ryzykuje, przyjmując ich pod dach. Cała ta wyprawa była niezwykle niebezpieczna i kuzyn lorda Słonecznego Kamienia był jej przeciwny, ale decyzja pozostawała w gestii lady Tyrell, to ona podjęła ostateczną decyzję. Gaemon nie mógł jej winić, chodziło przecież o rodzinę.
    A cóż jest na świecie od niej ważniejszego?
    Tym sposobem, sławny rycerz z Essos znalazł się w Wysogrodzie, służąc żonie swego kuzyna jako obrońca. To właśnie zaproszenie jej młodszego brata, skłoniło lady Minę do powrotu do rodzinnego siedliszcza. I to właśnie sprawy familijne sprawiły, że do Wysogrodu ściągnęli wszyscy znaczący lordowie całego Reach. Życie Gaemona było prostsze, gdy obracało się wokół złotych monet, chętnych dziewek i słodkiego wina, ale w Westeros… W Westeros poznał smak intrygi, zawiłości polityki i zorientował się, że bitwy wygrywać można nie tyle siłą miecza, co zawierając sojusze. Zdawało mu się wręcz, że wielcy panowie Westeros stronili od niebezpieczeństw bitewnego pola, bardziej radzi pozbywać się przeciwnika trucizną czy zjednywać sobie przyjaciół poprzez włączenie ich do rodziny.
    - Lady Mino… - pierwszym, który przemówił, był lord Fossoway – Zbyt długo nie było cię w Wysogrodzie.
    Gaemon nie mógł powstrzymać grymasu, który pojawił się na jego twarzy. Był pewien, że wielcy lordowie będą próbowali zjednać sobie lady Minę pustymi pochlebstwami, czułymi słówkami, być może nawet drogimi prezentami. Nie przedstawili jeszcze swoich żądań, ale już, zapewne nieświadomie, rozpoczęli wyścig, który w ich mniemaniu miał prowadzić do osiągnięcia zaszczytów i przywilejów, miał gwarantować przychylność przyszłej pani Reach. Gaemon był pewien, że większość obecnych w pomieszczeniu mężczyzn nie była szczera, za ich słowami kryła się jedynie chęć osiągnięcia wymiernego zysku.
    Lady Mina uśmiechnęła się szeroko, odpowiadając zdawkowym słowem podziękowania na każde pochlebstwo, które padało z ust jej gości.
    Gaemon był spokojny. Przez te lata, w których służył lady Minie, zdążył ją poznać. Wiedział, że jest niezwykle przenikliwą niewiastą. Zdawała sobie sprawę z tego, że lordowie Reach mogli się zwrócić do jej młodszego brata, ale młodzieniec był porywczy, nieprzewidywalny, trudny do utrzymania w ryzach. Najstarsza córka, wychowana w Wysogrodzie, ale szybko wydana za mało znaczącego możnego na Stopniach, osoba łatwo ulegająca wpływom, która nie posiadała żadnych powiązań z największymi graczami w Reach, ale posiadała odpowiednie miano… Nic dziwnego, że zwrócili się właśnie do niej, kiedy lord Dickon okazał się okrutnikiem, gotowym ukarać każdego, kto przeciwko niemu wystąpi.
    Nie doceniali lady Miny. I tylko Gaemon wiedział, jak bardzo duży popełniali błąd.
    - Czego oczekujecie w zamian? - lady Mina przerwała lordowi Fossowayowi – Co jest ceną za wasze poparcie?
    Lord Fossoway spojrzał na lady Minę, udając zaskoczenie. Ale jego teatralne grymasy nie były w stanie oszukać nawet rycerza, który stał u jej boku. Gaemon nie mógł powstrzymać drwiącego uśmiechu, który sam cisnął mu się na usta.
    - Chcemy jedynie pokoju… - zaprotestował pan Doliny Manderu – Lord Dickon…
    - Mój brat się z wami nie liczył… - przerwała mu lady Mina – Nie w smak wam rządy twardej ręki. Dlatego się do mnie zwróciliście.
    Lady Mina wstała, podniosła głos. Gdy przemawiała, jej spojrzenie prześlizgnęło się po każdym z zebranych lordów. Gaemon uśmiechnął się, widząc, że żaden z nich – tych możnych panów, którzy wcześniej tak prześcigali się w zabieganiu o względy lady Miny – nie odwzajemnił jej spojrzenia. Być może dopiero teraz zorientowali się, że stojąca przed nimi kobieta ma w sobie więcej ze swoich braci niż mogli wcześniej przypuszczać.
    - Nie interesują mnie wasze gierki… - oznajmiła lady Mina – Dajcie mi Wysogród, a będziecie mogli kłócić się między sobą do woli.
    Lord Fossoway otworzył usta, ale nic nie powiedział. On i jego poplecznicy zaprosili lady Minę by łaskawie zaoferować jej władzę, a w zamian uzyskać przywileje. Ale teraz role się odwróciły – to oni potrzebowali najstarszej córki Tyrellów, ta zaś nie potrzebowała panów z Reach. To oni chcieli stawiać jej warunki i żądania, ale straszliwie się przeliczyli.
    - Możecie odejść! - dodała lady Mina, łagodnym tonem.
    Zebrani lordowie popatrzyli po sobie, skonsternowani. Lord Fossoway wstał jako pierwszy i skłonił lekko głowę przed lady Miną.
    - Pani… - na jego twarzy pojawił się fałszywy uśmiech – Dziękuję za gościnę.
    Pozostali zebrani podążyli wkrótce za tym, którego wybrali na swojego przywódcę. Nie minęło wiele czasu, a Gaemon i lady Mina pozostali sami w głównej komnacie. Dopiero wtedy rycerz zdjął dłoń z głowni miecza, a kobieta spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
    - Jak wypadłam? - zapytała, podchodząc do swojego obrońcy.
    Gaemon uniósł dłoń i odgarnął z twarzy Miny niesforny kosmyk włosów. Całe to przedstawienie, tyle zachodu, po to tylko by przekonać do siebie jednego człowieka. Nie chodziło o lorda Fossowaya czy innych, którzy się wokół niego zebrali. To lord Hightower rządził i dzielił w całym Reach, to jego wsparcie było decydujące. Starzec nie pałał miłością do Dickona ani porywczego i upartego najmłodszego z Tyrellów, a Mina chciała zapewnić mu to, co cenił sobie najbardziej – spokój i wolność, nie zamierzała zagrażać jego pozycji w żaden sposób. Słowa Miny były na jego użytek, by mógł ocenić, jak będą przedstawiać się jej rządy.
    - Idealnie, moja pani… - Gaemon uśmiechnął się i złożył delikatny pocałunek na czole Miny – Hightower cię wesprze. Nie jest głupcem.
    Nie jest Willemem Wane’em, pomyślał Gaemon.
     
  7. vantikir

    vantikir Aktywny User

    [​IMG]

    Czerwona Kapłanka nawróciła mieszkańców Słonecznego Kamienia na słuszną wiarę.

    BIAŁY PŁASZCZ III

    Coś się zmieniło.
    Na samym początku, Maekar odrzucał tę myśl, jako coś niedorzecznego. Nie bywał często w domu rodzinnym, a Słoneczny Kamień był ważnym punktem, w którym stykały się interesy Siedmiu Królestw i Wolnych Miast, zmiana była niejako wpisana w jego egzystencję. Kupcy i żeglarze pojawiali się i znikali, a na samej wyspie spotkać było można przybyszy z wielu krain… Jedynym, co pozostawało niezmienne, były sztandary pana wyspy i przechadzający się gdzieniegdzie zbrojni w czerni i bieli Wane’ów. Rycerz Gwardii Królewskiej zdawał sobie z tego doskonale sprawę, a jednak miał wrażenie, że coś mu umyka. Oczywisty detal, który był łatwy do dostrzeżenia, natrętna myśl, pozostająca uparcie ukrytą gdzieś w głębi podświadomości. Maekar potrząsnął głową, odrzucając od siebie natrętną myśl i wkroczył do septu. Pytanie, które wcześniej sobie zadawał, bardzo szybko zostało zastąpione przez inne, nieco bardziej naglące:
    Dlaczego Willem chciał się spotkać w świątyni?
    Rycerz Gwardii Królewskiej przekroczył próg świątyni i… Zamarł, na widok ołtarza. Samo wnętrze świętego przybytku nie zmieniło się znacznie, ale Maekar nie dostrzegł ani jednej rzeźby przedstawiającej którekolwiek z siedmiu bóstw. Młody mężczyzna postąpił krok do przodu, zbliżając się do najważniejszego miejsca w świątyni. Wkrótce znalazł się naprzeciw ołtarza, ołtarza, na którym spoczywała bogato zdobiona misa. Niemal bezwiednie, bez udziału myśli, Maekar uniósł lewą dłoń i zbliżył ją do płomienia.
    - Piękny, prawda? - na dźwięk kobiecego głosu, rycerz obrócił się szybko – Święty płomień daje ciepło tym, którzy na to zasługują.
    Kobieta zbliżała się ku rycerzowi Gwardii powoli, ostrożnie stawiając każdy krok. Ubrana była w suknie krwistej barwy, o misternym kroju i znacznym dekolcie. Maekar dostrzegł na jej szyi srebrny łańcuch, którego zwieńczeniem był szmaragd opadający na jej pierś. Jej włosy, barwy płomienia, który rozpalono na ołtarzu, spływały luźną falą na jej plecy. Rycerz uniósł głowę i spojrzał na jej twarz, pełną dziewczęcego uroku i wdzięku, którego próżno mu było szukać w Czerwonej Twierdzy… Na jej ustach malował się szeroki uśmiech, ale mężczyzna poczuł ukłucie niepokoju, bo był to raczej drapieżny grymas. Na samym końcu, uniósł lekko głowę i spojrzał prosto w jej jasnozielone oczy.
    I chociaż bardzo chciał, nie mógł odwrócić wzroku. Poczuł się bezsilny, pozbawiony woli, sparaliżowany.
    - Mieszkańcy Stopni go potrzebują, rycerzu… - nieznajoma zatrzymała się przed nim, unosząc dłoń i kładąc ją na jego policzku – W końcu… Noc jest ciemna i pełna strachów.
    Maekar czuł się przytłoczony. Nie był w stanie wytłumaczyć tego uczucia, ale przebywanie tak blisko tej kobiety… Czuł, że się dusi, nie jest w stanie złapać oddechu. Przecież jedynie przy nim stała, gładziła go delikatnie po policzku, ale Biały Płaszcz czuł, jakby jej dłoń zaciskała się niczym żelazne imadło wokół jego szyi.
    - Kim jesteś… - przemówił z trudem – Pani?
    - Ah! - uśmiechnęła się i zabrała dłoń z policzka mężczyzny – Wybacz mi, mój rycerzu. Serenei z Volantis, służka Pana Światła.
    Kobieta dygnęła przed nim, niczym niezamężna panna przed samym królem. Ale on nie zwrócił na to uwagi, bowiem w chwili, gdy jej dłoń zniknęła z jego policzka, rozpłynęło się również to nieprzyjemne uczucie bezradności i przytłoczenia. Rycerz wyprostował się i spojrzał na kobietę ponownie. Zdawało mu się, że klejnot, który nosiła, tli się lekko. Kimkolwiek była, rycerz Gwardii Królewskiej właśnie zdał sobie sprawę z tego, że była niezwykle niebezpieczną osobą.
    - Spodziewałem się zastać tutaj mojego brata… - odezwał się Maekar, ostrożnie dobierając słowa – Czy wiesz, gdzie go znajdę, pani?
    Wizyta w domu rodzinnym przyniosła wiele pytań, a do tego żadnych odpowiedzi. Maekar wiedział jedynie, że Willem jest ważnym elementem królewskich planów. Wizyta na Stopniach nie była dla rycerza Gwardii Królewskiej sposobem na obudzenie nostalgii czy zaspokojenia tęsknoty za domem rodzinnym, Białe Płaszcze służyły królowi, a nie swoim rodom. W sakwie Maekara spoczywała wiadomość opatrzona pieczęcią Baratheona, wiadomość, którą miał dostarczyć swojemu bratu. Coś złego działo się w Słonecznym Kamieniu, skoro Willem kazał swemu bratu przybyć do septu, a później zasłaniał się kobietą w czerwieni.
    - Mój pan nie czuje się najlepiej… - ku zaskoczeniu Maekara, troska w jej głosie brzmiała prawdziwie, w jej tonie przebrzmiewały nuty czułości – Ja doglądam jego spraw. Lord Willem mi ufa.
    Maekar przypomniał sobie o wcześniejszym uczuciu, które stało się jego udziałem. Jeśli miała taki wpływ na Willema…
    - Przekażesz mi wiadomość od króla… - kobieta spojrzała na sakwę, którą rycerz zawiesił na pasie – Czy nie?
    Maekar poczuł ukłucie niepokoju. Skąd mogła wiedzieć o królewskiej wiadomości? Sam nikomu o niej nie wspominał… Mawiało się, że w Czerwonej Twierdzy nawet ściany mają uszy, ale czy wpływy tej kobiety, cudzoziemki, mogły sięgać tak daleko? Rycerz nie odpowiedział, patrząc głęboko w jasnozielone oczy kapłanki w czerwieni. Szukał w nich choćby cienia wskazówki, ale nie był w stanie dostrzec absolutnie nic.
    - Miałem ją przekazać mojemu bratu… - powiedział w końcu, odwracając wzrok, uciekając przed jej spojrzeniem.
    Nic nie odpowiedziała, jedynie wyciągając ku niemu rękę. Zrezygnowany rycerz sięgnął ku sakwie i wydobył z niej wiadomość opatrzoną królewską pieczęcią. Bez słowa obserwował kobietę, gdy łamała pieczęć i zagłębiła się w lekturze listu.
    - Jeżeli król naprawdę tego pragnie… - powiedziała w końcu – Musi zjawić się tutaj osobiście. Na Słonecznym Kamieniu odbędzie się turniej rycerski… Za kilka miesięcy.
    Nie mówiąc nic więcej, kobieta obróciła się i ruszyła ku wyjściu. Maekar złapał ją za ramię.
    - To wszystko? - zapytał, zdezorientowany.
    Kobieta zatrzymała się i obróciła ku niemu głowę.
    - Przekaż mu moje słowa… - powiedziała, jej ton stał się chłodny i nieznoszący sprzeciwu – Zjawi się. Widziałam to w płomieniach.
    Mocnym szarpnięciem oswobodziła swoje ramię i wyszła z septu. Maekar długo jeszcze patrzył się w wejście do świątyni, a potem wzdrygnął się. Nie wiedział, co działo się ze Słonecznym Kamieniem, kim była ta kobieta i co zrobiła Willemowi…
    Jedna rzecz była dla niego jasna. Nie chciał tutaj wracać.
    Nie, kiedy rządziła tutaj kobieta w czerwieni.

    [​IMG]

    By uczcić trzydziesty dzień imienia swej żony, lord Willem zorganizował turniej w Słonecznym Kamieniu.

    [​IMG]

    Zwycięzcą ogłoszono ser Gartha Sloane’a.

    [​IMG]

    Król Cedrik wyruszył na podbój Wolnych Miast – Myr i Pentos.

    WILLEM IX

    Cedrik pofatygował się osobiście.
    Słowa kobiety w czerwieni się potwierdziły. Jej wizje zawsze się sprawdzały, wszystko szło wedle planu Pana Światła. Musiałem przyznać przed samym sobą, że nie wierzyłem w jej siłę, spodziewałem się, że jej obietnice były jedynie czczymi przechwałkami, podobnymi do tych, które wygłaszali septoni, ale oto dumny potomek Orysa Baratheona stał przede mną, w mojej drewnianej hali, szukając we mnie oparcia, prosząc o pomoc. Ten. Który zdradził prawdziwego monarchę, człowiek bez honoru, zwykły uzurpator, właśnie on miał czelność przybyć do mojego domu i domagać się ode mnie wypełnienia mojej powinności jako wasala Korony… Lata mijały i Cedrik mógł zapomnieć, ale ja nigdy nie zapomniałem o tym, że powinność wobec Siedmiu Królestw wypełniałem przelewając krew na Żelaznych Wyspach.
    Ale moja zemsta jeszcze mnie czeka. By ją osiągnąć… Musiałem odegrać swoją rolę w przedstawieniu.
    - To zaszczyt… - przemówiłem, skinąwszy wujowi głową – Gościć samego monarchę w moich skromnych progach.
    Drewniana hala była pusta, poza nami nie było w niej żywej duszy. Mogłem darować sobie grzeczności i od razu przejść do sedna sprawy, ale ciężko mi było darować sobie pewną dozę uszczypliwości czy ironii. Wedle słów kobiety w czerwieni, musiałem przystać na propozycję uzurpatora, ale to nie znaczyło wcale, że musiałem padać do jego stóp, przepełniony wdzięcznością i miłością. Ten człowiek mógł być moim wujem, ale był mi tak bliski, jak obca osoba… Która ośmieliła się założyć na skronie koronę mego ojca.
    - Miło ponownie odwiedzić Słoneczny Kamień! - Cedrik nie odniósł się do mego tonu – Byłem tutaj tylko raz… Gdy moja siostra stała się jego panią.
    Przez chwilę panowało między nami milczenie. Każdy z nas powrócił do wspomnień, przez chwilę zjednoczyła nas osoba mojej matki. On znał ją wcześniej, jako wesołą i pełną energii dziewczynę, którą oślepił żądny krwi tyran… A ja powróciłem pamięcią do tych nielicznych wspomnień, które się z nią wiązały. Kiedy byłem dzieckiem, rzadko się uśmiechała. Była prawdziwą damą, panią tego miejsca, ale na próżno było w niej szukać tej dawnej, radosnej iskry. Zupełnie, jakby jej część zgasła, tak samo jak jej oczy, wydarta jej przez Czarnego Smoka…
    - Czego ode mnie chcesz, wuju? - zapytałem wprost, patrząc na króla wyzywająco – Nie uwierzę, że opuściłeś stolicę by brać udział w turnieju rycerskim na Stopniach. To daleka droga.
    Cedrik Baratheon spojrzał na mnie, jego oczy stały się czujne. Odchrząknął.
    - To prawda… - zaczął, zgadzając się niechętnie z moimi słowami – Turniej był dla mnie pretekstem.
    Oczywiście. Nie spodziewał się, że odeślę z niczym swojego rodzonego brata, że będę tak bardzo uparty. Myślał, że krew płynąca w moich żyłach wystarczy, bym posłusznie zgiął kark i wsparł go bez słowa sprzeciwu. Pamiętałem rady Maekara, wiedziałem, jak powinienem występować, ale Serenei powiedziała, że moja nieustępliwość złamie wolę Jelenia. Że widziała to wszystko w płomieniach – dumnego uzurpatora, który korzy się przede mną, by tylko uzyskać moje wsparcie. Nadszedł niepewny czas i Cedrik Baratheon potrzebował lordów ze Stopni, kogoś, komu może zaufać…
    - Łowcy niewolników z Myr i Pentos nękają moich poddanych… - powiedział w końcu król – Adarys im pomaga.
    Skinąłem głową. Łowcy niewolników wiedzieli, że na Stopniach znajdą jedynie śmierć. Wymierzałem im sprawiedliwość szybko i bezlitośnie. Ale wybrzeże Westeros… Poszczególni lordowie nie mogli powstrzymać ich szybkich i precyzyjnych ataków, ich odpowiedź była zbyt wolna i nieskuteczna. Floty możniejszych wasali króla osłaniały większe miasta, ale małe osady… One stanowiły łatwy cel dla zdeterminowanych ludzi.
    - To smutne wieści, wuju… - odparłem obojętnie – Ale cóż mają do tego Stopnie?
    Uniósł wzrok i spojrzał na mnie, a ja dopiero teraz dostrzegłem, jak bardzo jest zmęczony. Wuj postarzał się znacznie, jego twarz pokryła się zmarszczkami, pod oczami miał cienie, a jasne i gęste włosy przerzedziły się i gdzieniegdzie mieniły się szarością. Korona musiała stanowić dla niego brzemię… Chociaż to wciąż była za mała cena za jego zdradę.
    - Zamierzam uderzyć na te Wolne Miasta… - oświadczył Cedrik Baratheon chłodnym tonem, w którym przebrzmiewała ponura determinacja – By taki atak się powiódł… Potrzebuję Stopni.
    Miałem ochotę się zaśmiać, ale ton monarchy był poważny. Baratheon naprawdę zamierzał przeprawić się przez Wąskie Morze i rzucić wyzwanie nie jednemu, ale dwóm Wolnym Miastom! Nie uczynił tego w przeszłości żaden z królów, nawet tych, którzy mieli u swego boku smoki…
    - Moja flota nie jest liczna… - odparłem, nie komentując ambitnych planów wuja – A moi ludzie są potrzebni tutaj.
    Cedrik spojrzał na mnie. W jego oczach kryło się coś, czego nie mogłem do końca ocenić. Osobliwa powaga?
    - Prowadziłeś siły Czerwonego Smoka przeciwko przeważającym siłom… - król po raz pierwszy odniósł się do tego, że występowałem przeciw niemu – Każdy dzień na Stopniach to walka przeciwko piratom i łowcom niewolników.
    Chciałem mu przerwać, ale wuj uniósł dłoń we władczym geście, uciszając mnie.
    - Chcę byś poprowadził moje siły… - oświadczył Cedrik – Nie ma lepszego kandydata od ciebie.
    Prowadzić siły człowieka, przeciwko któremu tak zaciekle walczyłem? Sama ta prośba była dla mnie uwłaczająca. Sama myśl należała do tych zabawniejszych – oto, jak w przedziwny sposób układają się ludzkie losy… Niegdyś zaciekli wrogowie, ramię w ramię ruszają na przeciwnika… Gdyby było to w mojej mocy, odmówiłbym prośbie uzurpatora. Ale – wedle słów Serenei – musiałem stanąć na czele królewskiej armii. To był jeden z elementów planu, który przygotował Pan Światła. A na jego końcu…
    Na jego końcu miała na mnie czekać zemsta.
     
  8. vantikir

    vantikir Aktywny User

    [​IMG]

    Królewska Flota zniszczyła flotę Pentos, na czele z ogromnym okrętem flagowym samego Magistra.

    GAEMON IV

    Gaemon przechylił się przez burtę i zwymiotował.
    Rycerz nie cierpiał morza. Woda była dla niego żywiołem strasznym, nieokiełznanym i niszczycielskim, bardziej nawet niż ogień, przed którym kłaniali się Czerwoni Kapłani. Ogień można było zdusić, ugasić, zatrzymać, ale woda… Ona mogła wydawać się stateczna i niegroźna, poddawała się wiosłom, które w ruch wprawiała siła ludzkich mięśni, brodził przez nią statek, na którego pokładzie Gaemon stał, ale wystarczyła chwila by rozpętało się piekło. Rycerz widział niegdyś statki, które zmagały się z furią morza w trakcie sztormu, widział doświadczonych marynarzy i wielkich wojowników, którzy jeden po drugim przegrywali walkę z żywiołem i byli przez niego pożerani… Po to tylko, by ich napuchnięte ciała pojawiły się na brzegu, wyniesione nań przez tę statyczną i spokojną wodę, tak odmienną od tej, która sprowadziła na nich zagładę.
    To kołysanie doprowadzało go do szału.
    - W porządku, Gae? - rycerz uniósł głowę i spojrzał na ser Lorasa Redwyne’a, który wyszczerzył zęby w uśmiechu – Strasznie zbladłeś.
    Ser Loras Redwyne, najmłodszy syn pana Arbor, był wysokim i postawnym młodzieńcem. Jego szczęka była kwadratowa, rysy jego twarzy niezwykle ostre, zachował również cechy właściwe dla swego rodu – jego głowę okalała burza miedzianych loków, gdzieniegdzie na jego twarzy dostrzec można było nieliczne piegi. Podobnie jak Gaemon, służył on pani Wysogrodu jako jeden z zaufanych przybocznych, ale dzisiaj lady Mina miała dla nich obu inne zadania.
    - W porządku… - Gaemon wstał, podpierając się dłonią o burtę statku – Morze mi nie służy.
    Kiedy tylko lady Mina wyjawiła rycerzowi swoje plany, Gaemon błagał ją o to, by wybrała kogoś innego. Był gotów oddać życie za panią Wysogrodu, był gotów użyczyć jej swego miecza, zniszczyć każdego z jej przeciwników. Ale oddawać się w służbę królowi, by spełniać jego ambicję? Prowadzić dobrych ludzi na śmierć, w walce, która nie należała do nich… Rycerz zgodził się towarzyszyć flocie Redwyne’ów tylko poprzez wzgląd na swoją panią, na to, że ona go o to poprosiła. Nie chciał wracać do Essos, do swojego domu, jako najeźdźca. A jednak, stał teraz na pokładzie „Róży Arboru” i zmierzał ku Pentos…
    By je zdobyć.
    - Przyzwyczaisz się! - Loras machnął ręką – Potrzebujesz tylko trochę czasu…
    Nawet jeśli ser Loras miał rację, Gaemon nie miał czasu. Nie chciał spędzać na pokładzie okrętu ani jednej chwili dłużej niż było to konieczne. Zadaniem floty z Reach było połączenie się z flotyllą królewską i zablokowanie całego wybrzeża Pentos. Szczelna blokada miała uniemożliwić przeciwnikowi handel i dostarczanie wyposażenia dla wrogiej armii. Gdy tylko połączone floty spełnią swój pierwszy cel, na miejscu zjawią się statki transportujące żołnierzy i rozpocznie się pierwsza w historii Siedmiu Królestw inwazja… Inwazja na jedno z Wolnych Miast, żołnierze Żelaznego Tronu po raz pierwszy w historii walczyć będą nie w Westeros, nie na Stopniach, ale na innym kontynencie, w Essos…
    Walczyli tam wcześniej, pomyślał Gaemon. Ale o Złotej Kompanii niewielu pamiętało.
    - Wroga flota! - krzyknął nagle jeden z marynarzy – Wróg w polu widzenia!
    Ser Loras Redwyne zareagował jako pierwszy. Puścił się pędem przed siebie i w kilka chwil znalazł się na dziobie statku. Gaemon dźwignął się niechętnie i przeszedł przez pokład szybkim krokiem. W dalszym ciągu nie czuł się pewnie, stąpając po drewnianym pokładzie, ale z każdą mijającą chwilą owa czynność przychodziła mu z większą łatwością. W tamtej chwili jego myśli zaprzątał jednak problem innej natury – rycerz z Essos nie znał się na prowadzeniu walki na morzu, nigdy nie brał udziału w podobnej potyczce…
    - Kurwa mać… - warknął Loras Redwyne przez zaciśnięte ze złości zęby – Cała pierdolona flota. Z jebanym okrętem flagowym…
    Wkrótce Gaemon mógł podziwiać flotę Wolnego Miasta w całej okazałości. Na jej czele znajdował się jeden z największych statków, jakie rycerz widział w swoim życiu, przynajmniej dwa razy większy od tego, na którego pokładzie teraz stał. W jego cieniu znajdowała się linia okrętów, które wyglądały na jednostki bojowe, a za nimi wlokła się cała masa mniejszych statków, prawdopodobnie handlowych.
    - Ten potwór na czele to okręt samego Magistra… - szepnął Loras Redwyne – Nazwał go „Pentos”. Bardzo, kurwa, oryginalnie.
    Gaemon słuchał swego towarzysza w milczeniu. Z ich dwójki, to potomek rodu z Arbor znał się na żegludze i prowadzeniu walki na morzu. Starszy rycerz czekał, aż młodzieniec wykaże się inicjatywą, wyda odpowiednie rozkazy…
    - Mamy przewagę jeśli chodzi o dromony… - powiedział, bardziej do siebie niż do Gaemona, Loras – Jeśli zwiążemy „Pentos”…
    W oczach młodzieńca pojawił się osobliwy błysk. Zdecydowanie, zadziwiająca determinacja. Gaemon był pewien, że w jego umyśle narodził się jakiś plan, taki, który będzie miał szanse powodzenia. Loras odwrócił się i spojrzał na stłoczoną za jego plecami załogę.
    - Za chwilę nas staranują, chłopcy! - ryknął młodzieniec na całe gardło – Przygotujcie się do obrony!
    Gaemon rzucił jeszcze szybkie spojrzenie w kierunku flagowego krętu Magistra. Staranują? Jeśli ten statek choćby uderzy burtą „Różę Arboru”…
    - Staranują? - powtórzył tępo Gaemon, mając nadzieję, że się przesłyszał.
    Loras odwrócił się ku niemu i wskazał dłonią, zachęcając rycerza by przyjrzał się frontowi okrętu wroga.
    - Tak prowadzi się walkę na morzu, przyjacielu… - wyjaśnił zdawkowo młodzieniec – Będą nas taranować, a potem zdobywać pokład.
    Gaemon skinął głową. Słowa towarzysza go uspokoiły. Jeżeli ludzie z Pentos będą próbowali wejść na pokład, rycerz będzie gotowy. Nie przepuści żadnego z nich, a każdy, który będzie próbował go minąć, zapłaci cenę w krwi. Walka, w której miecz stawał przeciwko mieczowi, to było coś, co znał i coś, co rozumiał. Odetchnął głęboko i zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Był gotowy.
    Rozpoczynała się walka o Pentos.

    [​IMG]

    Wojownicza królowa Narba Adarys z Tyrosh nie zdecydowała się na pojedynek z lordem Willemem.

    [​IMG]

    W kolejnej z bitew lord Willem zmierzył się z Gyleno Thelisem, krewnym samego Magistra.

    WILLEM X

    Głupcy! Nie mogli mnie zranić.
    Nie potrafili pojąć planu Pana Światła. W swojej naiwności występowali przeciw niemu, łudząc się, że są w stanie powstrzymać nieuniknione. Tak rozpaczliwie pragnęli kształtować własny los i świat, który ich otaczał, tyle siły i energii wkładali w coś, co było jedynie pięknym złudzeniem, czymś dla nich kompletnie nieosiągalnym. Podziwiałem ich upór, doceniałem determinację, było w ich działaniach coś ujmującego, coś, co można było docenić, co zasługiwało nawet na podziw. Byli pozbawieni tego obezwładniającego brzemienia wiedzy, ich żywot był znacznie prostszym, nie odczuwali ogromu odpowiedzialności, który ciążył na sługach Pana Światła… To właśnie ta nieświadomość pchała ich naprzeciw niepowstrzymanego żywiołu, jakim był Jego ogień…
    A za wystąpienie przeciw Niemu, płacili straszną cenę.
    Krok w bok, by zejść z drogi rozpędzonemu przeciwnikowi. Krótki ruch ręką, wprawiający ostrze w ruch. Fontanna czerwieni, krople krwi obryzgujące pancerz i płaszcz w biało-czarnych barwach rodowych. Szybki wyrzut prawego ramienia ku górze, by tarcza zablokowała uderzenie następnego z żołnierzy z Pentos. Mocne kopnięcie pozbawiające go równowagi i szeroki zamach, który szybko kończy ten krótki pojedynek. Mimowolny, gardłowy ryk, który przebija się przez bitewną wrzawę. Szybkie spojrzenie, które prześlizguje się po ciałach zabitych przeciwników, a także kieruje się ku walczącym przede mną, poszukując następnego przeciwnika.
    - Naprzód! - uniesionym wysoko mieczem wskazałem kierunek natarcia tym, którzy byli za moimi plecami.
    Władca Pentos okazał się głupcem. Uważał, że tak liczne siły jak nasze nie zdołają się zjednoczyć, że będzie mógł mierzyć się z każdym z dawnych królestw pojedynczo. Liczył na to, że ambicje poszczególnych dowódców, niesnaski panujące między rodami, sprzeczne interesy, że to wszystko sprawi, że inwazja nie dotrze do brzegów Wolnego Miasta. Zaatakował więc zaciekle, chcąc zniszczyć w jednym uderzeniu połączone floty Reach i nie dopuścić do wejścia przeciwnika na jego ziemie…
    Nie domyślił się tylko tego, że siły Redwyne’ów, Hightowerów i Tyrellów były tylko fasadą.
    To my byliśmy prawdziwym zagrożeniem.
    Cedrik dobrze to wszystko przemyślał. Moje siły pojawiły się na ziemiach Magistra jako pierwsze, paląc wsie i miasta, grabiąc wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Naszym zadaniem było sianie zamętu, byliśmy źródłem chaosu, a także idealną przynętą. Gdyby Magister zechciał na nas ruszyć, nic by z nas nie zostało, było nas za mało by przeciwstawić się sile Wolnego Miasta. Mieliśmy jedynie odciągnąć część sił, odciąć Pentos od zaopatrzenia, zasiać strach w sercach naszych wrogów. Niczym wataha wilków, która odciąga psa strażniczego by zaatakować zastraszone stado owiec.
    - Nie przejdziecie! - dźwięczny głos przebił się przez wrzawę.
    Uniosłem głowę i spojrzałem przed siebie, szukając człowieka, który wypowiedział owe odważne słowa. Kiedy go zobaczyłem, zaśmiałem się głośno.
    - Kto nas zatrzyma? - postąpiłem krok w kierunku mężczyzny, który wygłosił owo buńczuczne zapewnienie – Ty, starcze?
    Mężczyzna był niezwykle wysoki, ale niezbyt postawny. Jego ciemne oczy patrzyły na mnie bez choćby cienia strachu, ale były to oczy, które widziały wiele, które powoli gasły. Jego długie włosy mieniły się srebrzyście., straciwszy kolor, który posiadały za młodu. Odziany był w bogato zdobioną zbroję, a jego dłoń zaciśnięta była na rękojeści długiego miecza. Ocaleli obrońcy stłoczyli się za plecami starca, poddając się otaczającej go aurze. Dało się wyczuć szacunek, którym go darzą, był ich przywódcą, a przynajmniej kimś, kto był na tyle charyzmatyczny i poważany by za nim podążyli.
    Wystarczyło go powalić, a pozostali obrońcy się poddadzą.
    - Książę Gyleno… - starzec także postąpił krok do przodu, dobył swojego ostrza – Zapamiętaj to miano, chłopcze.
    Walka dookoła zdawała się dogasać. Zarówno moi zbrojni jak i żołnierze z Pentos uformowali półkole wokół swoich dowódców, okrzykami zagrzewając ich do walki. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, to pojedynek miał przesądzić o wyniku tego starcia. Biedny starzec nie zdawał sobie sprawy z tego, że stoi za mną potęga samego Pana Światła. W swojej naiwności zakładał, że uda mu się mnie powstrzymać…
    - Pentos! - zakrzyknął starszy mężczyzna i rzucił się do ataku.
    Zaatakował szybko i zaciekle, kąśliwym cięciem od ucha. W każdym jego ruchu odbijało się doświadczenie, działał wręcz mechanicznie, zupełnie, jakby wykonywał każdy z tych ciosów czy uników setki razy. Ale ciało księcia nie potrafiło nadążyć za jego myślą, z łatwością unikałem każdego z zadanych cięć czy pchnięć. Nie byłem najgorszym przeciwnikiem szlachcica z Pentos, był nim czas, nieubłaganie upływający czas – wszystkie lata, które odebrały mu sprawność, a także każda mijająca sekunda owego pojedynku, która sprawiała, że opadał z sił. Czekałem cierpliwie na odpowiednią okazję, na popełnienie przez starca niewybaczalnego błędu…
    - Poddaję się! - zawołał starzec, gdy moje ostrze przecięło jego prawą rękę, a on sam wypuścił rękojeść miecza spomiędzy palców – Miej litość.
    Starzec opadł na kolano i skłonił głowę. Spojrzałem na jego żołnierzy. Kiedy tylko dostrzegli, że ich wódz się poddał, oni także porzucili broń i zaniechali dalszej walki. Skinąłem na swoich ludzi, nakazując im wzięcie pokonanych w niewolę.
    - Chciałeś zatrzymać sługę Pana Światła, starcze… - uniosłem miecz, opierając czubek ostrza o pierś starszego mężczyzny – Czas żebyś za to zapłacił.
    W myślach odmówiłem krótką modlitwę do Pana Światła. Podziękowałem mu za moje miejsce w Jego planach, a także poświęciłem Mu tę ofiarę…
    - Za… - próbował jeszcze powiedzieć starzec, ale ostrze mojego miecza zagłębiło się w jego piersi, zmieniając resztę słów w osobliwe charknięcie.
    Nikt nie mógł zatrzymać planów Pana Światła. A na pewno nie uczynił tego książę Gyleno z Pentos.

    [​IMG]

    Lord Willem wygrał pojedynek i nie okazał przeciwnikowi litości.

    [​IMG]

    Król Cedrik docenił sukcesy lorda Willema i nagrodził go złotem za wierną służbę.​
     

Poleć forum