Królestwo za łamiszczęki!

Temat na forum 'HoI II - AARy' rozpoczęty przez John Miller, 27 Czerwiec 2011.

Status Tematu:
Zamknięty.
  1. Królestwo za łamiszczęki!
    Prolog​

    Był gorący i parny dzień, jak zwykle w te wakacje. Grupka chłopców, około 12 lat, siedziała bezczynnie przed sklepem z cukierkami, rozmawiając na różne tematy. Oscylowały one głównie wokół tematów takich jak gorąc, nudy, brak pieniędzy oraz nudy. Przysłuchajmy się ich rozmowie:
    Chłopiec 1: Kurde, ale ciepło, zaraz się chyba roztopię, mimo że siedzę w cieniu.
    Chłopiec 2: Cóż Eddy, globalne ocieplenie daje o sobie znać.
    Chłopiec 3: Myślę że zimne globalne ocieplenie nie nazywałoby się ociepleniem!
    Eddy: Ed, stul pysk.
    Chłopiec 2: Eddy, spokojnie, wiem że od tego ciepła wali na dekiel, ale trochę kultury proszę.
    Eddy: Chudy, to samo co w przypadku Eda.
    Chudy Edd: Czyli co?
    Eddy: Też stul pysk.
    Ed: Co robimy chłopcy?! Nudzi mi się, he he.
    Eddy: Jakbyś nie miał dziurawych kieszeni to teraz byśmy żuli łamiszczęki!
    Mówiąc to, Eddy walnął Eda w potylicę i zamilkł.
    [​IMG]
    Ed: To nie moja wina Eddy! To szczury w mojej szafie zrobiły dziury w kieszeniach!
    Eddy: To powiedz swoim pobratymcom żeby więcej tego nie robiły!
    Chudy Edd: Chłopaki, spokojnie! Można by pomyśleć jak zdobyć pieniądze.
    Eddy: Mhm, już przerobiliśmy wszystkie możliwe przekręty.
    Chudy Edd: To może pora przerzucić się na legalne sposoby? Bo do tej pory zachowywaliśmy się jak polscy politycy.
    Eddy i Ed: A co to jest Polska?
    Chudy Edd: Ech, nieważne.
    Ed: A oglądaliście film "Jak zostać królem mutantów"? Było tam parę w dechę scen, jak np. król mutantów chciał zostać owocem Jogobelii i...
    Eddy: Ty już jesteś królem mut... zaraz, KRÓLEM?! Wiem, możemy założyć własne państwo i wzbogacalibyśmy się na podatkach!
    Chudy Edd: Daruj sobie, Eddy. Gdzie chciałbyś niby założyć państwo, w swoim domu? No, w sumie w łazience masz już tron, hihihi.
    Eddy: Przecież można sobie kupić ziemię, no nie?
    Chudy Edd: A skąd weźmiesz pieniądze? I kto ci sprzeda ziemię?
    Eddy: Wygra się kasę w totolotka, i ty mi w tym pomożesz Skarpeta!
    Chudy Edd: O nie Eddy, wykluczone! Nie będę już brał udziału w twoich przekrętach!
    Eddy: A mam powiedzieć Nazz kto jej wysyła zboczone SMS-y?
    Chudy Edd: Nie ośmielisz się!
    Eddy: Ed, wybieraj numer!
    To mówiąc, Ed wyciągnął swoją Nokię 3310, która zaliczyła kąpiel w jego wannie z sosem (do dzisiaj jej nie umył) i zaczął wybierać numer do Nazz.
    Chudy Edd: Dobrze, co mam zrobić?
    Eddy: Masz jeszcze ten wehikuł czasu który kiedyś zbudowałeś?
    Chudy Edd: Mam, bo co?
    Eddy: Kulniesz się w przyszłość i zobaczysz jakie numery się wylosują i wrócisz. Podobno jest kumulacja, $5 000 000?
    Chudy Edd: Tak, jest.
    Eddy: Dobra, komu w drogę, temu pieniądz. Idziemy!
    Mówiąc to, wszyscy udali się w kierunku domu Skarpety.

    Dom Skarpety, jak zwykle czysty i schludny, przywitał ich przyjemnym chłodem i ciszą. Chudy, który wszedł jako pierwszy, odwrócił się w kierunku swoich kolegów i powiedział im, żeby się zrelaksowali, a on pójdzie załatwić to, co ma do załatwienia. Eddy padł jak ścierwo na kanapę w stylu Johnny'ego Bravo, a Ed usiadł na fotelu. Byli bardzo spragnieni, więc Eddy wysłał Eda na poszukiwanie jakichś płynów.
    [​IMG]
    Eddy porozkoszował się chwilę ciszą i spokojem, do momentu aż Ed nie wrócił z dzikim krzykiem radości. Eddy, wkurzony że Ed nie może być "trochę" ciszej wrzasnął:
    Eddy: ED, ZAMKNIJ MORDĘ DO CHOLERY, SŁYCHAĆ CIĘ AŻ NA DRUGIM KOŃCU GALAKTYKI!, a tak na poważnie, to co znalazłeś?
    Ed: TO!, - i pokazał Eddy'emu nieprzezroczystą butelkę z napisem JABOL ROCZNIK BIEŻĄCY.
    Eddy: No no, nie spodziewałem się tego, gdzie to znalazłeś?
    Ed: Pod poduszką Chudego.
    Eddy: Ech, Chudy, ty pijaku. Dobra, otwieraj i pijemy.
    Podekscytowani chłopcy zaczęli pić z butelki na zmianę, niestety, nie był to bynajmniej jabol. Pierwszy zaczął coś podejrzewać Eddy:
    Eddy: Ale pali rurę, to nie jest jabol! Ed, wylej trochę do szklanki.
    Ed wylał trochę płynu do szklanki, którą przysunął Eddy. Napój był przezroczysty i różowy, to mogło oznaczać tylko jedno...
    Eddy: KU**A, borygo, co za ***** trzyma borygo w butelce po jabolu, będę heftowaa... BUEBLELEELE, - mówiąc to, Eddy zaczął wymiotować na dywan mamy Skarpety.
    Ed: Eddy, po borygo się nie rzygoOOOOOBLEHEHEHE - żołądek Eda nie był w stanie wytrzymać tego świństwa, więc zaczął je zwracać.
    W międzyczasie Chudy Edd wrócił z wojaży czasoprzestrzennych i wchodząc do salonu zastał tam właśnie rzygających Eda i Eddy'ego.
    Chudy Edd: Święta makrelo, co wy ****** robicie, pozwolił wam ktoś buszować po moim domu i chlać borygo?! Ostatni raz was zostawiam samych, przecież to was mogło zabić, lecę po lekarstwo. Chudy Edd poleciał po niezawodne Rennie, które zaaplikował wymiotującym i wszelkie dolegliwości gastralne ustąpiły.
    Eddy: Dzięki Chudy, myślałem że żołądek wyrzygam. I co znalazłeś coś?
    Chudy Edd: Tak, mam te numery, ale nie dam wam ich dopóki nie posprzątacie tego bałaganu, bo wymioty kiepsko się komponują z wystrojem pokoju.
    Chudy dał kolegom utensylia służące do sprzątania i doglądał kumpli, ponieważ wolał nie zostawiać ich już samych. Gdy posprzątali, zdecydowali się iść kupić los do kolektury. Ponieważ tylko Eddy, jako jej stały bywalec, wiedział gdzie ona jest, więc poszedł sam. Po drodze spotkał Kevina, który niósł łamiszczękę. Eddy próbował ją zdobyć wmawiając Kevinowi że łamiszczęki są niezdrowe i lepiej żeby mu ją dał, co skończyło ciosem w twarz Eddy'ego.

    Kiedy Eddy dotarł do kolektury, kupił i wykreślił los, wykreślając liczby, które Chudy przywiózł z przyszłości. Wracając, Eddy został zaczepiony przez niewysoką dziewczynę o niebieskich włosach i zielonych oczach.
    Dziewczyna: Gomen nasais, nie wiesz może gdzie tu można kupić słodycze? Ponieważ nie jestem stąd.
    Eddy: Chodzi ci o sklep z cukierkami?
    Dziewczyna: Tak, gdzie on jest?
    Eddy: Mogę cię zaprowadzić, jeśli chcesz.
    Dziewczyna: Tak, byłabym wdzięczna.
    Eddy: Więc chodźmy.
    Idąc w kierunku sklepu, Eddy przyjrzał się towarzyszce. Co tu dużo mówić, spodobała się Eddy'emu, który był niewiele niższy od niej. W końcu Eddy uznał, że nie wie jak ona ma na imię, więc się jej zapytał.
    [​IMG]
    Eddy: Przepraszam, jak masz na imię?
    Dziewczyna: Nazywam się Konata Izumi. A ty?
    Eddy: Jestem Eddy. Skąd jesteś? Nie wyglądasz na Amerykankę.
    Konata: Jestem z Japonii. Ja i moje koleżanki przyleciałyśmy na wymianę.
    "Hm, więc są jeszcze koleżanki? Ciekawe czy tak samo urodziwe?" - pomyślał Eddy.
    Eddy: Więc, podoba ci się w Ameryce? Mogę ci jeszcze pokazać parę innych miejsc.
    Konata: Całkiem fajnie tu jest. Jeśli by ci się chciało, to możesz mnie oprowadzić po okolicy.
    Eddy: Z przyjemnością, maleńka.

    KONIEC PROLOGU​
     
  2. Jak zarobić i się nie narobić

    Kiedy Eddy wracał z Konatą do domu, Ed i Chudy Edd zastanawiali się czemu Eddy'ego nie
    ma tak długo. W końcu nie zgubiłby się na drodze, którą przebył w życiu chyba z milion razy. Już
    chcieli zgłosić na policji zaginięcie, kiedy usłyszeli skrzypienie otwieranych drzwi. Okazało się, że
    owszem, był to Eddy, ale nie sam. Bardziej niż losem koledzy zainteresowali się jego towarzyszką.
    Eddy: No, gamonie, wróciłem!
    Ed: Wróciłeś!
    To mówiąc, Ed podbiegł do Eddy'ego i mocno go wyściskał (Ed jest hetero, jakby co).
    Chudy Edd: Eddy, kiedy mówiłeś że masz dużo koleżanek, myślałem że nas wrabiasz, ale jednak
    mówiłeś prawdę. Od kiedy się znacie?
    Eddy: Przed chwilą ją poznałem, szukała sklepu z cukierkami.
    Chudy Edd: No to witaj w klubie, eee... jak ci na imię?
    Eddy: Konata - ten z tą skarpetą na głowie to Chudy Edd, a ten dresiarz w zielonym to Ed.
    Chudy Edd: Miło cię poznać Konato, hehe.
    To mówiąc, Chudy Edd wyciągnął dłoń w kierunku Konaty. Niestety, Chudy był bardzo kiepski w
    kontaktach z dziewczynami, więc jego dłoń strasznie się pociła, co nie zraziło Konaty.
    Konata: Mi ciebie też, Chudy. Strasznie się pocisz, wiesz?
    Gdy Chudy to usłyszał, puścił takiego buraka, że można było pomyśleć że jest komunistą, taki był
    czerwony. Za to Ed nie miał żadnych problemów, po prostu podszedł i uściskał nie dłoń, a samą
    Konatę. Konata nie miała nic przeciwko, mimo smrodu Eda.
    Ed: Na imię mam... eee... Jestem Ed!
    Konata: Jestem Konata. Wybacz Ed, ale trochę od ciebie śmierdzi.
    Ed: To nie ja, to mój ser Sheldon!
    Konata: Dobrze Ed, ale puść mnie, bo się uduszę.
    Ed: Jasna sprawa maleńka!
    Ed w końcu puścił Konatę, która była cała koloru jej włosów.
    Eddy: Dobrze zgredy, kumulacja już dziś, nie mogę się doczekać, tyle gotówki!
    Chudy Edd: O tak, można by zrobić jakąś imprezę, Ed ma dzisiaj wolną chatę.
    Ed: Rodzice polecieli do Wąchocka odwiedzić rodzinę, a ja z Sarą pilnujemy domu.
    Eddy: Tylko co z Sarą?
    Ed: Spokojnie, śpi dzisiaj u Jimmy'ego.
    Eddy: To dobrze się składa, a może Konata przyprowadzi koleżanki?
    Konata: Nie ma problemu, pewnie będą chciały was poznać.
    Eddy: No, to jutro o 20.

    Gdy Eddy odprowadzał do domu Konatę, CE i Ed postanowili przenieść się do domu Eda,
    ponieważ zapach ekskrementów w domu Skarpety był nie do zniesienia. Oczywiście wcześniej
    poinformowali Eddy'ego o swym zamiarze. Gdy weszli do pokoju od Eda, Chudy zauważył coś
    dziwnego.
    CE: Ed, czemu twój pokój wygląda inaczej?
    Ed: Bo w nim posprzątałem, hehe.
    CE: Rzeczywiście, wcześniej mieszkał tu twój brat imieniem bałagan.
    Ed: To co robimy Chudy? Możemy pooglądać "Szeregowca Ryana", wczoraj wypożyczyłem.
    CE: Zawsze myślałem, że wolisz głupie S-F?
    Ed: Tak, ale czas na jakąś odmianę. Chcesz coś do picia?
    CE: Poproszę, tylko niech to nie będzie borygo.
    Ed: Spokojna twoja rozczochrana, to nie będzie borygo.
    Kiedy Ed poszedł po coś do picia, Chudy rozejrzał się po pokoju Eda. Rzeczywiście, wyglądał
    inaczej. Może dlatego że nie było wszędzie bajzlu, przez który Chudy miał wypadek. Kiedyś,
    gdy on i Eddy szukali Eda w jego pokoju, Chudy potknął się o kurczaka (naprawdę nie wiem skąd
    on się tam wziął) i upadł twarzą na podłogę. Od tego czasu Chudy ma tą szparę między zębami.
    Gdy Edd przypominał sobie stare czasy, wrócił Edd niosąc skrzynkę jakiegoś napoju.
    Ed: Chudy, co tak stoisz jakby ci kto pół litra wypił? Przyniosłem napoje.
    CE: A co to za napoje? Po ostatnim incydencie wolę być pewny.
    Ed: Tymbark Jabłko-Mięta. Patrz co pod kapslami pisze!
    CE: Kurczę, nie umiem tego otworzyć. Pomożesz?
    Ed: Jesteś słaby jak polska reprezentacja w piłkę nożną. No, gotowe.
    CE: Co ci pisze pod kapslem?
    Ed: "Masz twarz jak wał korbowy od Jelcza". A ty?
    CE: Ekhem...
    [​IMG]
    Ed: Cóż, co mogę powiedzieć... No nic, oglądajmy "Szeregowca".
    Oglądając "Szeregowca Ryana", Edy popijały Tymbarki. Na cały film wystarczyła jedna skrzynka.
    Chudy o mało nie zwymiotował podczas desantu na plaży Omaha (brutalność), a gdy film się skończył,
    obydwaj płakali jak bobry.
    CE: Kurczę, ale to było smutne, czemu Miller musiał zginąć? To był chłop na schwał, a we Francji swe
    życie dał, buuuuu.
    Ed: No, i to jeszcze ten Szwab co go wypuścił go zastrzelił, buuuu.
    CE: No nic, to był bardzo dobry film, a tymczasem gdzie Eddy...
    W tym właśnie momencie otworzyły się drzwi i wszedł chwiejnym krokiem Eddy.
    CE: Eddy, co ci jest?
    Eddy: E, e... ehehehehe....
    Dopiero teraz Chudy zauważył ślady szminki na twarzy Eddy'ego.
    CE: No Eddy, widzę że poznałeś koleżanki Konaty, co?
    Eddy: Jutro, ehehe, dwudziestaaa. Taak, poznałem, ehehehe.
    Ed: Wróciłeś!
    Po czym jak zwykle Ed uściskał Eddy'ego, a Chudy uśmiechał się pod nosem.

    Okazało się, że Eddy ma już tą kasę, więc dwa Edy, ponieważ Eddy nie był w stanie dojść
    do siebie, poszły do sklepu kupić zaopatrzenie na imprezę. Ponieważ monopolowy był kilometr od
    domu Eda, Chudy i Ed postanowili wziąć rower. Jadąc rowerem Chudy zagadał do Eda:
    CE: Kurczę, jeśli Eddy teraz tak wygląda, to aż strach pomyśleć co będzie jutro.
    Ed: No, ciekawe czy fajne te koleżanki?
    CE: Wnioskując po wyglądzie Eddy'ego to muszą być bardzo fajne, hehehehe.
    Ed: Hehehehe, pokażę im moją Wunderwaffe.
    CE: To zabrzmiało dwuznacznie.
    Ed: Co to znaczy "dwuznacznie"?
    CE: Nieważne.
    Po dojechaniu do monopolowego i zrobieniu sprawunków, okazało się że rower ich nie uwiezie.
    [​IMG]
    Sprawunki

    [​IMG]
    Chudy na rowerze​
    Po namyśle stwierdzono, że Chudy pojedzie na rowerze, a Ed z zakupami pobiegnie, a że Ed
    biegł z prędkością roweru, razem dotarli do domu. Na szczęście Eddy doszedł do siebie, bo
    próbował zrobić rosół w kuchni Eda, a że Eddy pojęcia nie ma o gotowaniu, to kuchnia prawie
    poszła z dymem. Gdyby nie szybka interwencja kolegów, Eddy też by spłonął.
    Ed: Eddy, kto ci pozwolił majstrować w kuchni mojej mamy?! Siara ci już do końca mózg wypaliła?
    Eddy: No co, głodny byłem, bałem się brać cokolwiek z pokoju Eda. Jeszcze bym się czymś
    zaraził.
    Ed: Przecież miałeś tu na stole zupkę chińską, patrz, otwierasz, wsypujesz, zalewasz i gotowe!
    Eddy: Po twoim ostatnim wyskoku bałem się dotykać czegokolwiek!
    Ed: Długo mi to jeszcze będziecie wypominać?! To wina Chudego, co za idiota trzyma borygo w
    butelce po jabolu, i to jeszcze pod poduszką?!
    CE: Wypraszam sobie, co za idiota buszuje komuś po domu?!
    Ed: Właśnie stoi koło ciebie taki jeden!
    CE: Nie jeden a dwa!
    Ed: DOŚĆ TEGO!!!
    Szykowała się mała wojna domowa, ponieważ wszyscy byli na siebie nawzajem wkurzeni. Ed chwycił
    za dość spory nóż, Chudy wziął baseballa, który nie wiadomo co robił w kuchni, a Eddy zabrał tasak.
    Już miało dojść do walnej bitwy, przy której Blitzkrieg to pryszcz, kiedy rozległ się dźwięk dzwonka w
    drzwiach.
    Ed: Kto śmie przeszkadzać nam jak się bić chcemy?
    CE: Otworzę.
    Skarpeta podszedł do drzwi i gwałtownie je otworzył. Za drzwiami stał wystraszony Jimmy.
    CE: Czego tu?
    Jimmy: Sara kazała przekazać, abyście zachowywali się trochę ciszej, bo...
    CE: TY MNIE TU GNOJU KULTURY UCZYŁ NIE BĘDZIESZ!!!
    I w tym momencie doszło do spotkania twarzy Jimmy'ego i baseballa. Jimmy padł znokautowany na ziemię.
    CE: I żeby mi to było ostatni raz. - powiedział Chudy i zamknął drzwi.
    Eddy: Nie ma co, nieźle go załatwiłeś.
    CE: Niekochane ku**iątko, podskakiwał mi będzie.
    Eddy: Ej, barany, mu tu mamy przecież coś dobrego!
    Eddy w końcu przypomniał sobie o istnieniu zakupów. Chłopaki postanowiły rozpracować dwie flaszki,
    a resztę zostawić na jutro. Ale nie były to zwyczajne flaszki, tylko oryginalne lubelskie wiśniówki. Że impreza
    była udana, niech świadczy fakt, że Ed po pijaku w końcu się umył, Eddy'emu wydawało się że jest Michaelem
    Jordanem a Chudy zarzucał Einsteinowi że przy ogłaszaniu teorii względności zapomniał o względności teorii.

    Chłopcy obudzili się nazajutrz o dwunastej, gdy słońce było już wysoko na niebie. Edki wbrew pozorom
    nie miały kaca, ponieważ po wiśniówce nie ma kaca. Towarzysze uznali za stosowne posprzątać po sobie.
    Szło im tak dobrze, że po pięciu minutach było wszystko gotowe. Nagle Chudy Edd zaniepokoił się:
    CE: Ludzie, nie chcę nic mówić, ale gdzie walizka z pieniędzmi?
    Eddy: CO?! Była w pokoju Eda!
    CE: Ale jej tam NIE MA.
    Ed: Nie ma co, trzeba jej poszukać.
    Edy rozprzestrzenili się po okolicy w poszukiwaniu walizki. Niestety wiadomości nie były najlepsze.
    Ed: Znalazłem walizkę.
    CE i Eddy: Gdzie?!
    Ed: Wisi na drzewie.
    CE: Ale co do jasnej Anielki walizka robi na drzewie?!
    Ed: Nie wiem. Ale trzeba to zdjąć, bo inaczej nie nazywam się Edward tylko Hannibal Lecter!
    Ed wspiął się na drzewo, by zdjąć walizkę. Wszedł na gałąź i chwycił walizkę. Niestety, pod ciężarem flejtucha
    gałąź się złamała i Ed spadł na dół. Przy okazji, walizka walnęła w głowę Eda, co spowodowało u niego wstrząs mózgu,
    ginekomastię, chorobę wrzodową odbytnicy, stulejkę, raka macicy, wrzody żołądka, arytmię serca, chorobę wieńcową,
    kiłę, rzeżączkę, syfa i wilka. Zatroskani koledzy natychmiast podbiegli do niego i zaczęli się martwić.
    Eddy: Ed, co ci jest, co cię boli? Fiu, na szczęście są pieniądze.
    CE: Mu trzeba pomóc a ty się o forsę martwisz! Lecę po lekarstwo!
    Eddy: Leć, bo czas to pieniądz!
    Chudy poleciał do domu, po czym szybko wrócił z butelką w ręce.
    Eddy: Ale przecież to wódka!
    CE: Wiem - odparł beztrosko, po czym chciał zastosować lekarstwo na Edzie. Już chciał wlewać mu wódkę do ust,
    kiedy coś go tknęło. Chudy podniósł butelkę, obejrzał ją w skupieniu, po czym stwierdził:
    CE: No nie odmówię - i pociągnął parę łyków jak rasowy żul. Dopiero potem przystąpił do ratowania Eda. Ed od razu
    się obudził, co wywołało radość u jego Kammeraden.
    Eddy: Ed, ty żyjesz, nawet nie wiesz jak się o ciebie martwiliśmy. Proszę, odezwij się do nas!
    Ed popatrzył na nich tępym wzrokiem, po czym powiedział:
    Ed: Myślę, że hamburger o innej nazwie byłby równie smaczny.
    CE: Ech, nasz stary, głupi Ed.
    Eddy: Dobra, my tu gadu-gadu, a za parę godzin będzie impreza, a my wyglądamy jak bezdomni, którzy nie mają domu.
    CE: Spokojnie, zdążymy doprowadzić się do ładu.
    Nasi bohaterowie udali się więc zgodnie do swoich domów, by doprowadzić się do porządku, przed imprezą, po której nic
    nie miało być takie same...

    KONIEC​
    PS: Naprawdę przepraszam, obiecuję że w przyszłym odcinku już na pewno będzie normalna akcja.
     
  3. Ed idzie na imprezkę

    Było duszno i gorąco, jak zwykle w te wakacje. Chudy Edd wypoczywał w swoim chłodnym
    i przyjemnym domu, przygotowując się do feralnej imprezy. Kiedy przygotowywał się, wpadła mu do głowy pewna myśl. "Hm, a jeśliby zaprosić wszystkich z zaułka? Tak w przeprosiny za te wszystkie przekręty. W końcu alkoholu jest dużo, dla wszystkich starczy." Chudy, rad ze swojego genialnego pomysłu, postanowił spytać się kolegów o zdanie. Ponieważ komórka mu się rozładowała, musiał się przejść piechotą. Gdy zapukał do drzwi Eddy'ego, odpowiedziała mu cisza.
    CE: Otwierać, policja, bo wyważymy drzwi!
    Niestety, Chudy nie mógł wiedzieć że Eddy właśnie bierze prysznic. Ponieważ łazienka jest tuż koło pokoju Eddy'ego, Eddy wszystko słyszał. Pechowo głos Chudego był zniekształcony przez lecącą wodę, toteż Eddy naprawdę myślał że to policja. "Cholera, dowiedzieli się o tych pirackich płytach, co ja teraz zrobię?!" - myślał spanikowany Eddy. Szybko wyleciał spod prysznica, okręcił się ręcznikiem i pobiegł schować swoje płyty gramofonowe (kto jeszcze używa takiego rzęcha?).
    To nie był szczęśliwy dzień Eddy'ego. Z racji tego że podłoga była mokra, Eddy poślizgnął się i walnął prosto w szafkę, na której stał gramofon. Na szczęście gramofon nie spadł na Eddy'ego. Chudy, zaniepokojony dźwiękami wydobywającymi się z domu przyjaciela. Postanowił otworzyć drzwi. Kiedy je otworzył, zobaczył Eddy'ego leżącego na podłodze, z wielkim guzem na głowie.
    CE: Eddy, co ci się stało?
    Eddy popatrzył nieprzytomnie na Chudego, po czym ze zdecydowaniem powiedział głośno:
    Eddy: Policja tu była!
    CE: To tylko ja sobie żartowałem, a ty to wziąłeś na poważnie!
    Eddy: O ty zasrańcu, nu pagadi!!!
    CE: Spokojnie, zaraz cię opatrzę.
    Po czym Skarpeta zniknął w głębi domu poszkodowanego, i zaraz wrócił z maścią i plastrem. Po opatrzeniu Eddy'ego, przedstawił mu swój pomysł. Eddy na początku był nastawiony negatywnie, ale po argumencie Chudego, dot. zmianie nastawienia otoczenia wobec nich, Eddy zmienił zdanie. Po doprowadzeniu się do porządku, poszli zakomunikować Edowi o swoich planach. Ed nie miał żadnych zastrzeżeń. Po tym wszystkim poszli zapraszać gości. Na pierwszy ogień poszedł Kevin. Kiedy zapukali do jego drzwi, Kevin otworzył im, ale miał minę w stylu "bez kija nie podchodź".
    Kevin: Czego tu, głąby?
    Eddy: Kevinie, chcielibyśmy cię przeprosić za te wszystkie nasze przekręty, oraz zaprosić cię na naszą "małą" imprezę.
    Kevin: Hę? Czy wy znowu coś knujecie, głąby?
    CE: Nie Kevin, tym razem mamy szczere chęci. Więc jak, przyjdziesz? Dzisiaj o 20 w domu Eda.
    Kevin: Hm, no dobra, mogę przyjść, ale jak znowu to jakiś przekręt, to macie w mordę.
    Ed: Jasna sprawa, Keeeviiin!
    Zadowolone Edy postanowiły pójść do domu miejscowego wieśniaka, czyli Rolfa. Zastali go jak wiercił ziemię na wielkim świdrze (tak, wiem, dziwak). Na szczęście Rolf akurat kończył pracę, więc mógł ich wysłuchać.
    [​IMG]
    Rolf na świdrze​

    Rolf: Czołem Edki głupie jak but! Cóżbyście chcieli od syna pasterza?
    Eddy: Cześć Rolf. Po pierwsze, przepraszamy za te wszystkie przekręty. A po drugie, zapraszamy cię na naszą imprezę o 20 w domu Eda.
    Rolf: Dobrze, a czy Rolf może wziąć Wilfreda?
    Eddy: Jasna sprawa Rolfi. Nara!
    Po załatwieniu sprawy u Rolfa Edki udały się do Jonny'ego, który grał z Deską w karty na pieniądze (Deska wygrywał).
    Ed: Witaj Jonny 2x4. Przepraszamy za wszystko i zapraszamy na imprezę u mnie o 20! Przyjdziesz!?
    Jonny: Pewnie Edki! A czy Deska też może przyjść?
    Eddy: Nie ma problemu Jonny, zapraszamy wszystkich z Zaułka.
    Jonny: No to przyjdziemy! A wiecie że sekwoja może urosnąć nawet do 115 metrów?
    Eddy: Tak, to wspaniale, do zobaczenia na imprezie Jonny!
    Edom szło lepiej niż myśleli. Być może wszyscy chcieli usłyszeć od nich przeprosiny? Tymczasem, koledzy skierowali swe kroki do Nazz, która swego czasu bardzo się im podobała, a Chudy nawet wysyłał jej anonimowo zboczone SMS-y. Kiedy Nazz otworzyła drzwi, wszyscy chłopcy zaczęli się, jak zwykle podczas rozmowy z nią, intensywnie pocić. Wywołało to uśmiech na twarzy Nazz.
    Nazz: Siemka chłopaki, co tam słychać?
    Eddy: Eeee... słu-słuchaj Nazz, cz-czy chciałabyś przyjść na imprezę u Eda, dziś o 20? I przepraszamy za wszystkie przekręty.
    Nazz: No spoko, kto jeszcze idzie?
    CE: C-Cały Zaułek, Nazz.
    Nazz: No, to do zobaczyska na imprezie!
    Cóż, Edki dość szybko to pozałatwiały. Do zaproszenia pozostali im tylko Jimmy, Sara i... siostry Ohydki. Nad tymi ostatnimi koledzy długo się zastanawiali, czy w ogóle ich zapraszać, ale jak wszyscy, to wszyscy. Najpierw poszli zaprosić Jimmy'ego i Sarę, bo byli bliżej. Kiedy Chudy zapukał do drzwi, otworzył im Jimmy, który miał całą spuchniętą twarz po wczorajszym.
    Jimmy: O, to wy. Czego chcecie?
    CE: Eee... Jimmy? Ja, ja przepraszam, nie chciałem cię uderzyć tak mocno...
    Jimmy: Pewnie, tylko chciałeś mnie za***ać.
    CE: Cóż mogę powiedzieć... w ramach przeprosin zapraszam ciebie i Sarę na imprezę u Eda, dziś o 20. Czy choć tyle może ci zrekompensować ten uszczerbek na zdrowiu?
    Jimmy: A będzie wóda?
    CE: Tak, dużo gorzoły.
    Jimmy: No to idę. Do zobaczenia na imprezie.
    W ten oto sposób towarzyszom pozostała odyseja do Ohydek. Ponieważ było do nich kawałek, postanowili umilić sobie czas rozmową:
    Eddy: Nie ma co, Chudy, ładnie go urządziłeś.
    CE: Weź, nie myślałem że mam tyle siły.
    Eddy: No, to strach pomyśleć co by się stało jak by go Jednobrewy walnął.
    Ed: Nie byłoby co zbierać, hehehehe.
    Tak sobie gawędząc dotarli do przyczepy sióstr Ohydek. Eddy, lekko przestraszony zapukał do drzwi. Otworzyły im wszystkie trzy.
    Lilka: Ooo, kto by pomyślał, Edy same przyszły do naszego domu!
    Mańka: Co was tu sprowadza, Edki?
    Majka: Może przyszli się pościskać, no chodźcie do Majkiii...
    Lilka: Majka, stul pysk.
    Mówiąc to, Lilka walnęła Majkę w tył głowy.
    Eddy: Eee... hehe, chcecie przyjść na imprezę u Eda, dziś o 20?
    Lilka: No jaaasne że tak! Kto jeszcze będzie?
    CE: Cały zaułek.
    Mańka: No, to spodziewajcie się nas tam, buźka!

    Była 19.45. Goście zaczęli się schodzić już dziesięć minut temu. Jednak dalej nie było Konaty i jej koleżanek. Edy były trochę smutne, ponieważ Chudy i Ed chcieli poznać koleżanki Konaty, a Eddy chyba liczył na powtórkę z wczoraj, bo tylko uśmiechał się głupio pod nosem. Kiedy Edy zastanawiały się, gdzie one mogą być, Eddy'emu rozdzwoniła się komórka. Wszyscy z przerażeniem zauważyli, że wygrywa ona melodię "Die Braune Kompanie". Eddy niespeszony zobaczył na wyświetlacz swojego P1i, na którym było napisane "Konatka:) dzwoni". Odebrał.
    Eddy: Słucham.
    Konata: Eddy? Słuchaj, mógł byś po nas przyjść? Bo jesteśmy na jakimś wysypisku.
    Eddy: No pewnie, zaraz tam będę.
    Gdy Eddy się rozłączył, Chudy i Ed wykazali zainteresowanie, z kim też Eddy rozmawiał?
    Ed: Eddy, kto to był?
    Eddy: Konata.
    Ed: A co chciała?
    Eddy: Żebym po nie wyszedł.
    Ed: A mogę iść z tobą?
    Eddy: Nie, ty z Chudym zabawiasz towarzystwo.
    Ed: No dobrze, hehe.
    Eddy wyszedł, a goście patrzyli zdezorientowani na Chudego i Eda. Chudy wziął jedną flaszkę ze skrzynki, otworzył ją, zrobił dużego łyka, po czym popatrzył na towarzystwo i powiedział:
    CE: Zróbmy imprezę, jakiej nie przeżył nikt.
    Gdy to powiedział, wszyscy z chórem otworzyli swoje butelki, i impreza się rozpoczęła. Kiedy Eddy wrócił z koleżankami, wszyscy byli w świetnym nastroju, nawet Jimmy, którego opuchlizna stała się koloru fioletowego. Wszyscy zwrócili uwagę na towarzyszki Eddy'ego. Nie tylko ze względu na ich urodę, która zrobiła wrażenie wśród chłopaków i zazdrość u dziewczyn, ale także ze względu na to, że nie wyglądały na Amerykanki. Eddy uznał za stosowne przedstawić je, więc zaczął mówić:
    Eddy: Drodzy Kammeraden, przedstawiam wam moje koleżanki. Ta niska z niebieskimi włosami to Konata, z długimi fioletowymi to Kagami, ta z krótkimi fioletowymi to jej siostra, Tsukasa, a ta w okularach i z różowymi włosami to Miyuki.
    [​IMG]
    Konata i jej koleżanki​

    Po czym zaczęło się przywitanie. Najpierw chciał się przywitać Chudy Edd, który tradycyjnie zaczął się pocić. Wywołało to ogólne zadowolenie, a dziewczyny były rozbawione. Ed z kolei je wszystkie wyściskał, co też wywołało radość. Następnie przywitali się inni, a potem rozpoczęła się właściwa impreza. Wszyscy byli radośni, a flaszki znikały jedna po drugiej. Wszyscy bawili się wyśmienicie. Eddy tłumaczył Konacie jak zarobić, a się nie narobić; Chudy rozmawiał z Miyuki na temat tego, jak uzyskać nitroglicerynę; Ed pokazywał Kagami i Tsukasie swoje filmy S-F; Kevin, Rolf, Nazz i Jonny grali w gwinta (stara wiedźmińska gra); Sara i Jimmy mieszali alkohole; Ohydki porównywały smak denaturatu i wiśniówki, a Deska opowiadał Wilfredowi dowcipy. Jednak nikt nie wiedział, że za chwilę wszystko miało się zmienić...

    Być może wszystko byłoby normalnie, gdyby Eddy nie opowiadał o tym, jak Chudy odbył podróż w czasie, aby zdobyć numery do Totolotka. Wszyscy byli ciekawi, jak on to zrobił, więc Eddy odpowiedział, że Chudy ma wehikuł czasu. Podniósł się niezły rwetes, ponieważ każdy chciał zobaczyć ten cud techniki i, kto wie, może odbyć podróż w czasie i przestrzeni. Chudy na początku refused to cave in demands, ale po propozycji Miyuki, że jeśli pokaże im wehikuł to dostanie od niej coś fajnego, Chudy ugiął się i pokazał im wehikuł. Lecz Ed, u którego we krwi było z 4 promile, zaproponował podróż w tę i z powrotem. Spotkało się to z ogólną aprobatą, wobec której Chudy nie miał nic do gadania. Chciał ustawić, żeby ich przeniosło o dziesięć lat do przodu, ale po pijaku Skarpeta ustawił bynajmniej nie przyszłość i bynajmniej nie Amerykę...

    Wątpliwą przyjemność obudzenia jako pierwszy miał Ed. Głowa bolała go straszliwie, jak to na kacu. Zaryzykował uniesienie jednej powieki, ale widok jaki zobaczył zmusił go do natychmiastowego otwarcia drugiego oka. Wszyscy leżeli wśród zgliszcz wehikułu czasu na jakimś wzgórzu, z którego rozciągał się widok na jakieś miasto. Ed natychmiast przystąpił do budzenia pozostałych uczestników libacji.
    Ed: Wstawać, deb*ile, wstawać!
    Eddy: Cooooo...?
    Jimmy: Ale co sie co sie stao?
    Ed: Łazienka jest zamknięta. Jesteśmy na jakimś zas*anym pustkowiu!
    Kagami: Że kto się zes*ał?
    Tsukasa: Nie Kagami, jesteśmy po prostu nie wiadomo gdzie.
    Podniosła się wielka afera, ponieważ ludzie nie wiedzieli gdzie są.
    Kevin: To wszystko przez Chudego! Gdzieś nas wysłał, tępy pie**olcu?
    CE: Wypraszam sobie, to nie mi się zachciało podróży czasoprzestrzennych!
    Nazz: Uspokójcie się! Chudy, a czy możemy wrócić z powrotem?
    Chudy podszedł do zgliszczy, po czym przyglądał się im w skupieniu. Wszyscy ze wstrzymanym oddechem czekali na werdykt Skarpety. Chudy Edd odwrócił się powoli i powiedział:
    CE: Nie da się.
    Dziewczyny zaczęły cicho chlipać, a chłopcy byli "trochę" wkurzeni. Byli nie wiadomo gdzie, nie wiadomo w którym roku. Chudy zauważył nagle na niedalekiej drodze jakąś postać. Postanowił się jej spytać co to za miejsce i czas. Podszedł bliżej do tej osoby. Osobą tą okazał się mocno zbudowany mężczyzna, najprawdopodobniej miejscowy rolnik. Nie wiedzieć czemu, rolnik wyglądał na skacowanego. Chudy zagaił rozmowę:
    CE: Przepraszam, nie wie pan gdzie jestem? Nie jestem stąd, trafiłem tu przypadkiem.
    Mężczyzna: Witaj chłopcze. Jesteś w Królestwie Jugosławii.
    CE: Jugosławii? A gdzie dokładnie? I co to za miasto tam i który to rok?
    Mężczyzna: Jesteś w rejonie Słowenii, to miasto to Ljubljana i jest rok 1934.
    CE: Dobrze, dziękuje za informacje, do widzenia.
    Mężczyzna: Do widzenia i do usług.
    Chudy wrócił na wzgórze, by przekazać "radosną" nowinę. Wszyscy byli smutni i wściekli.
    Eddy: I co, czego się dowiedziałeś?
    Chudy: Jesteśmy w Jugosławii, rejonie Słowenia, to miasto to Ljubljana i jest rok 1934...
    [​IMG]

    KONIEC​
     
  4. Eda podróż w czasie

    Wiadomość Chudego zelektryzowała wszystkich. Nikt nie spodziewał się takiego miejsca i czasu. Wszyscy byli zdezorientowani i zagubieni. Eddy tylko pokiwał głową, uśmiechnął się i powiedział do Edda:
    Eddy: No Skarpeta, co teraz zamierzasz w związku z tą sytuacją?
    Chudy zafrasował się, popatrzył przez chwilę na rozciągające się miasto, po czym spytał:
    CE: Eddy. Masz może tutaj tą walizkę z pieniędzmi?
    Eddy przeszukał kieszenie. W jednej znalazł płytę z piracką Tibią, a w drugiej znalazł walizkę.
    Eddy: Hm, mam, a co?
    CE: Nic. Przynajmniej nie zginiemy tutaj. Chodźmy lepiej do miasta poszukać noclegu, bo spać tutaj na tym wzgórzu nie zamierzam. No, chyba że Miyuki spała by koło mnie.
    To mówiąc, Chudy uśmiechnął się figlarnie w kierunku Miyuki, która popatrzyła na niego wilkiem i odwróciła się. Widocznie była obrażona na Skarpetę, za to że ich wywiózł do Jugosławii. Wszyscy podchwycili pomysł i zgodnie stwierdzili że to dobra myśl, po czym skierowali się w stronę Lublany Towarzystwo było już trochę podbudowane na duchu, że chociaż jest money. Rolf stwierdził nawet, że za te pieniądze można by było kupić Ursusa 330. Spotkało się to z uznaniem Kagami, która stwierdziła że taki szajs pasował by do wiejskiego image'u Rolfa. Kiedy wszyscy byli już w mieście, Jimmy uznał że strasznie go suszy. Kiedy to powiedział, przyjaciele przypomnieli sobie o kacu, więc Ed i Kagami zostali oddelegowani do sklepu celem kupienia czegoś do picia. Idąc do sklepu, Kagami zauważyła coś dziwnego:
    Kagami: Jednobrewy, zauważyłeś coś?
    Ed: Tak, ciebie, hehehe.
    Kagami: Nie, wszyscy są jacyś skacowani, i to wszyscy wokół, nie tylko my.
    Ed: Nie wiem, może jest jakieś święto?
    Kagami: Nie, święto musiało być wczoraj, bo tak to wszyscy byliby nawaleni jak meserszmity.
    Ed: O, jesteśmy już przy sklepie. No to co, wchodzimy maleńka?
    Kagami: Wchodzimy. I nie nazywaj mnie tak.
    Weszli do sklepu. W sklepie było chłodno i przyjemnie. Kagami i Ed poszli do działu z napojami, ale przeżyli szok. Kagami była przerażona, a Ed tylko głupio się patrzył. W całym sklepie nie było ani jednego napoju. Ed postanowił wyjaśnić sprawę, więc spytał się ekspedientki:
    Ed: Proszę pani, dlaczego nie ma nic do picia? Suszy mnie.
    Baba: Nie wiesz co wczoraj było za święto?
    Ed: Eee... id Al-Fitr?
    Baba: Nie, Sylwester był wczoraj. Dziś jest Nowy Rok. A poza tym muzułmanom i innym osobom ułomnym nic nie sprzedajemy.
    Gdy Ed to usłyszał, dostał nagłego przypływu animuszu. Wściekły postanowił za wszelką cenę zdobyć coś do picia.
    [​IMG]
    Ed... jest... wściekły...​

    Ed: Primo, nie jestem za******m muzułmaninem. Drugie primo, coś musi pani mieć w zapasach, trzecie primo, dawaj wino stara dz***o, bo jak ci przy******lę to się na swoje nowe widły o***sz!
    Baba: Won mi stąd obszczymurze, bo po gliny zadzwonię.
    Ed: Spalę ci starą i z****am dom!
    Baba: No dawaj, lachociągu!
    Tego było za wiele dla Eda. Wyciągnął z kieszeni swój wielki nóż i... zaczął nim kroić chleb leżący na ladzie. Sprzedawczyni i Kagami były zdziwione.
    Baba: Chłopcze, czemu kroisz ten chleb?
    Ed: Żebyś się głupio pytała, stara landaro.
    Baba: O nie, tak rozmawiać nie będzie...
    Ed błyskawicznie pokroił chleb i jeszcze szybciej dźgnął nożem babę prosto w gardło. Kagami zauważyła tylko rozmycie, taki szybki był ten cios. Baba powoli osunęła się na podłogę.
    Kagami: Ed, cz-czy t-ty... właśnie ją zabiłeś?
    Ed: Nie, kurde, życie jej dałem. A na co ci to wyglądało?
    Kagami: E-Ed, t-to jest karalne wiesz o tym...?
    Ed: Jak będziesz siedzieć po cichu to ujdziesz z życiem. Idę na zaplecze poszukać czegoś do picia.
    Kiedy Ed buszował na zapleczu, Kagami nawet nie drgnęła. Wiele słyszała historii o tym, co kac może zrobić z człowiekiem. Ale czy Ed, taki miły chłopiec, mógł zrobić coś takiego? Nagle Kagami usłyszała jęk. Zobaczyła, że to baba się przebudza. Dziewczyna była zdziwiona. Jak ktokolwiek mógł przeżyć cios nożem w gardło. Kagami przyjrzała się babie. Nie miała ona żadnej rany kłutej, tylko wielką śliwę na prawym policzku. Kagami spytała się zatroskana:
    Kagami: Nic pani nie jest?
    Baba: Nie, tylko gęba mnie nawala.
    Kagami: Myślałam, że panią zabił.
    Baba: Nie, ale tak mi przysolił, że wszystkich świętych uwidziałam.
    Kagami: No cóż, był zdesperowany, wszystkich nas suszy.
    Baba: Tak, rozumiem.
    Tymczasem wrócił Ed ze skrzynią Lechów pod pachą. Zmierzył wzrokiem obie panie, po czym zwrócił się do Kagami:
    Ed: Tyś naprawdę myślała że ją zabiłem?!
    Kagami: Tak to wyglądało, myślałam że...
    Ed: Ech, słodka idiotka z ciebie, Kagami, hehe. A tu $100 rekompensaty za twarz dla pani. Nie gniewa się pani na mnie?
    Baba: Ależ skąd.
    Ed: To dobrze. Do widzenia. Chodź, maleńka.
    Kagami nie protestowała. Nie była w stanie ogarnąć tego co tu się działo. Przekonała się, że Amerykanie potrafią być dziwni.

    Tymczasem ci na polu już się niecierpliwili. Męska część nawet już chciała pobić Eda za spóźnianie się, ale na szczęście żeńska część ich temperowała. Kiedy wrócili Ed i Kagami, wszyscy rzucili się na piwo jak banda meneli co im fabrykę jaboli zamknęli. Lechy przypadły do gustu wszystkim, a Jonny chciał nawet jechać do Polski po więcej. Niestety, nawet Edd i Miyuki nie wiedzieli gdzie jest Polska. Pili tak sobie, kiedy podszedł do nich policjant.
    Pies: A co tu się za praktyki odbywają?
    Kevin: A co cię to g***o obchodzi? FBI czy inny c***?
    Pies: Grzeczniej g****arzu!
    Policjant walnął Kevina pałką po głowie, po czym wrócił do przepytywania:
    Pies: Osiemnaście jest?
    Japonki: My mamy osiemnastkę!
    Pies: A dowodziki są?
    Konata: A może być bomba w ryj?
    Gliniarz już chciał uderzyć Konatę pałką, kiedy żelaznym chwytem unieruchomił mu rękę Ed:
    Ed: Co ty sobie k**** wyobrażasz? Ci j***ę to się skończy dzień dziecka!
    To mówiąc, Ed wsadził gliniarzowi kosę pod żebro. Gliniarz padł na ziemię.
    Jonny: Widzę że zabiłeś dziada!
    Ed: Nie zabiłem. Uciszyłem go tylko. Będzie żył.
    Nagle zostali otoczeni przez innych policjantów. Nie mieli dokąd uciec, a o walce mogli zapomnieć.
    Komendant: Jesteście otoczeni, idziecie z nami.
    Eddy: A możemy piwo dopić?
    Komendant: Możecie, byle szybko. A ty w zielonym dresie, odpowiesz za napaść na funkcjonariusza.
    Ed: Nic mu nie zrobiłem, on nagle zemdlał!
    Komendant: Tak? To skąd ta plama krwi pod nim?
    Ed: Cóż, miesiączka potrafi być bolesna.
    Wszyscy, gdy to usłyszeli, zaczęli śmiać, nawet policjanci z komendantem.
    Komendant: Hehehehehe, wyszedł ci ten dowcip. Dobra, nie idziecie do mamra, ale żeby takie wyskoki się już nie powtórzyły, razume?
    Wszyscy: Razume!
    Gdy policjanci sobie poszli, wszyscy zaczęli myśleć, co teraz robić. Chudy wpadł na pomysł:
    CE: Eddy, pamiętasz co chciałeś zrobić trzy dni temu?
    Eddy: Chłopie, ja nie pamiętam co się wczoraj działo, a ty się mnie o taki daleki czas pytasz!
    CE: Chciałeś założyć państwo.
    Eddy: Ano tak, i co w związku z tym?
    CE: Mamy kasę, dowiedziałem się że król jest w mieście teraz, może kupimy od niego ziemię i będziemy sobie rządzić!
    Eddy: Niezła myśl, a co z resztą towarzystwa?
    CE: Spokojnie, wszystko się obmyśli, część zajmie się polityką, a część czym innym. Co wy na to ludzie?
    Wszyscy byli zdziwieni zamiarem Edów. Ale co innego było do roboty? Postanowili zaufać im. Pozostała tylko jeszcze jedna kwestia...
    Sara: Dobra, wszystko ładnie, pięknie, a tymczasem gdzie ten zawszony król?
    Majka: Sara ma rację, miasto jest duże.
    Tsukasa: Można się spytać jakiegoś miejscowego.
    Konata: Ale ty się boisz nieznajomych...
    Tsukasa: Wiem, niech pójdzie się spytać ktoś, kto nie ma problemów w kontaktach z ludźmi.
    Zaczęto się zastanawiać, kto pójdzie się zapytać. Po namyśle stwierdzono, że pójdzie Jonny.
    Chłopiec szybko znalazł "ofiarę", po czym podszedł się spytać, oczywiście z Deską.
    Jonny: Przepraszam bardzo, gdzie mogę znaleźć króla?!
    Przechodzień: W kartach, młody człowieku.
    Jonny: Nieee, chodzi mi o króla Jugosławii!
    Przechodzień: Aleksandra I Karadziordziewicia?
    Jonny: Taaak!
    Przechodzień: Hm, akurat jest w mieście. A na co ci potrzebny król?
    Jonny: A jest pan Słoweńcem?!
    Przechodzień: Tak, a co to ma do rzeczy?
    Jonny: A chciałby pan żyć w wolnym kraju?
    Przechodzień: Hm, myślę że chciałbym.
    Jonny: Bo ja z przyjaciółmi chcielibyśmy kupić ziemię i założyć własne państwo!
    Przechodzień: Ha ha ha, dobry żart. I dlatego jest ci potrzebny król?
    Jonny: Taaak! I mamy dużo pieniędzy!
    Przechodzień: Taaak, za dużo Monopoly, chłopcze.
    Jonny: Nie żartuję, już niedługo będzie pan żył w wolnym kraju!
    Przechodzień: Dobrze, he he, trzymam cię za słowo. Król jest w swojej rezydencji.
    Jonny: Dziękuję za informację, do widzenia!
    Przechodzień: Do widzenia.
    [​IMG]
    Przechodzień z którym rozmawiał Jonny​

    Jonny wrócił do kolegów, by przekazać im, że król jest w swojej rezydencji. Z pomocą napotkanych przechodniów, udało im się odnaleźć rezydencję króla. Niestety, na przeszkodzie stał strażnik.
    Strażnik: Czego tu, dzieciaki?
    CE: Dzień dobry panu, przyszliśmy z pewną sprawą do króla.
    Strażnik: Do króla tak po prostu? Wynoście mi się stąd, bo psem poszczuję!
    CE: Dobrze, proszę tylko przekazać królowi, że omija go wspaniała oferta!
    I, na dowód, Chudy otworzył przed strażnikiem walizkę z gotówką. Oczy strażnika zrobiły się wielkie jak pięciozłotówki, ponieważ nigdy w życiu nie widział na oczy tylu pieniędzy.
    Strażnik: He he, dobrze, idę przekazać królowi, że ktoś chce się z nim widzieć.
    Po czym strażnik zniknął w rezydencji, a zadowoleni towarzysze zacierali ręce. Po chwili strażnik wrócił, by przekazać im wolę Pana (OMG, jak to brzmi).
    Strażnik: Król wyraził zgodę, ale musicie wybrać dwóch przedstawicieli.
    Po krótkim namyśle zdecydowano się wysłać Chudego i Miyuki, którzy wg opinii byli najbardziej reprezentacyjni i wyrażali się dyplomatycznie. Jakkolwiek, Miyuki nie była specjalnie zadowolona z faktu, że musi iść z Chudym. Ale jak trzeba, to trzeba.

    Chudy i Miyuki szli korytarzem willi, podziwiając przepych i bogactwo. W końcu willa króla musiała jakoś wyglądać, prawda? Chudy próbował wybadać, o co dokładnie jest obrażona.
    CE: Przepraszam cię, Miyuki, o co jesteś zła?
    Miyuki: O nic.
    CE: Ale o coś musisz być. Proszę, powiedz o co jesteś zła?
    Miyuki: Na pewno chcesz wiedzieć?
    CE: Tak.
    Miyuki: Twoi koledzy chcieli złapać mnie za cycki.
    CE: Słucham!?
    Miyuki: To, co słyszysz.
    Chudy Edd zarumienił się i myślał, jakby tu przeprosić koleżankę i usprawiedliwić kolegów.
    CE: Cóż Miyuki, oni są w wieku dorastania, interesują ich takie rzeczy. Poza tym, jakby nie patrzeć, obecnie ty masz największe piersi spośród dziewczyn które znamy.
    Miyuki: To, że są duże, nie oznacza że można mnie za nie łapać.
    CE: Może po prostu chcieli docenić ich piękno...
    Miyuki: Ech, Chudy, jesteś taki uroczy, aż się dziwię że żadna na ciebie nie zwróciła uwagi.
    Chudy nie był czerwony jak komunista. Chudy był czerwony jak sam Józef Stalin.
    CE: N-Naprawdę t-tak myślisz?
    Miyuki: Tak, a tym czasem jesteśmy przed pokojem króla, więc już cisza, dobrze?
    CE: D-Dobrze,
    Skarpeta zapukał do drzwi. Po usłyszeniu "Proszę!", otworzyli drzwi. Na fotelu siedział sam Aleksander I Karadziordziewić.
    Olek: Zapraszam uprzejmie, moi drodzy. Co was sprowadza w moje skromne progi?
    Obydwoje: Dzień dobry wasza wysokość.
    Olek: A tam, "wasza wysokość", mówcie mi Olek. Podobno macie do mnie jakąś sprawę.
    CE: Tak, panie Olku, chcielibyśmy złożyć ofertę kupna.
    Olek: Kupna czego?
    Miyuki: Chcielibyśmy kupić jakąś ziemię, ponieważ chcemy założyć państwo.
    CE: Mamy dużo pieniędzy, myślę że się dogadamy.
    Olek: He he he, ziemię? Dokładnie jaką ziemię? I za ile?
    Miyuki: Oferujemy panu $4 500 000. Chudy, pokaż pieniądze.
    Chudy pokazał królowi pieniądze. Król myślał: "Hm, za tyle kasy mógłbym zainwestować w PP, albo nie, zainwestowałbym w modernizację wojska, kurna, tyle szmalu..."
    Olek: No, więc jaka ziemia was interesuje?
    CE: Myśleliśmy o Słowenii.
    Olek: Słowenii... myślę, że możemy dobić targu. Mogę jeszcze dorzucić dywizję piechoty, wchodzicie w to?
    Obydwoje: Tak
    Olek: No, to gratuluję dobrego zakupu.
    Wszyscy uścisnęli sobie dłonie, po czym król poszedł ogłosić przez radio, że teren Słowenii, został sprzedany, a nasi delegaci poszli powiedzieć tawariszczom, że wszystko poszło pomyślnie...
    [​IMG]

    KONIEC​
     
  5. Miejski Ed

    Na szczęście, wszystko poszło zgodnie z planem. Król zgodził się sprzedać tereny Słowenii za godziwą kwotę. Teraz pozostało tylko przekazać ziemię przyjaciołom i można było zaczynać rządzenie. Olek stwierdził, że jutro przekaże im Słowenię, bo dziś są wszyscy na kacu i nikt nie będzie brał tego na poważnie. Grupa uznała, że król ma rację, więc mogą poczekać. Tylko Eddy'ego martwiła jedna rzecz:
    Eddy: Olek, a czy my mamy spać w twoim ogródku?
    Olek: Hm, mogę was przechować u siebie na jedną noc. Jedną, bo potem wyjeżdżam do Belgradu, a willa też była wliczona w cenę. Tylko jeden warunek: będę tu czasami przyjeżdżał w odwiedziny, okej?
    Ed: Jasna sprawa, ziom!
    Olek: No, tośmy się zrozumieli. Teraz sobie pozwiedzajcie waszą przyszłą stolicę, a ja wracam do willi, wporzo?
    Wszyscy: Wporzo!
    Po czym wszyscy się rozdzielili, żeby pozwiedzać miasto. Oczywiście, opiszę najlepsze przygody. Ed, jak to Ed, postanowił sprawdzić wszystkie sklepy z komiksami. Kiedy przechodził koło jakiegoś baru, został zaczepiony przez dwóch wyrostków w dresach, ok. 18-20 lat.
    Dres1: E, młody, masz kurna szluga?
    Ed: Nie, ja nie palę.
    Dres2: E, patrz go Slobodan, porządny się znalazł, a co reprezentujesz?
    Ed: Reprezentuję Firmę, reprezentuję JP.
    Slobodan: Ty, Ivan, to kurna jeden z naszych! Sory chłopie, idziesz na piwo?
    Ed: No pewnie. Tylko nie mam kasy.
    Ivan: Spoko, my też nie mamy. Więc trzeba komuś wpier****ć.
    Ed: Ale komu?
    Slobodan: Tam idzie jeden frajer, wje**y mu.
    Podeszli w kierunku ofiary, celem dokonania rozboju.
    Ed: E, pipa, masz może na piwo?
    Frajer mocno się wystraszył na widok trzech dresiarzy (tak, Ed został dresiarzem).
    Frajer: Nie, nie mam nic, zostawcie mnie!
    Slobodan: Morda, jak będziesz siedział po cichu, to nie obijemy cię mocno.
    Ivan: Dobra, dosyć pieprzenia, wyskakuj z kasy!
    Frajer: Ale ja naprawdę nic nie mam!
    Mówiąc to, koleś zaczął uciekać. Nie uciekł daleko, Ed szybko go dogonił i znokautował go ciosem w skroń. Gość padł bez słowa na chodnik. Ed i jego kompani zaczęli go kopać dosłownie wszędzie.
    Slobodan: Co, frajerze, przed nami chciałeś uciekać? Teraz masz wpi****l!
    Ivan: A masz, to za moją starą, zdychaj w męczarniach sz**o!
    Ed: Dobra, dosyć, bo go jeszcze zabijemy, a ja tu nie chcę żadnych czarnych marszy!
    Ivan: No dobra, przeszukaj go, eee... jak ci na miano?
    Ed: Nazywam się yyy... jestem Ed!
    Slobodan: Dobra Ed, przeszukaj go.
    Ed przeszukał delikwenta. Znalazł węgierski dowód osobisty, prawo jazdy na samochód oraz portfel. Było w nim około $100.
    Ed: No chłopaki, będzie za co się napić!
    Chłopaki nie odpowiedziały, ponieważ przyglądały sie dowodowi osobistemu ofiary.
    Ivan: Patrz Slobodan, Węgier...
    Slobodan: No, Węgier... Wiesz co teraz musimy zrobić.
    Ivan: Wiem, musimy zabić naszego oprawcę.
    Ed nie rozumiał o co im chodzi. Koledzy wytłumaczyli mu, że kiedyś Słowenia była częścią Austro-Węgier, gdzie byli pod niewolą. Od tego czasu Słowianie południowi nie lubią Węgrów. Slobodan i Ivan postanowili zabić go swoimi nożami. W tym celu zawlekli go gdzieś w odludne miejsce i poderżnęli mu gardło. Ed próbował go bronić, że on w końcu nie musi odpowiadać za grzechy swoich rodaków. Slobodan i Ivan popatrzyli na niego zimno, po czym Ivan powiedział:
    Ivan: Uwierz nam, na naszym miejscu zrobiłbyś to samo...
    [​IMG]
    Ed znalazł swoje powołanie​

    Tymczasem Eddy chodził po Lublanie podziwiając banki, które już niedługo miały zarabiać pieniądze ku chwale Edolandu. Eddy myślał także o obsadzie rządu, TT oraz leaderach. Oczywiście, Eddy zamierzał uczynić siebie głową państwa, natomiast więcej problemów przysparzała mu obsada pozostałych stanowisk. Przyszła głowa państwa stwierdziła, że to się ustali na jutrzejszym posiedzeniu, a tymczasem jaki tytuł by sobie przybrać? Eddy zastanawiał się nad "Eddy potenrzny włatca Tibji" albo "Master of Disaster". Po namyśle uznał, że będzie po prostu "Wodzem". Tak sobie rozmyślając, Eddy wpadł nagle na Chudego, który nagle wyszedł zza węgła. O mało co się nie zderzyli. Eddy zauważył, że Skarpeta ma cały czerwony policzek.
    Eddy: Chudy, co ci się stało? Wyglądasz jak Robert Burneika po zażyciu Double Blasta.
    CE: Ech, nawet nie mów.
    Eddy: Co się stało? Od czego to masz?
    CE: Cóż, Miyuki mi to zrobiła.
    Eddy: Czym sobie znów przewiniłeś?
    CE: Rozmawialiśmy sobie na temat siatkówki (Chudy był niegdyś miłośnikiem tego sportu), kiedy Miyuki nagle schyliła, żeby zawiązać sobie buta. Niestety, akurat pokazywałem jej jak zrobić dobre wybicie od dołu i trafiłem ją niechcący w tyłek.
    Eddy: I co ona na to?
    CE: Zwyzywała mnie od zboczeńców i degeneratów, trzasnęła mnie w pysk i poszła obrażona do swoich przyjaciółek. Kurde, ja to nie mam szczęścia do dziewczyn.
    Eddy: Spójrz na to z innej strony, przynajmniej sobie pomacałeś.
    CE: Nie patrzę na to w ten sposób co ty, Eddy.
    Eddy: Spokojnie, życie jest po to, by z niego korzystać. Idziemy poszukać Jednobrewego?
    CE: Możemy, choć zdaje mi się, że widziałem z grupką przedstawicieli subkultury dresiarzy.
    Eddy: No, to widzę że znalazł swoich pobratymców, oprócz innych brudasów of course.
    CE: Nie cieszyłbym się tak, a jak nas będzie bił?
    Eddy: Co ty, przed idiotą się nie umiesz obronić? Choć w sumie jak cię nawet dziewczyny biją...
    CE: Taaak!? To ty chyba nie widziałeś wku*****ej Miyuki.
    Eddy: Nie, nie widziałem. A co, straszna jest?
    CE: Gorsza niż Sara na sterydach.
    Eddy: Hm, wiesz co, to bardzo ciekawe. Nie ma straszniejszej rzeczy niż Sara na sterydach.
    CE: A założysz się że jest?
    Eddy: Dobra! O co?
    CE: Jak wygram, to uczynisz mnie szefem rządu.
    Eddy: A jak przegrasz to powiem Nazz o twoich zboczonych SMS-ach. Stoi?
    CE: Stoi.
    Chłopcy podali sobie dłoń, by przypieczętować zakład. Chudy nie miał żadnych wątpliwości co do wyniku zakładu. W duchu już cieszył się ze swojego nowego stanowiska. Nie wiedział tylko, co ona może zrobić Eddy'emu. To mogły być różne rzeczy.

    Kiedy większość kompanii chodziła po mieście, Rolf, Jonny oraz Deska postanowili pozwiedzać okoliczne wsie. Byli ciekawi, jak wygląda rolnictwo na Bałkanach w latach 30.
    Rolf: No no, krasne tu te wsie mają. Rolf jest ciekow, jakie majo traktory.
    Jonny: Pewnie Ursusy trzycetki, co nie Deska!?
    Deska: Nie, Zetory.
    Jonny: Rolf, słyszałeś!? Deska się odezwał!
    Rolf: Ech, Jonny. Więcej pol tych skryntów, dyć ty jeżeś po nich pobudzony i pitomy!
    Jonny: Co to są skrynty?
    Rolf: Nieważne. Poznowejmy lepiej jokiś rolników, co byśmy się czego dowiedzieli ciekowego, co ni Jonny?
    Jonny: Ja, es ist richtig mein Freund!
    Rolf: Przypomniołeś Rolfowi jego łojczyzne. Tam kaj wszyscy byliśmy szczęśliwi i jedliśmy z babuciami z jydnygo koryta. Ech, to były czasy.
    Jonny: Rolf, to skąd ty jesteś?
    Rolf: Z Wrocławia.
    Jonny: A gdzie ten Wrocław jest?
    Rolf: W Niymcach na Ślónsku.
    Jonny: Ooo, to może nas tam kiedyś weźmiesz, Rolf?
    Rolf: Isto ja, wezmę was kiejsik.
    Jonny: Rolf, patrz, jakiś pan tam stoi, porozmawiamy z nim?
    Rolf: A, kaj też tam, dyć to menel jakiś.
    Jonny: A od kiedy menele noszą sutanny?
    Rolf: Faroż jaki?
    Jonny: No, chyba ksiądz.
    Rolf: Toć, mogemy z nim pogodać.
    Chłopcy podeszli do księdza. Kapłan okazał się być mężczyzną w wieku ok. 50 lat. Miał on czarne, kręcone włosy. Koledzy uznali za stosowne przywitać się:
    Chłopcy: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
    Ksiądz: I na wieki wieków amen.
    Jonny: Gdzie ksiądz idzie?
    Ksiądz: A, idę na plebanię przyszykować się do kazania.
    Rolf: A na joki tymot byndzie kazanie?
    Ksiądz: "Okultyzm a gry komputerowe"
    Jonny: Ciekawy temat, proszę księdza.
    Ksiądz: Też tak uważam, drogie dziecko.
    Rolf: A kaj je kościół?
    Ksiądz: Kościół jest niedaleko, stąd idziecie prosto i tam skręcacie w lewo.
    Jonny: To może pójdziemy na mszę, co Rolf?
    Rolf: Możemy. Z Bogiem
    Ksiądz: Z Bogiem.
    Po czym razem poszli na mszę. Z kazania najbardziej spodobał się im fragment: "Jeżeli wasze dziecko gra w Diabolo, to wiedz, że coś się z nim dzieje." Po skończonej mszy postanowili pójść na wiejską dyskotekę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zaczęli śpiewać "Was ist des Deutschen Vaterland". Jako, że Słoweńcy nie lubili języka niemieckiego (Austro-Węgry), obydwaj dostali w mordę, po czym razem z Deską zostali wyrzuceni z dyskoteki. Obici i pijani musieli jakoś dojść do willi. Szli by całą noc zataczając się i zwiedzając pobliskie rowy, gdyby Rolf nie wpadł na pewien pomysł:
    Rolf: J-Jonnnyyyy..... hik! Widziiiisz tomte toczki?
    Jonny: Widzęęęę...
    Rolf: Wsiadej, hik!, podwiozę cię!
    Jonny wsiadł razem z Deską do taczek i pojechali z Rolfem do rezydencji.
    [​IMG]
    Rolf powinien założyć firmę przewozową...​

    W tym samym czasie do domu wracała banda Edów. Chudy i Eddy znaleźli Eda, gdy ten pił tanie wino ze swoimi dresiarskimi kolegami. Po zapoznaniu się, Skarpeta i Eddy zabrali Eda ze sobą. Edowi, który wypił 4 wina, wcale nie odbijało. Chudy i Eddy odetchnęli z ulgą, gdy to odkryli, bo to oznaczało, że nie będą musieli go prowadzić.
    CE: I co, Ed, widzę że znalazłeś sobie kumpli?
    Ed: Nooo, chłopie, baunsujemy po całej Lubli. Wyk****ście, no nie, ziom?
    Eddy: No, niedługo skończy się baunsowanie po Lubli. Zostaniesz ministrem spraw zagranicznych.
    Ed: Pie****isz smuty jak dz***a. Chcę baunsować po mieście i wyrywać lachony!
    Eddy: Będziesz baunsował po całym świecie.
    Ed: Całym świecie? Za****oza!
    CE: Ed, nie przeklinaj tyle, bo się przez ciebie nam dostaje od czytelników!
    Ed: Luzik, ziom!
    Eddy: No, jesteśmy już przy willi. Zaraz, co tu robią te taczki?
    Chłopcy zauważyli przewrócone taczki tuż przed bramą. Kto je mógł tu przywieźć?
    Ed: Kto tu do cho***y jasnej zostawił te zas***e taczki?!
    CE: ED!!! CZY JA CI CZEGOŚ CZASEM NIE MÓWIŁEM?!?!
    Ed: Dobrze, przepraszam.
    Eddy: Nie ma co, trzeba to zbadać.
    Edy weszły do budynku celem znalezienia winnego. Nie musieli długo szukać. Jonny leżał na schodach, a Rolf półprzytomny leżał na sofie.
    Eddy: Rolfi, skąd się tu wzięły te taczki?
    Rolf: Aaaaa... jo je przywióóózł.
    Eddy: A na wała ci one?
    Rolf: Jonny'ego przyyyywiooozłem...
    Eddy: Gdzieście się tak nawalili?
    Rolf: Na wsiooooweeeej biiiibie...
    CE: No to wszystko jasne. Ed, zanieś ich do sypialni.
    Ed wziął ich obu na barki, po czym zaniósł do ich własnych pokoi. W międzyczasie jego koledzy czekali na pozostałą część grupy. Na szczęście, nikt więcej nie wrócił pijany. Kiedy wszyscy dowiedzieli się o genialnym pomyśle Rolfa i Jonny'ego, po prostu ich wyśmiali. Towarzystwo postanowiło jeszcze nie iść spać, toteż z braku laku opowiadali sobie co robili na mieście. Po jakimś czasie jednak należało iść spać. Kiedy wszyscy szykowali się do spania, Chudy przypomniał sobie o zakładzie. Kiedy w pobliżu zobaczył Miyuki, podszedł do Eddy'ego.
    CE: Eddy, pamiętasz o zakładzie?
    Eddy: Pamiętam.
    CE: No, to masz okazję się wykazać.
    Eddy: Luzik, robiłem to miliard razy.
    Przyszły Wódz podszedł do Miyuki akurat gdy ona zdejmowała buty. Co za tym idzie, była pochylona do przodu.
    Eddy: Cześć Miyuki, co tam u ciebie słychać? - powiedziawszy to, chwycił ją bezczelnie za tyłek. Eddy, spodziewając się natychmiastowego plaskacza, odsunął się trochę. Niestety, nie mógł przewidzieć, że wcale nie walnie go w twarz. Miyuki zrobiła coś dużo straszniejszego. Chwyciła go najsilniej jak potrafiła za jaja. Eddy nie był w stanie nic zrobić, taki wielki był ten ból.
    Miyuki: I co, nie spodziewałeś się czegoś takiego?
    Eddy: Iiiiiii! - Eddy piszczał z bólu.
    Miyuki: Wiesz, wkurzać mnie zaczyna już to całe macanie. Najpierw Chudy, teraz ty...
    Eddy: Puuuuść.....
    Miyuki: Co się mówi?
    Eddy: Przepraszammm....
    Miyuki: No, już lepiej. I żeby mi to ostatni raz było, verstehen?
    Eddy: Verstehen...
    Miyuki puściła Eddy'ego. Przez chwilę zdawało mu się, że jest bezpłodny. Eddy wrócił do Edda:
    CE: Kurde, nie spodziewałem się, że cię tak załatwi.
    Eddy: Ja też się nie spodziewałem. Dobra, masz to stanowisko.
    CE: Dzięki Eddy. No, ale chodźmy już spać, bo nas tu świt zastanie.
    Udali się w kierunku swoich pokoi. Kiedy Chudy chciał wejść do swojego pokoju, podeszła do niego Miyuki, słodko się uśmiechając:
    Miyuki: Cześć Chudy.
    CE: Już się dzisiaj witaliśmy, Miyuki.
    Miyuki: Słuchaj, masz może coś wspólnego z tym wyskokiem Eddy'ego?
    CE: Nie, a czemu pytasz?
    Miyuki: Bo wszyscy macie dzisiaj tendencje do łapania mnie za ****.
    CE: Ale, ja tylko przez przypadek...
    Miyuki: Dobrze, nie tłumacz się, rozumiem. Chciałam cię uprzedzić, że jeśli ty też spróbujesz czegoś takiego, to i tak cię nie oszczędzę. Rozumiesz?
    CE: Rozumiem...
    Miyuki: No, to w porządku. Dobranoc, misiaczku.
    CE: Dobranoc...
    Gdy Miyuki odeszła, Chudy stwierdził, że miał bardzo posrany dzień, po czym poszedł spać.

    Nazajutrz odbyło się przekazanie ziemi przez króla Aleksandra I dla Edolandu. Po przekazaniu ziemi Eddy zwołał posiedzenie, na którym wszyscy byli obecni, nawet Deska.
    Eddy: Dobra, głąby, niniejszym otwieram posiedzenie jeszcze-nie-wiem-czego. Dzisiaj ustalimy skład rządu, TT oraz leaderów. Ktoś ma jakieś ale? Nein? No to jedziem z tym śledziem. Ogłaszam, że szefem rządu zostaje Chudy Edd!
    CE: Dziękuję.
    Eddy: Ministrem spraw zagranicznych mianuję ciebie, Jednobrewy.
    Ed: Dzięki, ziooom!
    Eddy: Ministrem zbrojeń będziesz ty, Konata.
    Konata: Dzięki, Eddy.
    Eddy: Rolf, jesteś ministrem bezpieczeństwa.
    Rolf: Coooo...? A, tak, danke.
    Eddy: Szefem wywiadu będzie Sara!
    Sara: O w ****, dzięki.
    Eddy: Szefem sztabu zostaje Łysy.
    Jonny: Mamusia by się normalnie przekręciła!
    Eddy: Dowódcą wojsk lądowych mianuję Kevina.
    Kevin: Dzięki, stary!
    Eddy: Dowódcą marynarki jest Jimmy.
    Jimmy: Ale Eddy, my nie mamy dostępu do morza.
    Eddy: Więc jak myślisz, dlaczego mianowałem cię dowódcą akurat marynarki?
    Jimmy: No tak, dzięki Eddy.
    Eddy: A dowódcą sił powietrznych zostaje Nazz.
    Nazz: Dzięki koleś!
    Eddy: Dobra, czas przejść do techteamów. Za naukowców będą robić Chudy i Miyuki.
    Chudy i Miyuki: Dziękujemy, Eddy.
    Eddy: No i zostali nam leaderzy. Deska, Kagami, Tsukasa i siostry Ohydki. To wy będziecie odpowiedzialni za obronę naszych granic przed wrogiem, oraz ich poszerzanie. Granic, oczywiście. Czy zgadzacie się na taki przydział?
    Dziewczyny: Zgadzamy się.
    Eddy: No to fajnie. Wszystko jest ustalone. Ja ogłaszam się wodzem Edolandu. Ktoś ma jeszcze jakieś pytania?
    Jonny: A jaka będzie nasza flaga?
    Eddy: O to się nie martw Jonny. Naszym znakiem będą trzy diamenty na szarym tle. Trzy, ponieważ tylu było założycieli. Dobra, no to do roboty! Jutro zajmiemy się polityką wewnętrzną.
    Kiedy wszyscy się rozeszli, Eddy poszedł do gabinetu, w którym niedawno jeszcze przesiadywał król Jugosławii. Eddy rozsiadł się wygodnie na fotelu, popatrzył w okno, po czym powiedział do siebie:
    Eddy: No Eddy, doczekałeś się własnego państwa. Teraz historia zostanie napisana od nowa...
    [​IMG]
    Skład rządu nowego państwa

    [​IMG]
    Nowe państwo

    Koniec​
     
  6. Wołają Go Pan Edzio

    Rozpoczął się pierwszy dzień istnienia nowego państwa. Eddy, nowy Wódz Edolandu, stał na balkonie swojej rezydencji podziwiając swe włości. Wodzowi przeszkadzał tylko fakt braku dostępu do morza, ale o tym się jeszcze pomyśli. Uznał, że warto byłoby zadbać o przyjaciół w okolicy, ponieważ nie zamierzał być otoczony wrogami ze wszystkich stron. Eddy stał tak, kiedy ktoś zapukał w drzwi:
    Eddy: Proszę!
    Drzwi otworzyły się i ukazał się w nich posłaniec Eddy'ego:
    Posłaniec: Wodzu, król Jugosławii przysłał nam tą dywizję piechoty, którą obiecał.
    Eddy: To świetnie, przekazałeś to dowódcy wojsk lądowych?
    Posłaniec: Tak wodzu!
    Eddy: Dobra, możesz odejść.
    Posłaniec odszedł, a Eddy w związku z tą sprawą zamierzał się przejść do Kevina. Już miał wychodzić, kiedy do jego gabinetu wszedł bez pukania Ed.
    Ed: Elo Eddy, paru c*eli z innych krajów przysłało nam oferty handlowe. Tejkniesz luka?
    Wódz spojrzał na to co przyniósł Ed. Były to oferty z RPA, Japonii, Kanady i Jugosławii.
    Eddy: Hm, akceptuj wszystkie. Stal i energia się nam przydadzą, bo jesteśmy stratni z nimi.
    Ed: Ołkej madafaka, idę przekazać to tym frajerom. Aha, Kevin chce się z tobą widzieć.
    Eddy: Właśnie tam szedłem...
    [​IMG]
    Oferty​

    Obydwaj wyszli z pokoju, po czym Ed skierował się w stronę swojego gabinetu, w którym czekało czterech wystraszonych posłańców zza granicy, a Eddy w stronę gabinetu Kevina. Eddy wszedł do Kevina (w końcu był szefem), ale zastał tam też Nazz. Eddy'ego to nie zdziwiło.
    Eddy: Witajcie, moi padawani.
    Kevin: Cześć głąbie, znaczy, Wodzu.
    Nazz: Siemka Wodzu.
    Eddy: Dobra, koledzy nie muszą mi tak mówić. Kevin, wiesz co się stało?
    Kevin: Wiem, nowa dywizja, hehe.
    Eddy: I kogo zamierzasz uczynić dowódcą?
    Kevin: Jeszcze nie wiem, ale wkrótce się dowiem.
    Eddy: Aha, a gdzie tymczasem wszyscy dowódcy?
    Kevin: Na szkoleniu.
    Eddy: Na poligonie?
    Kevin: Nie, na komputerach.
    Eddy: NA KOMPUTERACH?!
    Kevin: No, "I wojnę światową" im puściłem, kto będzie miał najwięcej punktów na koniec, ten zostaje dowódcą "Strażników miejskich".
    Eddy: STRAŻNIKÓW MIEJSKICH?!
    Kevin: A jak ich miałem nazwać? Strażnikami wiejskimi?
    Eddy: Mogłeś ich nazwać "Niestrudzeni obrońcy porządku i ładu moralnego"
    Kevin: Za długie. Niech będą po prostu "Wyrywacze flaków".
    Eddy: No i to jest fajna nazwa. A ty Nazz, czemu nic nie robisz?
    Nazz: Bo nie mamy lotnictwa?
    Eddy: Ano tak, to ty masz wolne. A ciekawe co robi ten mały mazgaj, Jimmy?
    Nazz: Siedzi u Sary.
    Eddy: Dzięki Nazz, muszę się dowiedzieć jak tam wywiad.
    Wódz pożegnał się, po czym wyszedł z pokoju skierowawszy swe kroki w kierunku gabinetu Sary. Nazz nie myliła się, siedzieli w nim Jimmy i Sara. Eddy podszedł bliżej i przywitał się z nimi:
    Eddy: Guten Tag, meine kleine Freunde!
    Sara: Mów po ludzku, rybi łbie!
    Eddy: Jak ty się do Wodza zwracasz? Mam powiedzieć Edowi żeby ci spuścił łomot?
    Sara: Wybacz wodzu, zapomniałam się. Co Wodza tu sprowadza?
    Eddy: Chciałem się dowiedzieć jak tam nasz wywiad.
    Sara: G**no a nie wywiad. W całej Europie wszyscy wiedzą o nas więcej niż my sami.
    Eddy: Głupoty gadasz. Nasz wywiad jest najlepszy na świecie.
    Sara: No właśnie nie. Potrzebne jest dofinansowanie. Jesteś w stanie to zrobić?
    Eddy: Myślę, że jestem. A ten co tu robi? Nie masz czasem dowodzić flotą?
    Jimmy: Przecież my nie mamy nawet dostępu do morza!
    Eddy: Mam to w *****! Masz dowodzić flotą, nawet w zas***ej wannie!
    Jimmy: Ale nie mamy nawet tyciego statku!
    Eddy: To se ku**a kup zabawkowy!
    Jimmy wyleciał z pokoju z płaczem. Sara spojrzała pytająco na Eddy'ego:
    Sara: Dlaczego go tak potraktowałeś.
    Eddy: Tak kończą frajerzy, właśnie tak.
    Sara: Jakkolwiek ten frajer dowodzi twoją flotą.
    Eddy: Bo nim go zrobiłem z litości. Za to cwaniactwo i kapowanie kiedyś, powinienem go powiesić za ten jego durny pysk. Dobra, dofinansuję ci ten wywiad. Idę obczaić innych, nara.
    Po pożegnaniu się Wódz udał się do szefa sztabu, czyli Jonny'ego. Jonny przebywał akurat sam.
    Jonny: Czołem wodzu!
    Eddy: Czołem Jonny. Jak tam u ciebie?
    Jonny: Fajnie, mamy jedną dywizję piechoty, to już jakiś postęp, no nie?
    Eddy: No, przynajmniej ma nas kto bronić. Co słychać u Deski?
    Jonny: Przechodzi szkolenie na dowódcę, podobno najlepiej mu idzie!
    Eddy: To super Jonny, może będą z niego ludzie.
    Jonny: No ja myślę, bo jak nie to się wkurzę!
    Eddy: Dobrze Jonny, pracuj tu sobie, a ja idę odwiedzić innych. Nara.
    Teraz Eddy postanowił odwiedzić wieśniaka, który sprawował urząd ministra bezpieczeństwa.
    Eddy: Witaj Rolfi!
    Rolf: Witej wodzu silny jok dziesiynć ciknących wiader.
    Eddy: I jak tam bezpieczeństwo w naszym jakże świetnym państwie?
    Rolf: Wunderbar, jok wypuściłech Wilfreda na ulice to przestympczość spodła do 1%.
    Eddy: A czemu nie do 0%?
    Rolf: Bo gliniorze cosikej muszom robić, ni?
    Eddy: Masz rację, za darmo im płacił nie będę. Ciekawe jak tam ten, którego Ed potraktował z noża?
    Rolf: Podobno z kraju łuciekoł jok sie o tym dowiedzioł.
    Eddy: Uwierz mi, też bym na jego miejscu uciekał. No ale nic, nie przeszkadzam ci już.
    Eddy uznał, że teraz odwiedzi ministra zbrojeń, czyli Konatę. Zastał ją, jak piła Bolsa.
    Eddy: Cześć Konata, co tam u ciebie słychać?
    Konata: Cześć Eddy, nic nowego, myślałam o wyglądzie naszych żołnierzy.
    Eddy: Chodzi ci o mundury?
    Konata: Tak, uznałam że nasi żołnierze muszą wzbudzać strach u wroga.
    Eddy: I co wymyśliłaś?
    Konata: Narysowałam jak powinni wyglądać nasi żołnierze. Co o tym sądzisz?
    Konata pokazała Eddy'emu rysunek. Eddy uznał, że trochę on zbyt nowoczesny.
    [​IMG]
    Żołnierz wg Konaty​

    Eddy: Trochę wygląda zbyt nowocześnie. Nie da się go postarzyć trochę?
    Konata: Mogę go zrobić w wersji czarno-białej, może być?
    Eddy: Nieważne, taki też może być, wygląda całkiem nieźle.
    Konata: No ja myślę. Chcesz się napić?
    Eddy: A, nie pogardzę.
    Oboje wypili całą flaszkę. Eddy uznał, że ta wódka jest godna wodzowskiego podniebienia, więc kazał Konacie kupić całą skrzynkę. Konata ochoczo pognała w kierunku sklepu. Niestety, w Edolandzie nie było Bolsów, więc Konata musiała zapylać na piechotę do Jugosławii. Eddy w międzyczasie poszedł do Eda.
    Eddy: Siema Jednobrewy, co tam słychać?
    Ed: Joł nigga, wszystko kul, jestem ministrem i mi kurna nie podskoczysz!
    Eddy: To fajnie, co tam słychać za granicą?
    Ed: Zaj****cie, Włochy nas lubią, Jugosławia uwielbia, Austria niezbyt, a te ch**e Węgry to nas nie lubią. Czemu, tego nie wiem, ale to są frajery to się trza od nich z dala trzymać, no nie?
    Eddy: To czemu nas nie lubią?
    Ed: Nie wiem, może temu że nazwałem ich kraj przez przypadek Wągrami.
    Eddy:Ech Ed, jak przez ciebie zginiemy, to...
    Ed: To będziemy martwi.
    Eddy: To przy okazji. Dobra, zostawiam cię tu, ale nie narób mi problemów, okej?
    Ed: Okej, ziom.
    Eddy'emu została już tylko wizyta u Chudego. O dziwo, Chudego nie było w jego gabinecie. Eddy uznał, że pewnie jest u Miyuki. Miał już do niej pukać, kiedy z jej pokoju wyszedł Chudy. Tym razem leciała mu krew z nosa. Eddy domyślał się, o co może chodzić.
    Eddy: O ch***ra, co ci się stało?
    CE: Domyśl się.
    Eddy: Miyuki?
    CE: Tak.
    Eddy: Nieźle cię załatwiła.
    CE: Ta, j**ła mnie z całej siły.
    Eddy: Czym przewiniłeś?
    CE: Cóż, kiedy sobie rozmawialiśmy, poszedłem się odlać. Kiedy wracałem do Miyuki, niechcący potknąłem się o własne nogi i wylądowałem twarzą prosto w jej cycki.
    Eddy: I co ci zrobiła?
    CE: Pier****ęła mnie w nos i powiedziała żebym się nawet do niej nie zbliżał.
    Eddy: Rozumiem... a powiedz, fajne uczucie być twarzą w cyckach?
    CE: Fajne, do czasu jak ci nie walną.
    Eddy: No dobra, ja już spadam, A do niej to wolę nawet nie wchodzić.
    CE: Słusznie czynisz.

    Wódz wrócił do swego gabinetu. Prawdę mówiąc, miał mieszane uczucia co do swego rządu. O ile nie miał nic do zarzucenia szefowi sztabu czy wywiadowi, o tyle był przerażony o niektórych swoich podwładnych. Dowódca marynarki to niekochana ciota, dowódca wojsk lądowych szkoli dowódców na grze komputerowej, minister spraw zagranicznych to dresiarz, a szefa rządu biją dziewczyny. "No Eddy, zajefajny masz ten kraj, jak przeżyjemy chociaż rok na arenie międzynarodowej to to będzie wielki sukces", myślał sobie Eddy. Nagle Eddy'ego coś tknęło. Gdzie się podziewała Konata? Eddy postanowił porozumieć się z Konatą przez radio (miała przy sobie mini-radio). Eddy podszedł do radia, po czym zaczął wybierać częstotliwość:
    Eddy: Nie... nie... RMF FM... Radio Zet... Radio Maryja... jest! Konata, słyszysz mnie?
    Konata: Nie kurna, nie słyszę cię.
    Eddy: Coś taka wkurzona?
    Konata: Bo właśnie za****dalam z Jugosławii do Lublany na piechotę niosąc pudło ciężkich Bolsów
    Eddy: A gdzie cię do Jugosławii poniosło?
    Konata: BO W CAŁYM ZAS**NYM EDOLANDZIE NIE MA ANI JEDNEGO BOLSA!!!
    Eddy: Nie ma?
    Konata: NIE MA!!!
    Eddy: Mam nadzieję, że ci od ofert mówiąc "zaopatrzenie", mieli na myśli Bolsa...
    Konata: GÓ**O MNIE TO OBCHODZI!!! MOŻE BYŚ CHOCIAŻ RUSZYŁ DUPĘ I PO MNIE PRZYJECHAŁ???!!!
    Eddy: Dobra, gdzie jesteś?
    Konata: Mijam granicę z Jugosławią koło Rybiflaków.
    Eddy: Dobra, jadę po ciebie.
    Co prawda Eddy'emu nie chciało się nigdzie zbytnio ruszać, ale ponieważ Konata miała wódkę, natychmiast zbiegł do garażu odpalić swoje auto. Odpalił je, po czym ruszył w kierunku Rybiflaków odebrać Konatę. Ponieważ Eddy uczył się jeździć na Flatoucie, spowodował znaczne zmniejszenie populacji pieszych. Kiedy Eddy podjechał po Konatę, ona akurat otwierała drugą flaszkę.
    Konata: GDZIEŚ TY MNIE K***A WYSŁAŁ?!
    Eddy: Wysyłałem cię tylko po Bolsa.
    Konata: MOGŁEŚ POWIEDZIEĆ "WÓDKA"!!! TO BYM WTEDY NIE ZAP****ALAŁA JAK GŁUPIA ZA GRANICĘ, TYLKO BYM POSZŁA DO SKLEPU OBOK!!!
    Eddy: Dobra, przepraszam.
    Konata: Ech, jedźmy już, bo mnie ku***ca weźmie zaraz.
    Wsiedli do auta, uprzednio zapakowawszy wódkę do bagażnika, po czym odjechali z piskiem opon. Konata zaczęła coś podejrzewać:
    Konata: Eddy, gdzieś ty się uczył jeździć?
    Eddy: W gimnazjum zamieniłem mózg na Flatouta.
    Konata: Jasna ****, przecież my zginiemy!
    Eddy: Spokojnie, znam szkołę ujeżdżania byków.
    Konata: Jeszcze lepiej. Umrę jako młoda dziewica...
    Eddy: Jesteś dziewicą?
    Konata: Jeśli chcesz iść ze mną do łóżka to moja odpowiedź brzmi: nie.
    Eddy: Z ciekawości pytałem.
    Konata: A chcesz stoperan?
    Eddy: Po co?
    Konata: Bo chyba cię pos**ło.
    Cała jazda upłynęła im na podobnych dialogach, a Eddy co chwila kogoś rozjeżdżał. Kiedy dojechali, Konata od razu leciała zobaczyć, czy butelki są całe. Eddy podszedł do niej:
    Eddy: I co, całe?
    Konata: Nie, jedna się stłukła.
    Eddy: Uczcijmy jej pamięć minutą ciszy.
    Konata: Dobra, pomóż mi je zanieść do środka.
    [​IMG]
    Eddy za kółkiem​

    Razem zanieśli wszystkie flaszki do willi. Zmęczony Eddy udał się do swojego gabinetu, by sobie w końcu zasłużenie odpocząć. Niestety, nie było mu dane długo odpocząć. Zaraz przyszedł do niego Ed:
    Ed: Eddy, kurde, słuchaj, sprawa jest, i to wielkiej wagi.
    Eddy: To ta sprawa to wieloryb? - Eddy był półprzytomny ze zmęczenia.
    Ed: Jaki kurna wieloryb?
    Eddy: Nieważne.
    Ed: Słuchaj, jutro przyjeżdżają ziomale z wielu krajów zas***ego świata, będzie biba, czaisz to?
    Eddy: A na wała mi tu oni?
    Ed: Chcą nawiązać stosunki dyplokurnamatyczne.
    Eddy: Nie jestem pedałem.
    Ed: Nie o takie stosunki mi kaman! To co, wchodzimy w to?
    Eddy: Dobra, tylko błagam, weź mnie już zostaw w spokoju.
    Ed: Jest jeszcze jedna sprawa...
    Eddy: Wyjdź. Wyjdź, bo ci tak kopnę w **** że...
    Ed: Ale Eddy...
    Eddy: Wyjdź, bo ja się denerwuję, bo ci przyp***dolę..
    Ed: Eddy...
    Eddy: Mówię że przyp***dolę ci łomem, krzywdę ci zrobię.
    Ed: Dobra, ja już idę.
    Ed w końcu wyszedł, a Eddy mógł zapaść w spokojną, niczym nie zmąconą drzemkę...
    [​IMG]
    Dowódca floty
    [​IMG]
    Minister spraw zagranicznych

    Koniec​
     
  7. Edy z wyższych sfer
    Podkład muzyczny


    W lutym w państwie edolandzkim, podobnie jak za granicą, nie działo się dużo ciekawych rzeczy. Ot, jakieś tam pucze komunistów we Francji i Austrii, które ku smutkowi Eda zostały rozbite; Lechistan groził Niemcom wojną prewencyjną, do której nie doszło bo Hitler jest mądry w gębie, a jak przyjdzie co do czego to pierwszy tchórzy i takie tam duperele. Ale wróćmy do Edolandu.11 lutego król Olek przysłał w ramach przyjaźni południowosłowiańskiej dywizję piechoty dla Edolandu. Zobaczmy co się wtedy działo...

    11 lutego wypadała niedziela, a co za tym idzie, Wódz chciał sobie dłużej pospać. Niestety, obudziły go wrzaski dużej ilości mężczyzn oraz ich głośny tupot, bowiem cała dywizja stała przed siedzibą Eddy'ego. Nieprzebudzony do końca Eddy postanowił odnaleźć źródło hałasu. Wyszedł na balkon, ale to co tam zobaczył natychmiast go otrzeźwiło, po czym z wrzaskiem pobiegł do szefa rządu, przy okazji budząc wszystkich krzykami na temat napadu, jego dymisji oraz braku obrony przed najeźdzcą. Eddy szybko wparował do pokoju Chudego, ale zastał tam tylko porządek. Wódz niewiele myśląc zaczął biec w kierunku placu by oddać się w ręce wroga, ponieważ był za młody żeby umierać. Nagle, z pokoju Miyuki wyszedł z czerwonym policzkiem Chudy Edd. Eddy był tak zdziwiony tym widokiem, że aż się zatrzymał i zaczął wrzeszczeć do Chudego:
    Eddy: Chudy, kurna, zostaliśmy najechani, zrób coś, bo nie chcę jeszcze umierać!
    CE: Spokojnie, nie zostaliśmy najechani. - powiedział flegmatycznie Chudy.
    Eddy: Jak to nie?! A co robi wojsko przed naszą siedzibą?!
    CE: To prezent od Olka.
    Eddy: Ciekawy prezent, najechać swoich przyjaciół!
    CE: Nie, dostaliśmy dywizję piechoty w prezencie, to teraz nasze wojsko.
    Eddy: Fiu, już myślałem że to atak. Swoją drogą, co robiłeś w pokoju Miyuki?
    CE: Wczoraj poprosiła mnie, czy bym nie dokończył za nią jej badań, ponieważ była zmęczona. Dokończyłem jej te badania, a byłem tak zmęczony, że myślałem że jestem w swoim pokoju, więc walnąłem się do jej łóżka i zasnąłem koło niej. No i przed chwilą się obudziła, jak mi nie walnęła w pysk, myślałem że to armageddon jakiś. Swoją drogą, gdybym wczoraj wiedział do czego się przytulam...
    Eddy: Ona cię kiedyś zabije.
    CE: Wiem. Aha, Kevin chce się z tobą widzieć.
    Eddy: I chyba się domyślam dlaczego.
    [​IMG]

    Po tej rozmowie Chudy poszedł pogadać z Edem na temat spotkania z przedstawicielami innych państw, którzy mieli przyjechać nazajutrz, a Eddy udał się na spotkanie z Kevinem. Wódz zastał go razem z Deską.
    Eddy: Siema Kevin, co chcesz od Wodza?
    Kevin: Witaj Wodzu. Wiesz już chyba o prezencie, nie?
    Eddy: Wiem. Przydałby się im jakiś dowódca, zresztą tej innej dywizji też.
    Kevin: I chciałem ci przedstawić tego, który miał najlepsze wyniki, czyli Deskę.
    Eddy: Deska!? Przecież to kawał durnej dechy, jak słowo daję!
    Kevin: Jakkolwiek ten kawał durnej dechy miał najlepsze wyniki.
    Eddy: No dobra, a co z drugą dywizją?
    Kevin: Deska umie dowodzić trzema, więc je połączę.
    Eddy: A jak się będą nazywać dywizje? "Drwale" i "Pracownicy tartaku"?
    Kevin: Deska interesuje się mitologią słowiańską, więc uznał że będą się nazywać "Perun" i "Weles", a całość będzie nazwana "Defenders of Edoland". Może być?
    Eddy: Może się nazywać nawet "****** i złodzieje", ważne żeby byli przydatni.
    Kevin: No dobrze, możesz dokonać przeglądu wojsk.
    Eddy: Kto, ja?
    Kevin: Jesteś w końcu ich Wodzem, nie?
    Eddy: A, tak, jestem! No to ciao, bambino.
    Następnie Eddy udał się na plac, przebierając się przedtem w odpowiedni strój, celem oględzin swojej nowej dywizji. Żołnierzy było około 10 000, co wyglądało imponująco. Gdy Wódz wyszedł na plac, wszyscy stali na baczność. Eddy postanowił wygłosić mowę powitalną:
    Eddy: Witajcie w Edolandzie, moi żołnierze! Teraz służycie pod flagą trzech diamentów, czyli waszą drugą ojczyzną! Teraz, wszyscy za mną: Chwała zwycięstwu!
    Żołnierze: Chwała zwycięstwu!
    Eddy: Czy jesteście dumni ze służby Edolandowi!?
    Żołnierze: Jesteśmy!
    Eddy: Czy jesteście gotowi zginąć za ojczyznę!?
    Żołnierze: Tak!
    Wódz był zadowolony ze swoich wojaków. Przeszedł się przed swoimi żołnierzami, przyglądając się dokładnie każdemu. Wiele było młodych wilków, ale dużo było też starszych, doświadczonych żołnierzy. Zatrzymał się przed jednym, ok. 30 lat, i zapytał się go:
    Eddy: Czy wiesz co ma żołnierz w spodniach?
    Żołnierz: Żołnierz ma w spodniach chodzić!
    Eddy'emu spodobała się ta odpowiedź i kontynuował przepytywanie:
    Eddy: A czy wiesz co to jest kałuża?
    Żołnierz: Akwen wodny bez większego znaczenia strategicznego!
    Eddy: Dobrze! Podobasz mi się, chłopie. Jak ci na miano?
    Żołnierz: Kapitan John Miller!
    Eddy: Więc, kapitanie Millerze, będę cię miał na oku!
    JM: Tak jest!
    Eddy: No dobra, teraz przedstawię wam waszego dowódcę! Powitajcie generała broni Deskę!
    Rozległy się gromkie brawa, gdy na plac wjeżdżał swoim samochodem generał broni Deska. Eddy zauważył zdziwienie soldatów, że ich dowódca jest drewnem.
    Eddy: Nie dajcie się zwieść, generał broni Deska uzyskał najlepsze wyniki podczas szkolenia na dowódcę! Pozostaje mi już tylko życzyć powodzenia w waszej ciężkiej pracy! Chwała zwycięstwu!
    Żołnierze: Chwała zwycięstwu!
    Eddy: Dowódco Desko, daj rozkaz wymarszu do koszar!
    Deska: ...!
    Po komendzie Deski, wszyscy zrobili w tył zwrot i pomaszerowiali wojskowym krokiem do koszar. Wódz był pod wrażeniem organizacji swoich wojsk. Uznał, że Olek dobrze ich wyszkolił.
    [​IMG]
    Armia Edolandu

    [​IMG]
    Eddy - Wódz pełną gębą​

    W międzyczasie szef MSZ i szef rządu rozmawiali na temat wizyty przedstawicieli innych państw. Ed twierdził że z frajerami pić nie będzie, a Chudy tłumaczył mu że to bardzo ważna sprawa, od której zależy ich być czy nie być:
    Ed: Nie, nie i jeszcze raz kurna nie!
    CE: Ale Ed, przecież jesteś ministrem spraw zagranicznych, musisz nas reprezentować!
    Ed: Nie, bo oni nie reprezentują JP.
    CE: Reprezentują, tylko się z tym nie ujawniają!
    Ed: Powiedz mi jeszcze, że są komunistami!
    CE: Przybędzie przedstawiciel ZSRR, Maksim Litwinow.
    Ed: Naprawdę?
    CE: Tak.
    Ed: No to nie ma sprawy, niech przyjeżdżają.
    CE: No, widzę że cię przekonałem. Przyjadą jutro.
    Ed: A kto jeszcze będzie? Muszę wiedzieć ile flaszek kupić.
    CE: Przyjadą ci ważni i nasi sąsiedzi. A co do alkoholu, to nie będzie libacji.
    Ed: Jak to nie? Przecież to nasza edolandzka tradycja! Dziewczyny mnie wyśmieją jak się dowiedzą że nic nie wypiłem! Stracę prestiż przez ciebie!
    CE: Nie Ed, to ważne spotkanie, nie libacja w melinie.
    Ed: A wp****ol chcesz?
    CE: Tylko spróbuj, to będziesz g***o a nie szef MSZ!
    Ed: A Eddy co na to?
    CE: Uważa tak samo jak ja!
    Ed: A by was c**j strzelił!
    CE: I ostrzegam, że osobiście dopilnuję by nikt nie wniósł alkoholu do sali obrad!
    Ed: Jakbyś nie był tym pieprzonym szefem rządu to już by cię ze ściany zbierali!
    CE: Szczekej se szczekej!
    Prawdę mówiąc, Ed ledwo się powstrzymywał by nie uderzyć Chudego, tak mocno, że gniew Miyuki to przy tym nic. Ale Edowi już kiełkowała pewna myśl w głowie...
    [​IMG]
    Cóż, de***em trzeba się urodzić​

    Nazajutrz, 12 lutego, odbyło się spotkanie szefów MSZ w Edolandzie, ale bynajmniej nie było to zwykłe spotkanie... Ale zacznijmy od początku. Ed oczekiwał gości przed willą. Wbrew pozorom był bardzo zadowolony, ponieważ miał pewien plan, i już wszystko przygotował. Ed stał i stał, aż zauważył jakąś zbliżającą się osobę. Tą osobą okazał się Maksim Litwinow, przedstawiciel ZSRR. Ed uznał za stosowne się przywitać:
    Ed: Witajcie, towarzyszu Litwinow!
    ML: Witajcie, towarzyszu Edzie!
    Ed: Co tam słychać u Józka? - Ed był znaną osobą w środowisku komunistycznym, więc takie pytania nikogo nie dziwiły.
    ML: A, stare zdrowie, kolektywizacja postępuje, żyć nie umierać!
    Ed: Więc życzę by wasz naród rósł w siłę, a ludziom żyło się dostatniej!
    ML: I ja również wam tego życzę, towarzyszu.
    Ed: To może wejdziemy do środka, towarzyszu?
    ML: Dobrze, macie jakieś zapasy, towarzyszu?
    Ed: Mamy, ale ta ciapa Chudy i imbecyl Eddy zabronili chlania.
    ML: Zabronili chlania? Ale to wbrew tradycji komunistycznej i nie tylko!
    Ed: Wiemy. Ale zapraszamy do pokoju, rozgośccie się, a ja mam pewien plan.
    ML: Dobrze, towarzyszu. Co to za plan?
    Ed: Jak przyjdzie tu ten wróg ludu pracującego, Chudy Edd, zagadasz go, a ja dokończę resztę, horošo?
    ML: Horošo.
    W tej chwili wszedł do pokoju Chudy Edd, który chciał zbadać czy nie mają alkoholu:
    CE: Witam szanownego pana Litwinowa, jak się pan czuje tutaj?
    ML: Dziękuję, dobrze. Jakiej jest pan opcji politycznej? - Litwinow zaczął wprowadzać plan w życie, a Ed wyszedł cicho z pokoju.
    CE: Cóż, jestem socjaldemokratą, a pan?
    ML: Ja jestem stalinistą, w końcu jestem przedstawicielem ZSRR, prawda?
    CE: Prawda. A czy to prawda że bardzo lubi pan Anglię i anglików?
    ML: Tak, mam nawet żonę angielkę, a czy pan ma żonę?
    CE: Na szczęście nie mam. - Chudy nie podejrzewał ani trochę, że Litwinow z premedytacją zagaduje go, by ten nie wiedział że za jego plecami Ed właśnie podkrada się z kijem bejsbolowym. Gdy Ed walnął Chudego w głowę, Maksimowi nawet nie drgnęła powieka. Ed popatrzył na niego:
    Ed: Tak to się robi w Edolandzie.
    ML: Wiecie towarzyszu, właśnie poczułem się jak w domu.
    Ed: To świetnie, idę schować go gdzieś, a wy towarzyszu wyciągajcie flaszki.
    ML: Z przyjemnością, towarzyszu.
    Ed zaciągnął Chudego do czyjegoś pokoju, nie patrzył nawet jakiego, co przy szczęściu Chudego mogło oznaczać tylko jedno... W międzyczasie Maksim wyciągał butelki, a Ed przyprowadził pozostałych gości, którzy stali na placu. Gdy wszyscy już siedzieli na swoich miejscach, Ed wstał i powiedział do zgromadzonych:
    Ed: Witam was w Edolandzie chlebem i solą, gdzie wszyscy wszystko pi*****ą. Niech zaczną się obrady. Proszę się częstować.
    Każdy wziął sobie butelkę, otworzył ją, ale gdy chcieli pić z gwinta, Ed ich zatrzymał:
    Ed: Panowie, to jest kulturalne spotkanie, proszę użyć kieliszków. Niech ktoś zaproponuje temat.
    Odezwał się Edouard Daladier, przedstawiciel Francji:
    ED: Myślę, że powinniśmy poruszyć temat uznania niepodległości Edolandu. Francja, jako że Edoland należy do przyjaciół Frankofonii, w pełni uznaje niepodległość tego kraju.
    Ed: Dziękuję. A czy chciałby pan należeć do Klubu Ed?
    ED: Co to za klub?
    Ed: Jest to klub zrzeszający osoby o imieniu Edward, więc dlatego panu to zaproponowałem.
    ED: A czemu nie? Chcę należeć do Klubu Ed.
    Ed: Niniejszym nadaję ci imię: Edda. Dwie pierwsze litery imienia i nazwiska.
    Edda: Przyjmuję nowe imię. A co o niepodległości sądzą inne państwa?
    ML: ZSRR nie ma nic przeciwko.
    Konstantin von Neurath: III Rzesza uznaje niepodległość Edolandu.
    Egon Berger-Waldenegg: Austria także uznaje.
    Anthony Eden: Wielka Brytania również uznaje suwerenność Edolandu.
    Józef Beck: Edoland ma pełne uznanie państwa Lechistanu.
    Przedstawiciele innych państw nie mieli żadnych ale co do niepodległości Edolandu. Rady z tego Ed uznał że czas zakończyć oficjalną część spotkania i rozpocząć nieoficjalną, czyli w domyśle libację. Była to kulturalna libacja, bez żadnych szaleństw. Choć dialogi były arcyciekawe, przytoczę tutaj najciekawsze z nich:
    Edda: A wiecie, u nas to ostatnio zamieszki w Paryżu były!
    EBW: No, u nas były w Wiedniu, ale pogoniliśmy czerwoną zarazę!
    ML: Ej, tylko nie czerwoną!
    KvN: Maksim, a ty podobno Żydem jesteś!
    ML: A w SA to podobno pedały są!
    JB: No, też o tym słyszałem, jesteś w SA Konstantin?
    KvN: Nie...
    AE: A jakie masz skarpetki?
    KvN: No, kolorowe...
    ML: A w kolorowych to chodzą pedały! - Maksim zacytował pewną bardzo mądrą posłankę.
    Ed: Panowie, spokój, żadnych kłótni. Wznieśmy lepiej toast!
    JB: No dobrze, ale za co?
    Ed: Za ruską flotę - do dna!
    KvN: Za niemieckie kobiety!
    I w tym momencie niemal wszyscy się podusili wódką. Egona trzeba było nawet po plecach klepać, tak bardzo się dusił.
    AE: Konstantin, ty nas tu wszystkich zabijesz.
    KvN: Ale co wy macie do naszych kobiet?
    JB: A wiecie jak Niemki mogą łatwo stracić na wadze?
    Edda: Wystarczy że ogolą nogi.
    Teraz niemal wszycy, oprócz Konstantina, podusili się ze śmiechu. Maksim nawet spadł z krzesła ze śmiechu.
    ML: Hahahaha, nie mogę, ale jajca, hahahaha!
    EBW: Nie no, genialny dowcip, a wiecie że na 10 Niemek 12 jest brzydkich?
    AE: Hahahaha, a Niemcy prawie jak ludzie, prawie robi wielką różnicę!
    I tak oto upływały im obrady, na dowcipkowaniu i piciu wódki. Wszystkim bardzo się podobało, no, może oprócz Konstantina, i stwierdzili, że koniecznie muszą znów zrobić takie obrady. Tym razem obrady odbędą się za miesiąc w Londynie.
    [​IMG]
    Konstantin ma bardzo "piękną" żonę​

    Reszta lutego minęła w Edolandzie dosyć spokojnie. Dywizja piechoty się produkowała, badania się badały, Eddy rządził państwem, Chudy dochodził do siebie po pobiciu, jakie Miyuki mu zgotowała po zastaniu go nieprzytomnego w jej pokoju, a Ed jeździł po świecie. Po spokojnym lutym, miał nastąpić bardzo gorący marzec...

    KONIEC



    Ostrzeżenie za omijanie autocenzora.
    Pozdrawiam, N.
     
  8. Ed idzie na wojnę

    Podkład muzyczny

    Rozpoczął się miesiąc marzec. Wielu ludzi myślało, że będzie tak spokojny jak poprzednie miesiące, jednak już niedługo przyszłość miała zweryfikować ich przeczucia. Ale zacznijmy od początku. 1 marca wypadał czwartek, a co za tym idzie, Wódz musiał "pracować". Tego dnia jego praca polegała głównie na siedzeniu w swoim gabinecie, opieprzaniu Jimmy'ego że czemu nie siedzi teraz w wannie i nie dowodzi flotą, oraz podrywaniu Konaty. Jego pracę przerwał nagle Ed, który miał coś do przekazania Eddy'emu. Zastał go akurat na żuciu łamiszczęki.
    Ed: Elo Wodzu, słuchaj kurna, wiadomość mam do ciebie.
    Eddy: Coooo tm mas?
    Ed: Spodziewaj się dzisiaj odwiedzin.
    Zaintrygowany Eddy połknął łamiszczękę i zapytał:
    Eddy: Kogo mi tam znowu niesie?
    Ed: Jakiegoś frajera z Niemiec, Adolfa Hitlera czy jak mu tam.
    Wodzowi oczy zrobiły się wielkie jak pięciozłotówki. Miał przed sobą wizję spotkania ze swoim idolem.
    Eddy: Adolfa Hitlera?! Dzisiaj?! Ojej, a ja taki nieumalowany...
    Ed: Co ty, pedał jesteś że się chcesz malować?
    Eddy: Ech, tak się tylko mówi. A o której ma przyjechać?
    Ed: Za jednego hałera.
    Eddy: Teraz mi to kurna mówisz?! Za to powinienem cię ukarać!
    Ed: Się ciesz że ci w ogóle powiedziałem. Tak to by cię Hitler zastał jak ssiesz łamiszczęki.
    Eddy: Dobra, niech ci będzie. A co będziesz ty robił?
    Ed: Ja? Idę baunsować na Lubli i wyrywać lachony.
    Eddy: Skąd ja to wiedziałem. Dobra, no to do zobaczenia później.
    Ed: Tak, możesz mi naskoczyć.
    Szef MSZ wyszedł, a Eddy został sam. Był bardzo podekscytowany, miało się spełnić jego marzenie, miał się spotkać z samym Adolfem Hitlerem. Wódz uznał, że trzeba się przygotować do spotkania, bo to już za godzinę. W związku z tym poszedł do Chudego Edda, ponieważ chciał uzyskać kilka porad na temat dobrego PR. Tak się dobrze złożyło, że akurat zastał go razem z Miyuki w jego pokoju. Może dlatego, że po ostatnim ciosie z baseballa i po pobiciu przez Miyuki miał pewne trudności z chodzeniem, ponieważ Miyuki (nie)chcący złamała mu nogę. Toteż teraz z poczucia winy zajmowała się nim cały czas, co bardzo podobało się Chudemu (masochista jakiś czy co?). Eddy uśmiechnął się tylko po czym zapytał:
    Eddy: I co, jak się miewasz kuternogo?
    CE: Dziękuję, dobrze. A jak tam u ciebie przed randką z Hitlerem?
    Eddy: Jak cię w pysk strzelę to nie tylko nogę będziesz miał chorą.
    CE: Ty i tak już jesteś bezpłodny po tym co ci Miyuki zrobiła.
    Eddy: To wszystko przez ten zas***y zakład!
    Miyuki: Chudy, a mówiłeś że nic nie wiesz na ten temat?
    Eddy: Widzisz Miyuki, poświęciłem swoje jaja by ten wacek został szefem rządu.
    Miyuki: Chudy, czy to prawda? Ale powiedz szczerze, to może cię oszczędzę.
    CE: Tak, to prawda. Ale co, zabawić się nie można? Zresztą, nie jesteś moją żoną żebyś mnie biła i mi kazania głosiła.
    Miyuki: A jakbym była, to bym mogła?
    CE: No, już prędzej.
    Miyuki: Dobra, to chcę zostać twoją żoną!
    W tym momencie Chudego i Eddy'ego zmroziło. Chudego, ponieważ nie spodziewał się po niej takiego wyznania, a Wodza, bo nie mógł sobie wyobrazić żonatego Chudego mogącego wypić góra dwa piwa i wracającego do domu o 22. W takim razie Eddy uznał że nie będzie dłużej przeszkadzał przyszłym małżonkom i wyszedł z pokoju. Skierował swe kroki do łazienki by umyć się oraz przygotować na spotkanie z jego tytulnikiem.

    O 12.00 Eddy już czekał przed rezydencją. Był lekko zdenerwowany przed wizytą, ale kto by nie był przed spotkaniem z taką ważną osobistością, prawda? Nagle usłyszał dzwonek do bramy. Otworzył ją, a tuż za nią stał sam Fuhrer. Zdziwiło to Eddy'ego, ponieważ myślał że Adolf przyjedzie tu jakimś pojazdem wraz z obstawą, a tu zonk, Adi przyszedł na piechotę. Niewiele myśląc Eddy wyciągnął dłoń w kierunku swego niemieckiego odpowiednika.
    Eddy: Dzień dobry, Wódz Eddy, miło mi.
    Adolf Hitler: Guten Tag, Fuhrer Adolf Hitler, również mi miło.
    Eddy: Zapraszam do środka, nie będziemy stali na polu.
    AH: Verstehe. Swoją drogą, ciekawie się tu macie. Jak tu szedłem to chciała mnie stratować jakaś świnia.
    Eddy już chciał powiedzieć, że ciągnie swój do swego, ale na szczęście się powstrzymał.
    Eddy: A, to tylko Wilfred, nasz stróż prawa. Od czasu jak wypuścił go minister bezpieczeństwa to przestępczość spadła do 1%.
    AH: A warum nie do 0%?
    Eddy: Wiedziałem że się o to spytasz. Policjanci muszą coś robić, prawda?
    AH: Prawda. Opowiesz co nieco o swoim państwie?
    Eddy: No cóż, kupiliśmy ziemię od Olka i sobie teraz rządzimy. Czy satysfakcjonuje cię ta odpowiedź?
    AH: Ja. A jak wygląda u ciebie rząd?
    Eddy: Za chwilę ci opowiem, na razie się rozgość. O, tu jest mój gabinet.
    AH: Danke schon. Całkiem nett gabinet,
    Eddy: Też tak myślę. Za chwilę będzie obiad, skusisz się?
    AH: A czemu nie. Słuchaj, mam taką małą sprawę.
    Eddy: Jaką?
    AH: Masz może jakieś dobre electro?
    Eddy: Hm, mam tylko Justice zremiksowane z Klaxonsami i Digitalism, poza tym nic więcej.
    AH: Aber musisz mieć jakieś dobre elektro, z pie*********em.
    Eddy: Hm, od dawna nie było u nas dobrej muzy.
    AH: Dobra, walić to. To opowiesz mi o swoim rządzie?
    W tym momencie Wódz usiadł na kanapie, po czym zaczął opowiadać:
    Eddy: No więc...
    AH: Nie zaczyna się zdania od "no więc".
    Eddy: Niech ci będzie. Jak widzisz, głową państwa jestem ja.
    AH: To kwestii nie ulega.
    Eddy: Szefem rządu jest nie jaki Chudy Edd, mamlas którego bije dziewczyna.
    AH: O kurde, a ładna jakaś?
    Eddy: Jeśli powiem że na jej widok wszystkim staje, to jak myślisz?
    AH: Hehehehe.
    Eddy: Dobrze, szef MSZ to dresiarz i głupi komunista. A, jeszcze Chudy to socjaldemokrata.
    AH: I jak ty z nimi wytrzymujesz?
    Eddy: Kto powiedział, że z nimi wytrzymuję?
    AH: Hm, nikt. Kontynuuj.
    W tym momencie weszła do gabinetu Konata, niosąc gar czegoś smakowicie pachnącego.
    Konata: Cześć Eddy, dzień dobry panu. Przyniosłam zupę, za chwilę będzie drugie danie, jakbyście czegoś potrzebowali to wiecie gdzie mnie szukać - po czym wyszła.
    AH: Ty, Eddy, kto to był?
    Eddy: A, to był mój minister zbrojeń.
    AH: Kurde, też bym chciał mieć takiego. Czemu ty możesz, a ja nie?
    Eddy: Mam znajomości. Ale nic, czas jeść rosół. Smacznego.
    AH: Guten Appetit.
    Po czym zaczęli jeść. Rosół był smaczny, co wywołało aprobatę u Wodzów. Jedząc, rozmawiali na różne tematy, głownie o polityce, samochodach, kobietach, piłce nożnej. W międzyczasie Konata przyniosła drugie danie, które wywołało konsternację wśród jedzących.
    AH: Spoko, że ugotowała glony. Uwielbiam wpie*****ć plankton.
    Eddy: Sam nie wiem co to jest. Wiesz co, mam pomysł, dajmy to Jimmy'emu, jak umrze to będziemy wiedzieli że to trujące, a jak nie, to trudno, znajdą się inne sposoby.
    AH: Możemy tak zrobić.
    Eddy: Dobra, zaniosę mu to i zaraz wracam.
    [​IMG]
    Adolf podziwia kuchnię Konaty​
    Po czym wyszedł niosąc owe glony. W międzyczasie Adolf rozejrzał się po gabinecie. Stwierdził, że całkiem tu przytulnie. Gdyby mógł, to sam najchętniej kazałby sobie taki wybudować, ale ponieważ propaganda nazistowska głosiła, że w Rzeszy wszystko jest największe (oprócz wzrostu Fuhrera), to gabinet Adiego również musiał być duży. Gdy Adolf sobie tak myślał, właśnie wrócił Eddy. Adolf, zaciekawiony wynikiem testu, spytał się Eddy'ego:
    AH: I co, jak tam testy na ludziach?
    Eddy: No cóż, poszedłem do łazienki, gdzie zastałem Jimmy'ego, który dowodził swoim statkiem...
    AH: OKRĘT K***A!
    Eddy: Niech ci będzie. No i nakarmiłem go tymi glonami, a że on ma słaby żołądek, to zwymiotował do swojej wanny. Jako że nie miałem na to ochoty patrzeć, to kazałem mu to posprzątać, po czym po prostu wyszedłem.
    AH: Fiu, przynajmniej zachowaliśmy życie.
    Eddy: No, przynajmniej tyle.
    AH: Dobra, teraz do rzeczy. Mam do ciebie interes.
    Eddy: Interes?!
    AH: Ja. Dotyczący Edolandu i Jugosławii.
    Eddy: Dotyczący poszerzenia granic?
    AH: Można to tak ująć. Widzisz, Jugosławia niedługo się rozpadnie.
    Eddy: Tak?
    AH: Tak. Nie wiem czy wiesz, ale po ogłoszeniu niepodległości Edolandu w Jugosławii wrze.
    Eddy: Hm, Ed mi nic nie mówił na ten temat.
    AH: No to idiota z niego a nie szef MSZ. Ale cóż, po ogłoszeniu tej niepodległości, w Jugosławii obudziły się tłumione dotąd zapędy nacjonalistyczne. Suwerenność chcą ogłosić Chorwacja i Bośnia. Na czele tych państw będą stali moi przyjaciele. Spodziewamy się, że Jugosławia łatwo nie odpuści, i zapewne wypowie im wojnę.
    Eddy: No dobra, ale co Edoland ma tu do roboty?
    AH: Właśnie chciałem ci to wytłumaczyć. Po pierwsze, nie zależy mi na setce państw na Bałkanach, a chciałbym mieć tam silne państwo jako sojusznika.
    Eddy: No tak, ale jeśli są ci twoi kumple...
    AH: I tu jest właśnie problem. Obydwaj są nacjonalistami, a kij wie co im może do głowy strzelić. Uznałem, że jeśli ty nie jesteś nacjonalistą, to najlepiej tobie byłoby to powierzyć.
    Eddy: W porządku, ale to był pierwszy powód.
    AH: Wiem. Po drugie, Niemcy nie mogą tam interweniować, bo ściągnęlibyśmy sobie na kark aliantów, a my nie mamy jeszcze dość silnej armii.
    Eddy: I jakbyś to widział? Mamy ich od razu po ogłoszeniu niepodległości zająć? A potem wojna z Jugosławią? Adolf, ja głupi nie jestem, rozjechali by nas w tydzień.
    AH: Spokojnie. Jak wybuchnie wojna, założycie razem sojusz antyjugolski. Potem pomożesz im wygrać, a na końcu twoje państwo powiększy się o całą Jugosławię. Innymi słowy, Chorwacja i Bośnia zostaną przyłączone do Edolandu. Ale jest jeden warunek, założysz okręgi autonomiczne w swoim państwie. Wiesz co to, richtig? Jak nie założysz, będziesz się zmagał z buntami.
    Eddy: Hm, rozumiem. A, jeszcze jedna sprawa. Czy oni już o tym wiedzą?
    AH: Wiedzą o wszystkim. Całość rozpocznie się za trzy dni.

    Trzy dni później już wszyscy w Edolandzie oczekiwali rozpoczęcia się operacji. O godzinie 12.00 niepodległość ogłosiły Chorwacja oraz Bośnia. Rząd Jugosławii nie uznał obydwu państw i kazał im oddać tereny Jugosławii. Nowe państwa nie zgodziły się, wobec czego Jugosławia o godzinie 15.00 wypowiedziała im wojnę. Niestety, nie wiedziała że są w sojuszu z Edolandem, co oznaczało wojnę z trzema państwami. Edoland dysponował dwiema dywizjami piechoty, na stronę chorwacką przeszły trzy dywizje piechoty i dwie kawalerii, a na stronę bośniacką trzy dywizje piechoty i jedna kawalerii. Wszyscy aż rwali się do walki. Edolandzkie wojska były bardzo wylewnie żegnane przed wyruszeniem na wojnę. O godzinie 15.30 Wódz wygłosił orędzie:
    Eddy: A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie, publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory, Weszliśmy w okres wojny. Cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami. Musimy myśleć tylko o jednym - walka aż do zwycięstwa.
    [​IMG]
    Nowi sojusznicy

    [​IMG]
    Nowa wojna

    KONIEC

    Ostrzeżenie za omijanie autocenzora.
    Pozdrawiam, N.
     
  9. Randka Eddy’ego
    Podkład muzyczny

    Był poniedziałek 5 marca. Armia Edolandu właśnie wyruszała na front. W całym kraju panował nieopisany entuzjazm, spowodowany faktem, że Edoland miał uczestniczyć w wojnie, którą każdy uważał za zwycięską. Czy zwyciężą? Na odpowiedź będziecie musieli trochę poczekać. Tymczasem zobaczmy co się działo z naszą armią...

    W Lublanie panował nieopisany bałagan. Nic dziwnego, w końcu nie codziennie się idzie na wojnę. Deska nadzorował przygotowania, gdy podszedł do niego Jonny:
    Jonny: I co tam u ciebie słychać Deska?
    Deska: ... (Na wojnę idę, nie widać?)
    Jonny: Wiem, wyruszasz na wojnę.
    Deska: ... (Nie martw się o mnie, wrócę w całości.)
    Jonny: Mam się o ciebie nie martwić? Deska, jesteś moim przyjacielem, jak się mam o ciebie nie martwić? Nie wiesz nawet jak bardzo się o ciebie boję!
    Deska: ... (Spokojnie, nie zginę.)
    Jonny: Nie zginiesz? Naprawdę?
    Deska: ... (Jak mam zginąć jak nie jestem człowiekiem?)
    Jonny: Wiem, że nie jesteś człowiekiem. Ech, ale pamiętaj że jak zginiesz, to cię zabiję!
    Deska: ... (Żałuj, że sam siebie nie słyszysz.)
    Jonny: Wiem, głupio to zabrzmiało. Żegnaj, Deska.
    Deska: ... (Żegnaj, Jonny.)
    Jonny odszedł zasmucony, a za chwilę przyszedł pożegnać Deskę Eddy.
    Eddy: No, Deska, na wojnę by się szło, no nie? Przede wszystkim życzę ci powodzenia, bo ci się przyda, oraz byś wrócił w jednym kawałku, bo nie wiem czy znajdziesz tartak po drodze. No i oczywiście szanuj tam żołnierzy, OK? No to żegnaj, mój kompanie od kielicha, hehe.
    Gdy Eddy odszedł, Deska pomyślał sobie: "Niech oni się o mnie nie martwią, ja im jeszcze pokażę na co mnie stać. Swoją drogą, nie myślałem że Jonny to taka trzęsidupa, ale cóż, przyjaciół się nie wybiera. No nic, przynajmniej sobię odpocznę od jego pieprzenia."

    Pierwszym rozkazem Deski było wyruszenie do Bjelovaru, celem wsparcia chorwackich wojsk przed ewentualnym atakiem Jugoli. Było południe 7 marca, dwie dywizje edolandzkie maszerowały, gdy do Deski dotarła wiadomość, że Jugole zajęły Osijek. Trochę to wkurzyło Deskę, który stwierdził że jak dojdą na miejsce, to od razu trzeba ich stamtąd wykurzyć. Na miejsce doszli 10 marca. Deska uznał, że da żołnierzom odpocząć, a jutro przypuszczą atak na jugolskie wojska. Nazajutrz o godzinie piątej rozpoczął się atak. Bitwa trwała cały dzień, ale na szczęście sprzymierzeni wygrali. W tej bitwie dowodził niejaki Cincar-Markovic, który powiedział Desce, że pokaże mu jak dowodzić, bo Deska nie ma jeszcze doświadczenia. Deska uznał, że nie będzie się sprzeczał ze starszym od siebie, więc pozwolił mu dowodzić. Po wygranej batalii poszli zająć Osijek. Chwilę po dotarciu na miejsce, 19 marca zaatakowali Novi Sad, również zwycięsko. Deska nie poszedł tym razem z Chorwatami, lecz postanowił chwilę odpocząć i 21 marca rozpoczęła się pierwsza bitwa, w której Deska dowodził. Można powiedzieć, że Deska zaliczył debiut do udanych, ponieważ wygrał, co pozwoliło mu sześć dni później zająć Rumę. Postanowił pójść za ciosem i dzień później najechał Belgrad. Jednak nie była to jedna batalia, tylko aż trzy, Deska wygrał je wszystkie, ale opóźniło to zajęcie stolicy do następnego miesiąca. Niestety, 22 marca padło Sarajewo, co pozwoliło Jugosławii anektować Bośnię. Inne dywizje chorwackie radziły sobie dość dobrze, udało się im zająć Mostar i Cetinje.
    [​IMG]
    Bitwy w marcu

    [​IMG]
    Linia frontu pod koniec marca​

    Zobaczmy co się działo w międzyczasie w Edolandzie. Wszyscy zajmowali się swoimi sprawami, jednak z tą różnicą, że codziennie wszyscy sprawdzali zmiany na linii frontu. 30 marca był spokojnym dniem, nawet Eddy po nikim nie wrzeszczał, nawet po Jimmym. Siedział w swoim gabinecie, myśląc nad różnymi sprawami takimi jak: wojna z Jugosławią, jego państwo oraz jak by się tu dobrać do Konaty. Siedział sobie tak, gdy nagle zadzwonił telefon. Odebrał, usłyszał znajomy głos:
    AH: Eddy?
    Eddy: O, Adolf, co chcesz?
    AH: Nieźle wam idzie w Jugosławii.
    Eddy: Dzięki za słowa uznania.
    AH: Nie ma za co.
    Eddy: A u ciebie co słychać?
    AH: E, nicht ciekawego, tylko Wehrmacht utworzyłem.
    Eddy: Rozumiem. Kiedy znowu idziemy na jakieś piwo?
    AH: Nie wiem, może za Woche? Swoją drogą, Benito chciałby cię poznać.
    Eddy: Benito? Jaki Benito? Nie znam żadnego Benito.
    AH: Benito Mussolini, Il Duce Włoch.
    Eddy: Aaaa, rozumiem. To co, za tydzień my i Benek, tak?
    AH: Ja. A, jeszcze eine sprawa. Masz może jakieś dobre electro?
    Eddy: Nie mam. U nas od dawna nie było dobrego electro, tylko Lady Gaga i Shakira lecą.
    AH: Scheisse. No nic, to do zobaczenia za tydzień, Wodzu.
    Eddy: Żegnaj, Fuhrerze.
    Wódz odłożył słuchawkę, po czym znowu się zamyślił. Nie było mu dane długo myśleć, gdyż jego spokój zmącił Ed:
    Ed: Elo, Wodzu.
    Eddy: Co znowu chcesz?
    Ed: Nic, właśnie wróciłem z baunsowania.
    Eddy: Cieszę się twoim szczęściem, ale daj mi spokój.
    Ed: Nie chcesz posłuchać mojej epopei?
    Eddy: Epopei? Homer to chyba kankana tańczy w grobie.
    Ed: Ale Eddy, nie chcesz posłuchać?
    Eddy: Dobra, ale się streszczaj.
    Ed: Wyobraź sobie, idę z chłopakami ulicą, patrzę, a tu taka fajna laska!
    Eddy: No dobra, ale co mnie to jajco obchodzi?
    Ed: No i słuchaj. Podbijamy do niej z kumplami, no i se z nią pogadaliśmy. Potem poszliśmy na browara, wypiliśmy trochę. Ona się mnie pyta, czy ją odprowadzę do domu, no to ja jej na to, że tak. No i poszliśmy, jak byliśmy koło jej domu, to się mnie pyta, czy idę do niej na chwilę, no to ja się zgodziłem. Chwilę posiedzieliśmy, a ona się rozbiera i mówi do mnie: "Rób to, co umiesz najlepiej."
    Eddy: I co zrobiłeś?
    Ed: Jak to co? Przywaliłem jej z bańki i poszedłem.
    Eddy: Ech Ed, co z ciebie wyrośnie?
    Ed: Ja sam nie wiem co. Dobra, to nara!
    Eddy: Tak, idź się wal.
    Po czym Eddy znowu się chciał zamyślić, ale przeszkodziło mu pukanie do drzwi. Wódz już zamierzał zabić delikwenta, ale do pokoju weszła Konata.
    Konata: Cześć Eddy.
    Eddy: O, cześć Konata. Co tam u ciebie?
    Konata: A nic, nudzę się. A ty?
    Eddy: A ja nie. Czym się teraz zajmujesz?
    Konata: Rozmową z tobą, a czym innym?
    Eddy: Niczym. Idziemy na piwo?
    Konata: Iść możemy, ale nie na piwo.
    Eddy: Dlaczego nie na piwo?
    Konata: Chudy wprowadził prohibicję.
    Eddy: ŻE CO *****?
    Konata: W całym Edolandzie nie ma ani kropli alkoholu.
    Eddy: Gdzie on jest? Urwę mu łeb i nasram do szyi!
    Konata: Spokojnie, Eddy. Mam tu coś innego.
    Eddy: Jak to jest borygo to nie piję.
    Konata: To nie jest nic do picia.
    Eddy: To co jest?
    Konata uśmiechając się wyciągnęła torebkę z czymś zielonym z kieszeni i powiedziała:
    Konata: Zioło. Kupiłam na dworcu u jakiegoś Lechistańca.
    Eddy: Kupiłaś towar u jakiegoś Lechistańca? Nie wiesz czym to się zwykle kończy?
    Konata: Nie wiem, i dlatego to kupiłam. To co, robimy skręty?
    Eddy: No dobra, tylko nie chcę widzieć jutro w gazetach swojej mordy z podpisem: "Nasz Wódz się spalił".
    Konata: Spokojnie, nie zobaczysz.
    Zrobili sobie skręty i zaczęli je palić. Pierwsza zaczęła łapać fazę Konata:
    Konata: Hehe, widzę smoka.
    Eddy: To jeszcze nic, ja widzę Stalina nazistę.
    Konata: Mocny towar, czuję się jakbym była w niebie.
    Eddy: Ja też. Może zaprosimy Chudego? Pewnie będzie szukał kątów w kole.
    Konata: Chcesz to idź. Ja tu poczekam.
    Wódz wyszedł z pokoju, po czym poszedł do pokoju Chudego, ale zastał tam Eda. Uznał, że nie będzie pytał co on tam robi, więc poszedł szukać CE u Miyuki, ale tam też zastał Eda. Wkurzony poszedł do swojego gabinetu, a tam kto? Ed.
    Ed: Eddy, jak jeszcze raz mi otworzysz drzwi do kibla to cię *****ię!
    Eddy: Dobra, sorry.
    Zamknął drzwi, po czym wrócił do gabinetu. Zastał tam niecodzienny widok. Lekko rozebrana Konata klęczała nieruchomo:
    Eddy: Konata, co ty robisz?
    Konata: Cicho, pingwiny mi płoszysz.
    Eddy: Co ty pieprzysz? Wiesz, wszędzie widzę Eda.
    Konata: A ja pingwiny. Właśnie się jeden do ciebie zbliża.
    Eddy: Ale co ty... co ty tu robisz pingwinie?
    Pingwin: Głosy mówią mi, żebym cię zabił.
    Eddy: Do mnie, dziecko, będziesz strzelał?
    Pingwin: Tak, bo taki mam rozkaz.
    Eddy: A won mi stąd kabacie, groził mi będzie.
    [​IMG]
    Konata czyhająca na pingwiny​

    I Eddy kopnął w pingwina aż ten wyleciał za okno. Konata wstała i powiedziała do Eddy'ego:
    Konata: Dzięki, że go wyrzuciłeś. Jak cię nie było to groził mi, że on i jego koledzy mnie zgwałcą.
    Eddy: Nie pozwoliłbym na to.
    Konata: Wiem. A za to że mnie uratowałeś...
    To mówiąc, Konata podeszła bliżej i pocałowała Eddy'ego w policzek. Wodzowi się to spodobało, ale przywrócił się do porządku i powiedział:
    Eddy: Nie ma za co, ale chodźmy lepiej spać, bo już późno się zrobiło. Dobranoc.
    Konata: Dobranoc, misiaczku.
    Po czym wyszła, a Eddy stwierdził, że więcej marihuany palił nie będzie, bo ma potem zwidy, i poszedł spać. Nie było mu dane długo pospać, gdyż obudziła go... Konata.
    Eddy: Miałaś przecież spać.
    Konata: Wiem, ale boję się tych pingwinów. Mogę spać z tobą?
    Eddy: Konieczne musisz?
    Konata: Tak...
    Eddy: No dobra, właź, ale mnie nie budź, dobra?
    Konata: Dobra...
    Weszła pod kołdrę, przekręciła się na bok, przytuliła się do Wodza, po czym zasnęła. Eddy pomyślał sobie, że kobiet się nie da zrozumieć i też zasnął.

    W tym samym czasie Ed, Miyuki oraz Chudy Edd, grali w karty u tego ostatniego. Najlepiej szło Chudemu, ale to ze względu na to, że oszukiwał. Ed wiedział, że coś się święci, ponieważ zwykle to jemu najlepiej szło. Nagle wkurzył się, wstał i powiedział:
    Ed: Nie no kurna, ktoś tu oszukuje. Palcem pokazywał nie będę, ale jak strzelę w ten skarpeciasty pysk...
    CE: Nie wiem o czym mówisz, Ed.
    Ed: O tym, że ***** oszukujesz!
    CE: Tak, to możesz mnie przeszukać!
    Miyuki: Panowie, spokojnie, bo wam obu przyp*****lę. Chudy, oszukujesz?
    Ed: No pewnie że tak! Zaraz ci pokażę.
    Ed chwycił Chudego za nogi, obrócił do góry nogami i zaczął nim trząść. Z Chudego wyleciały karty oraz jakieś tabletki.
    Miyuki: Chudy, co to są za tabletki?
    CE: Vicodin.
    Miyuki: Po co ci vicodin?
    CE: Po tym jak mnie obydwoje urządziliście, to muszę brać tabletki, żeby mnie tak nie bolało.
    Ed: No dobra, ale po co chodzisz z laską?
    CE: Muszę się czymś podpierać, a poza tym czuję się tak ekscentrycznie, jak z nią chodzę.
    Miyuki: Wporzo, zaczynamy grać na nowo? Ale bez oszukiwania.
    CE: Dobrze...
    Ed: No to tasujemy...
    I tak upłynął miesiąc marzec naszym bohaterom. Ale co przyniesie kwiecień? Tego dowiecie się w następnym odcinku.
    [​IMG]
    Ekscentryk Chudy

    KONIEC​
     
  10. Szanuj Swojego Eda
    Podkład muzyczny

    Prawdę mówiąc, kwiecień nie obfitował w bitwy i inne wydarzenia wojenne. 13 kwietnia trwała ofensywa na Belgrad. Szczerze. Deska miał nadzieję że to już ostatnia batalia o to miasto. Na szczęście wszystko szło po jego myśli. Jego dwie dywizje atakowały Belgrad ze strony Rumy, a dywizja kawalerii ze strony Sarajewa. Co prawda wróg dysponował artylerią, ale nie zdała się im ona na wiele. Tymczasem Deska zaczynał się już denerwować..:
    Deska: ...(Coś mnie strzeli zaraz. Już piąty raz wojuję tutaj, a końca nie widać! Miller!)
    John Miller: Tak, dowódco?!
    Deska: ...(Mamy jakiś tajny plan w zanadrzu?)
    JM: Nie wiem dowódco, ty tutaj dowodzisz!
    Deska: ...(By to szlag, zawsze ja o wszystkim muszę myśleć.)
    JM: Spokojnie, mam pewien plan. Potrzebowałbym munduru wroga.
    Deska: ...(Na co ci mundur wroga? Chcesz nas zdradzić?)
    JM: Jakbym chciał nas zdradzić, to bym ci o tym nie mówił.
    Deska: ...(Jeśli chcesz mundur wroga, to musisz sam go sobie zdobyć.)
    JM: Zdobędę. Życz mi szczęścia!
    Deska: ...(Obyś wrócił w jednym kawałku.)
    A John już leciał na pole bitwy szukać munduru. Ale znaleźć odpowiedni mundur nie jest łatwo, o czym nasz kapitan się przekonał:
    JM: Za mały... za duży... zbyt luźny... zbyt pedalski... zbyt brudny... chyba znalazłem!
    Miller pochylił się nad jednym z trupów. Rozmiar wydawał się mu odpowiedni. Czym prędzej zarzucił go sobie na bark i udał się w bardziej ustronne miejsce. John był trochę zdziwiony, gdyż trup był ciepły, ale może jeszcze nie zdążył wystygnąć. Johnny zaniósł go gdzieś do pobliskiego lasku, położył go na ziemi, po czym zaczął go rozbierać. Nagle usłyszał coś dziwnego:
    Trup: Eeeee...
    JM: Muszę przestać palić to świństwo, mam po nim jakieś zwidy.
    Trup: Dlaczego mnie rozbierasz?
    John odwrócił się szybko. Zobaczył że trup ma otwarte oczy i patrzy na niego zdumiony.
    JM: Jakim cudem ty żyjesz?
    Serb Jakimś na pewno. Gdzie ja jestem? Gdzie moi towarzysze?
    JM: Nie wiem. Potrzebuję twojego munduru, więc ci go zabieram.
    Serb: Dobrze, ale nie za darmo.
    JM: Układy ze mną będziesz robił? Chyba żartujesz.
    Serb: Nie żartuję. Chcę tylko abyś mnie nie zabijał.
    JM: Tyle chyba mogę zrobić.
    Serb: Zostaniesz ze mną? Nie chcę być sam.
    JM: Wezmę cię jako jeńca. Może być?
    Serb. Może. Czuję się taki samotny. Dlaczego nikt nie lubi gejów? Nie robimy nikomu krzywdy...
    John odskoczył nagle jak oparzony.
    JM: Jesteś pedałem?!
    Serb: Proszę, nie nazywaj mnie tak. Więc weźmiesz mnie ze sobą?
    JM: Wezmę, ale nawet mnie nie próbuj dotknąć!
    Gdy John się przebrał w jugosłowiański mundur, Serb zapytał go:
    Serb: Mam iść w samej bieliźnie?
    JM: A co, wolisz w niej być pochowany?
    Serb: Nie nie, chodźmy lepiej.
    Po czym wyruszyli w drogę. Gdy szli leśną ścieżką, Serb powiedział nagle:
    Serb: Ej, chyba ci się sznurówki rozwiązały.
    JM: Co? Rzeczywiście, masz rację.
    Niestety, Johnny zapomniał o zasadzie nie schylania się w towarzystwie geja. Gdy John się pochylił, Serb szybko ściągnął mu spodnie i majtki, po czym zabierał się do rzeczy wiadomej:
    Serb: Nareszcie, już tyle czasu nikogo nie pakowałem!
    Na szczęście Johnny był uzbrojony. Udało mu się szybko odwrócić, po czym wystrzelił w Serba cały magazynek swojego Thompsona. Gej padł bez słowa na ziemię, plamiąc ją krwią. Roztrzęsiony kapitan postanowił jeszcze wsadzić mu w majtki granat z wyciągniętą zawleczką, po czym szybko stamtąd uciekł. Gdy usłyszał wybuch i obrzydliwy dźwięk rozrywanego ciała, powiedział do siebie:
    JM: Rest in pieces, *****.
    Następnie szybko udał się do HQ Jugosławian. Trochę czasu zajęło mu znalezienia radiowęzła, ale gdy go znalazł, zaczął nadawać megafonem komunikat:
    JM: LUDZIE, WÓDKĘ ZA DARMO ROZDAJĄ W BORZE!!!
    Nagle, jak na komendę, wszyscy żołnierze jugosławiańscy wstrzymali ogień i zaczęli się kierować w stronę Boru. Z kolei żołnierze Edolandu byli zdziwieni tym nagłym odwrotem. Zadowolony z siebie Johnny skierował się do Deski. Cóż, Deska też wyglądał na skonsternowanego po tym wszystkim.
    JM: Pięknie ich załatwiłem, no nie?
    Deska: ...(Taaak, a z tą wódką to prawda?)
    JM: Zmyśliłem na poczekaniu.
    Deska: ...(Po wojnie zostaniesz za to odznaczony.)
    JM: Tak, dowódco!
    Deska: ...(Dobra, a teraz idźcie wszyscy zająć Belgrad!)
    JM: Tak, dowódco!
    I w ten sposób 13 kwietnia został zdobyty Belgrad. Ta wieść wywołała wiele radości w całym Edolandzie oraz wiele smutku w Jugosławii. Poprawiło to morale wojsk edolandzkich i obniżyło jugosławiańskich. Choć później w podręcznikach do historii zostało pominiętych parę faktów...
    [​IMG]
    Johnny w Belgradzie​

    A co w międzyczasie działo się innego na wojnie? Przede wszystkim Chorwaci zajęli całą Bośnię oraz Zrenjanin i Novi Pazar, ale niestety stracili Cetinje, dzięki czemu Jugosławia odzyskała na pewien czas dostęp do morza. Mimo wszystko jednak to Edoland zaczynał mieć przewagę w tej wojnie i za około miesiąc,dwa powinna się zakończyć wojna.
    [​IMG]
    Bitwa o Belgrad​

    Cofnijmy się w czasie. Był 1 kwietnia kiedy Eddy nie przeczuwając niczego złego spał sobie w najlepsze. Jednak wszystko co dobre się szybko kończy, w tym przypadku oznaczało to po prostu dzwonek budzika. Wódz jednym ruchem uciszył budzik po czym otworzył swoje oczy. Po wczorajszym miał dziurę w pamięci, gdyż Chudy poczęstował go vicodinem. Eddy poprzysiągł sobie, że już nie będzie ani pić, ani palić, ani ćpać. Eddy wstał z łóżka, po czym jego wzrok padł na szafkę nocną, a dokładniej na kartkę na niej leżącą. Wódz wziął ją, a jego oczom ukazał się następujący tekst:
    [​IMG]
    Eddy'ego zatkało. W całym swoim dotychczasowym życiu nie pomyślałby sobie, że zrobi to z jakąś dziewczyną i nie będzie tego pamiętał. A to nie był koniec niespodzianek. Gdy chciał wyjść ze swojego pokoju, napotkał przeszkodę w postaci cegieł. Zupełnie jakby został zamurowany w swojej melinie. Pomyślał sobie, że wyjdzie przez okno. Gdy odsłonił okno, zobaczył... cegły.
    [​IMG]
    Niespodzianka, Eddy​

    Eddy: Co jest, do szatana błogosławionego... Zamknęli mnie tutaj?
    Nieco wystraszony Eddy zaczął krążyć niespokojnie po pokoju. Krążył tak, gdy usłyszał dźwięk telefonu. Odebrał:
    Eddy: Słucham?
    AH: Eddy? Tu Adolf Hitler. Przykro mi to mówić, ale Niemcy wypowiadają wojnę Edolandowi.
    Eddy: Że co? Adi, błagam, nie rób mi tego!
    AH: Hahahaha, nie wiesz co dziś za dzień?
    Eddy: Nie...
    AH: Prima Aprilis!
    Eddy: Tak? To fajnie, ale mam problem.
    AH: Jaki problem? Pamiętaj że wujek Adi zawsze cię wysłucha.
    Eddy: Mianowicie zostałem zamurowany w swoim pokoju i najprawdopodobniej przeleciałem swojego ministra zbrojeń.
    AH: Poważna sprawa...
    Eddy: Adolf, ja nie żartuję, pomóż mi jakoś!
    AH: Hm, Olek się mi kiedyś chwalił że ma pokaźną kolekcję pornosów za łóżkiem...
    Eddy: A w czym mi ***** mają pomóc pornosy?!
    AH: Nic. Za moim portretem powinno być tajne przejście, użyj go.
    Eddy: Obyś się nie mylił...
    Wódz odłożył słuchawkę, po czym zbliżył się do portretu Adolfa. Przesunął go, i zobaczył jakiś przycisk. Nacisnął go bez zastanowienia, a ściana wraz z nim obróciła się.
    [​IMG]
    Portret Adolfa​

    Wylądował w jakimś ciemnym korytarzu, o którym istnieniu nie miał pojęcia. Postanowił iść prosto. Po jakimś czasie doszedł do drogowskazu. Mógł iść w stronę placu przed willą, do monopolowego albo do siedziby Radia Maryja. Uznał, że pójdzie po prostu w stronę placu. Po pięciu minutach zauważył snop światła dobiegający z góry, a tuż za nim drabinę. Wspiął się po niej, i wyszedł gdzieś w krzakach. Rozejrzał się po okolicy, nie będąc pewnym gdzie jest. Po chwili już wiedział gdzie wylądował. Znajdował się koło baru mlecznego, w którym często stołował się Jonny. Akurat zdał sobie sprawę, że jest strasznie głodny. Niewiele myśląc wszedł do baru, w którym właśnie śniadało kilku obywateli Edolandu. Gdy Wódz wszedł, wszyscy zdziwieni wstali i zawołali:
    Wszyscy: Chwała zwycięstwu!
    Eddy: Chwała zwycięstwu. Wasz Wódz jest głodny, w związku z tym musi coś zjeść. Czy znajdzie się tu coś dobrego dla waszego Wodza, gospodarzu?
    Gospodarz: Ależ oczywiście Wodzu, wybierz coś sobie z menu. Na koszt firmy.
    Eddy: Dziękuje. Możecie usiąść, i życzę smacznego. Aha, i chcę pozostać incognito.
    Wszyscy: Smacznego Wodzu!
    Wódz usiadł przy ladzie i wziął menu. Oferta wywarła na nim pozytywne wrażenie. "Hm, pierogi za 2,50 zł. Muszę tu częściej wpadać." - zapisał sobie w pamięci Eddy.
    Eddy: Wódz ma ochotę na pierogi.
    Gospodarz: Już szykuję.
    Ale Eddy'emu nie było dane spokojnie posiedzieć. Jego obywatele pytali go o różne rzeczy:
    Obywatel1: Wodzu, kiedy się skończy wojna?
    Eddy: Myślę, że już niedługo.
    Obywatel2: Wodzu, a czy będziemy mieli jakieś korzyści z tej wojny?
    Eddy: Wszystkiego dowiecie się w swoim czasie. Teraz Wódz chce mieć chwilę spokoju.
    Wszyscy: Dobrze! Chwała zwycięstwu!
    Eddy: Chwała zwycięstwu.
    W tym momencie gospodarz przyniósł pierogi. Eddy, który zjadł je ze smakiem, nie omieszkał pochwalić kuchni gospodarza.
    Eddy: Smaczne jedzenie tu macie, gospodarzu. Będę tu częściej przychodził, ale nie będę wyzyskiwał swoich obywateli. Teraz Wódz musi wracać do rządzenia. Chwała zwycięstwu!
    Wszyscy: Chwała zwycięstwu!
    [​IMG]
    Bar, do którego poszedł Eddy​

    Gdy Wódz wyszedł, stwierdził że musi częściej wychodzić do swoich obywateli. Ale cóż, musiał jakoś wyjaśnić sprawę dot. zamurowania i upojnej nocy, więc udał się do swej willi. Ale gdy przechodził koło drzwi do pokoju Eda, doszły go odgłosy rozmowy. Czym prędzej przystawił ucho do drzwi i usłyszał następującą rozmowę:
    Ed: Witajcie moi towarzysze! Chciałbym z wami omówić jak przejąć władzę nad państwem, gdy nie będzie już naszego Wodza. Ktoś ma jakieś pomysły?
    Rolf: Czekajcie Ed, ale co z resztą tych patałachów? Myślicie że po prostu tak odpuszczą?
    Kagami: Właśnie, a jeszcze czy on na 100% jest wyeliminowany?
    Tsukasa: Nie martwcie się siostro, przecież on nawet za sto lat by stamtąd nie wyszedł.
    Jonny: Racja, te cegły to solidna robota, przynajmniej tak mówił Józek.
    Kagami: A jeśli on tam miał jakieś tajne przejście?
    Ed: Za dużo się filmów naoglądaliście, maleńka. Tym cegłom by sam Koperfild nie dał rady.
    Rolf: Dobra, przypuśćmy że nasz zamach się udał. Ale co zrobimy jak przejmiemy władzę?
    Jonny: Proponowałbym sojusz z ZSRR.
    Tsukasa: Ja jeszcze bym proponowała szerzenie jedynego słusznego ustroju.
    Kagami: Wszystko ładnie, pięknie, ale co jeśli Eddy naprawdę żyje?
    Ed: Chyba ci już coś mówiłem na ten temat, towarzyszu. W tej sytuacji to by mógł co najwyżej się *****ć, a i tak by mu to nic nie dało.
    Rolf: *****, a czy ktoś pomyślał, że on tam ma telefon?!
    Jonny: O tym nie pomyśleliśmy. Ale to i tak bez znaczenia. Pomyślmy lepiej, co zrobić z wrogami ludu pracującego miast i wsi.
    Kagami: To może by ich tak gazem?
    Tsukasa: Kagami, wy ciągle z tym gazem. Ja bym wolała łopatą w łeb i do rowu z nimi.
    Ed: Nie ma co, trzeba się ich pozbyć. Możemy zrobić tak...
    W tym momencie Eddy uznał, że wie już wystarczająco dużo, po czym bez ceregieli wszedł do pokoju Eda:
    Eddy: Witam towarzysze, wasz Wódz ma się świetnie. A u was jak się powodzi?
    Ed: Cześć Eddy, u nas dobrze...
    Eddy: Przykro mi to mówić, ale to ja tu rządzę, verstehen?
    Komuniści: Verstehen...
    Ed: Eddy, ale to miał być primaaprilisowy żart, a ty go zepsułeś...
    Eddy: O, naprawdę? To świetnie, a tymczasem macie usunąć te cegły, bo was inaczej wystrzelam jak kaczki.
    Komuniści: Już idziemy...
    Gdy wszyscy wyszli z pokoju Eda, niedoszli wywrotowcy poszli rozkuwać cegły, a Eddy chciał wyjaśnić coś jeszcze z Konatą. Szczęśliwie spotkał ją w jej pokoju.
    Eddy: Cześć Konata.
    Konata: Cześć Eddy.
    Eddy: Słuchaj, doszło dzisiaj w nocy do czegoś między nami?
    Konata: O co ci chodzi?
    Eddy: O naszą upojną noc.
    Konata: WTF? Spaliśmy w osobnych łóżkach, nie wiem co ci przyszło do głowy.
    Eddy: Jak to? Przecież zostawiłaś mi kartkę, mam ją nawet tutaj.
    Konata: Pokaż... Ktoś sobie robi z nas jaja, tylko nie wiem kto. Ale się dowiem. Idziesz ze mną?
    Eddy: Idę.
    Obydwoje skierowali się w stronę drzwi. Kiedy Eddy otworzył z całej siły drzwi, tak jak ma to w zwyczaju, poczuł jakiś ciężar i usłyszał krzyk. Chwilę potem Eddy i Konata zobaczyli leżącego na podłodze Chudego Edda.
    Eddy: Chudy, co ty do ***** wafla tu robisz?
    CE: Niiic, ała...
    Konata: Jak to nie? Przecież z jakiejś przyczyny musisz tu leżeć.
    CE: Ech, to ja ci podsunąłem tę kartkę, Eddy. W końcu Prima Aprilis.
    Eddy: Może jeszcze powiedz, że to ty mnie zamurowałeś?
    CE: Nic nie wiem o żadnym zamurowaniu. Żegnam.
    Gdy Chudy odszedł, Eddy zwrócił się do Konaty:
    Eddy: Mam pomysł, jak się na nim odegrać.
    Konata: Jaki?
    Eddy: Potrzebuję zużytą prezerwatywę.
    Konata: A skąd ja ci mam ją wziąć?
    Eddy: Nie wiem, a chociaż zwykłą?
    Konata: Jakąś bym miała...
    Pomysł Eddy'ego polegał na zużyciu prezerwatywy poprzez nalanie do niej wody, a następnie podrzuceniu jej do łóżka Miyuki, gdy ta będzie spała. Dziewczyna pomyśli sobie, że Chudy ją wykorzystał, po czym spuści mu ultymatywny łomot, po którym odechce się mu głupich żartów. Jak pomyślał, tak zrobił. Następnego ranka już wszyscy śmiali się z Chudego, który wyglądał jakby go krowa przeżuła a potem wypluła. Chudy chodził jak struty, a z kolei do Miyuki lepiej było się nie zbliżać...

    KONIEC
     
  11. Ed bez zasad
    Podkład muzyczny



    8 maja słońce powoli już wstawało, kiedy Kagami ze swoją dywizją piechoty dotarła do Dubrownika. Jako świeżo upieczony dowódca nie brała jeszcze udziału w żadnej walce, ale już niedługo miało się to zmienić. Tymczasem Kagami wraz ze swoim zaufanym szeregowcem Janem "Kanią" Kaniowskim stali na plaży podziwiając wschód słońca:
    Kagami: Nigdy nie myślałam, że świt może być taki piękny...
    Kania: Ja też nie, dowódco.
    Kagami: A my tu tymczasem musimy walczyć.
    Kania: No cóż, to nasz żołnierski obowiązek.
    Kagami: Wiem. A tak właściwie, to czym się zajmujesz w cywilu?
    Kania: Ja? Wykładam chemię.
    Kagami: Ooo, a gdzie?
    Kania: W Biedronce.
    Kagami: No tak, tego się mogłam po tobie spodziewać.
    Mimo, że służba Kagami trwała dopiero tydzień, zdążyła się już poznać na niektórych swoich podwładnych. Jednym z nich był właśnie Kania, który okazał się być sprytnym cwaniakiem i urodzonym kawalarzem. Ale przynajmniej było wesoło. Niestety konwersację przerwał wielki huk i krzyk wydobywający się z wielu gardeł jednocześnie.
    Kagami: Co to kurna jest, armageddon?
    Kania: Nie dowódco, to tylko chyba Jugosławianie atakują.
    Kagami: Niech ich szlag, nie mogli o bardziej ludzkiej porze?
    Kania: Najwidoczniej nie.
    Kagami: Dobra, **** ich pies, muszę jakoś dowodzić obroną!
    Kania: Też bym to proponował.
    Po czym oboje ile sił w nogach pobiegli do okopów. Na szczęście żołnierze Edolandu zdołali otrząsnąć się po (nie)spodziewanym ataku i zaczęli naparzać do wroga tonami ołowiu. Gdy wróg zaczął tracić powoli siły, Kagami uznała że to czas na kontratak i wydała odpowiedni rozkaz. Biegając po okopie i wrzeszcząc na żołnierzy zauważyła, że Kania kuca przy ścianie i wygląda jakoś nieswojo:
    Kagami: Kania, co z tobą, czemu masz takie wielkie oczy?!
    Kania: Dowódco, nie widzisz że sram?!
    Kagami: Ojej, przepraszam. Już nie patrzę.
    Odwróciła wzrok, gdy nagle zobaczyła jakiegoś Jugola, który zamachiwał się na nią bagnetem. Przez małą chwilę była w szoku, ale odzyskała rezon i zablokowała cios swoim Mosinem.
    Kagami: O ty dziadu, kobietę chciałeś uderzyć?
    Wróg: Wojna to wojna, tu nie ma zasad.
    Kagami: Taaak? W takim razie skosztuj tego, marszczyfredzie.
    I kopnęła go z całej siły w klejnoty, tak mocno, że tamten zapiszczał na całą okolicę, po czym upadł na ziemię. Dziewczyna skorzystała z okazji i strzeliła mu centralnie między oczy. Kania zaczął klaskać:
    Kania: Nieźle go załatwiłaś, dowódco.
    Kagami: Wiem, koleżanka mnie tego nauczyła.
    Kania: To świetnie, ale chyba impet naszego kontrataku słabnie.
    Kagami: CO?! Muszę coś z tym zrobić, i chyba nawet wiem co!
    Czym prędzej pobiegła do radiowęzła by nadać komunikat, który doprowadził by ich do zwycięstwa.
    Kagami: RUSZAĆ SIĘ, BO WAM DO BURDELI ZABRONIĘ CHODZIĆ!
    W żołnierzy Edolandu po tym komunikacie jakby szatan wstąpił. Stali się tacy zawzięci i agresywni, że dowódca Jugosławian, aby nie dopuścić do większych strat, zarządził natychmiastowy odwrót. Wszyscy Jugosławianie jak jeden mąż odwrócili się i zaczęli w teorii taktyczny odwrót, a w praktyce uciekali gdzie pieprz rośnie. Gdy ostatni żołnierz wroga zniknął z pola widzenia edolandzkich żołnierzy, wszyscy zaczęli świętować zwycięstwo. Kagami jeszcze krzyczała za Jugosławianami, że jak ich dopadnie to im trawa z **** wyrośnie. Kiedy się odwróciła, zobaczyła Kanię niosącego wraz z kolegami skrzynki wina.
    Kagami: Kania, skąd ty masz te winiacze?
    Kania: A, znaleźliśmy monopolowy i sobie wzięliśmy, a co?
    Kagami: A nic. Tak w ogóle to co ci było?
    Kania: Ta świnia Haber nakarmił mnie wczoraj jakimś dziadostwem. Ale nic, świętujmy nasze zwycięstwo!
    Kagami: Masz rację, zarzuć tu butelką!
    W ten oto sposób zakończyła się obrona Dubrownika, która dała materiał na piosenkę Sabatonowi, jednak pominął parę ciekawych faktów.
    [​IMG]
    Obrona Dubrownika​



    W maju na wojnie wydarzyło się kilka ciekawych rzeczy. Między innymi, jakimś cholernym cudem wojska Edolandu i Chorwacji zostały wyparte z Belgradu. Ku zdziwieniu wszystkich, nawet autora, Jugosławianie nie poszli zajmować swojej stolicy, co tylko ułatwiło zadanie sprzymierzonym. Do innych sukcesów należy także zdobycie Boru, Novi Pazaru oraz Cetinje, zajętego przez Kagami cztery dni później.

    Co tu dużo mówić, w Edolandzie najwyraźniej żaden miesiąc nie może się obyć bez jakichkolwiek przygód. Zobaczmy co tym razem wykręcili nasi bohaterowie. 13 maja zapowiadał się na spokojny dzień. Właśnie, zapowiadał się, a był zupełnie inny. Wszystko zaczęło się gdy Eddy grzebał w swoim biurku. Przeszukiwał je, ponieważ miał nadzieję że Olek zostawił tu coś cennego. Zamiast czegoś cennego, znalazł dziwnie wyglądające tabletki, i ponad wszelką wątpliwość nie była to aspiryna. Wódz wolał tego nie testować na sobie, więc postanowił znaleźć jakiegoś królika doświadczalnego. Akurat gdy wychodził, natknął się na Chudego, który zdołał się już wykurować po wpieprzu od Miyuki. Oczywiście Eddy nie zamierzał informować go o tym, że sam nie wie co to jest, gdyż inaczej Chudy też by tego nie wziął.
    Eddy: Siemasz Chudy, co u ciebie słychać?
    CE: Witaj Eddy, nic nowego. Noga wciąż mnie nawala.
    Eddy: Tak? Chyba mam coś, co ukoi twój ból.
    CE: Naprawdę? To daj, bardzo bym prosił.
    Eddy: It's yours, my friend.
    Wódz podał koledze tabletkę, którą ten bez wahania zażył. Niestety, nie przewidzieli czym to się może skończyć:
    CE: Eddy, jakoś się dziwnie czuję.
    Eddy: To znaczy?
    CE: Nie wiem, ręce mi się trzęsą jakbym miał Parkinsona.
    Eddy: O kurde, masz przerąbane.
    Jednak trzęsące się ręce nie były jedynym problemem Chudego. Nagle zaczął on toczyć pianę z ust, zupełnie jak podczas wścieklizny. Obydwaj byli tym niezmiernie przestraszeni.
    CE: Eddy, kurde, rzygać mi się chce, lecę do łazienki!
    Eddy: To leć, a ja sprowadzę jakąś pomoc.
    Gdy Chudy pobiegł do łazienki, Eddy poszedł po Miyuki, ale wcale nie chciał jej pomocy. Po głowie chodziło mu zupełnie coś innego.
    Eddy: Elo Miyuki.
    Miyuki: Witaj, Eddy.
    Eddy: Słuchaj, muszę ci o czymś opowiedzieć i pokazać.
    Miyuki: Tak? To chodźmy.
    Eddy: Słuchaj, musisz o czymś wiedzieć na temat Chudego.
    Miyuki: O czym?
    Eddy: Chudy nie jest człowiekiem.
    Miyuki: Jak to, przecież wygląda i zachowuje się jak człowiek.
    Eddy: No właśnie, ale tak nie jest. Chudy jest zmutowanym jaszczurem z kosmosu.
    Miyuki: Ty sobie chyba ze mnie żartujesz.
    Eddy: Nie żartuję. Wiedz, że jego gatunek musi uprawiać seks by żyć.
    Miyuki: Masz mnie za idiotkę?
    Eddy: Nie, mówię prawdę. Kiedyś mi mówił, że bardzo lubi cycate dziewczyny, zwłaszcza w okularach, ponieważ przypominają mu matkę, która ma cztery oczy.
    Miyuki: Weź mnie nie strasz!
    Eddy: A ty z nim jeszcze spałaś w jednym łóżku.
    Miyuki: O *****!
    Eddy: Jesteś pewna, że cię nie wykorzystał?
    Miyuki: Ch-chyba n-nie. Chociaż t-ta prezerwatywa...
    Eddy: Prezerwatywa? Uważaj, ponieważ środki zawarte w niej nie działają na jego gatunek. Lepiej kup sobie test ciążowy, bo możesz urodzić małe jaszczury, które żywią się ludźmi.
    Słysząc to, Miyuki wybuchnęła płaczem i zaczęła lamentować:
    Miyuki: Nie, nie chcę rodzić małych jaszczurów, Eddy, powiedz co mam zrobić?!
    Eddy: Przede wszystkim, musisz zlikwidować Chudego. To jedyna metoda.
    Miyuki: Ale jak mam to zrobić?
    Eddy: Weź tą oto miotłę. Jej włosie jest dla niego zabójcze.
    Miyuki: Mam go pokonać miotłą?
    Eddy: Dokładnie tak. Teraz musimy znaleźć tego gada. Widziałem go jak szedł do łazienki.
    Obydwoje skierowali się do łazienki. Gdy otworzyli drzwi, ukazała się im ciemność. Eddy zapalił światło, i wtedy zobaczyli Chudego. Stał do nich odwrócony tyłem, gdy pochylał się nad umywalką. Miyuki była przestraszona, a Eddy tylko czekał aż się odwróci. Nie czekali długo, kiedy się odwrócił, zobaczyli jego przekrwione oczy i pianę lecącą z jego zakazanej mordy. Teraz Miyuki aż krzyknęła ze strachu:
    Miyuki: Eddy, boję się, ty go zabij!
    Eddy: Nie Miyuki, tylko ten kto z nim spał, zabić może go.
    Chudy: Mmm,eemmmeememeemmmm.
    Miyuki: Eddy, on coś mówi!
    Eddy: Nie słuchaj go, on ci proponuje niemoralne rzeczy!
    [​IMG]
    Jaszczur Chudy​



    Tymczasem Chudy powoli się do nich zbliżał. Tabletka chwilowo zaburzyła jego zdolność artykułowanej mowy, więc nie mógł wytłumaczyć Miyuki, że to nie tak jak ona myśli. Nagle Chudy, jak gdyby nigdy nic, upadł na ziemię i zasnął. Obydwoje bardzo się zdziwili, lecz każde z innego powodu.
    Miyuki: Co z nim się stało?
    Eddy: Najwyraźniej abstynencja seksualna go zabiła. No nic, nie musisz go już likwidować.
    Miyuki: No dobra, ale co z ciałem?
    Eddy: Samo zniknie za jakiś czas.
    Miyuki: OK, ja wracam do siebie. Nie mam zamiaru patrzeć jak znika.
    Eddy: W porządku, nie zatrzymuję cię.
    Gdy Miyuki sobie poszła, Eddy postanowił przenieść Chudego gdzie indziej, najlepiej tak, by nie było świadków. Jednak niosąc na barkach Chudego, napatoczył się na Konatę.
    Konata: A Chudy zapomniał o prohibicji?
    Eddy: Nie, dałem mu po prostu tabletkę, która go strasznie zmuliła.
    Konata: Jaką tabletkę?
    Eddy: Taką, po której Chudemu zaczęły drżeć ręce, lecieć z pyska piana, zaczął rzygać, a na końcu po prostu zasnął.
    Konata: To ciekawe, gdzie ją znalazłeś?
    Eddy: W swoim biurku, chyba Olek je tam zostawił.
    Konata: Masz tego więcej?!
    Eddy: Nie tak głośno, mam.
    Konata: Hm, a masz zamiar je na kimś użyć?
    Eddy: Nie, chociaż... wkurza mnie ten mały fąfel, Jimmy.
    Konata: To co, używamy tego na nim?
    Eddy: Dobra, wmówimy mu że to witamina C, dobrze?
    Konata: Dobrze. Frajerów trzeba tępić.
    Nie szukali Jimmy'ego długo, siedział w swoim pokoju, gdyż przez sos w wannie nie mógł dowodzić flotą. Zastali go jak rozmawiał o czymś z Sarą.
    Eddy: Witaj mój dowódco nieistniejącej floty.
    Jimmy i Sara: Witaj Wodzu.
    Eddy: Słuchaj Jimmy, mam tu dla ciebie coś, co odmieni twoje nędzne życie.
    Jimmy: Czy to płyta Justina Biebera?
    Eddy: Nie wymawiaj tych dwóch słów! Proszę, oto witamina C, która cię wzmocni.
    Jimmy: Dzięki, tego mi było trzeba.
    Niestety, Jimmy nie mógł wiedzieć, że to co wziął, może drastycznie zmienić jego życie. Na efekty nie trzeba było długo czekać, choć w jego przypadku były nieco inne niż u Chudego. Owszem, pojawiła się piana, lecz zamiast trzęsących się rąk, Jimmy'emu zaczęło siadać na mózg.
    Sara: Ojejku, Jimmy, co ci jest?
    Jimmy: Aaaaa, jestem rzeźnikiem, krwi niewinnych!
    Sara: Jimmy, uspokój się proszę...
    Jimmy: Puszczaj mnie szmato, jestem niezniszczalny, NIEZNISZCZALNY *****!
    Mówiąc to Jimmy wybiegł z pokoju, a Eddy i Konata za nim. Sara była w zbyt wielkim szoku, że Jimmy się mógł do niej tak odezwać. Tymczasem Jimmy zaczął kierować się do wyjścia. Eddy i Konata nie mogli na to pozwolić, gdyż mógłby wywołać niepokoje wśród społeczeństwa. Lecz Jimmy zdążył wybiec na dziedziniec, akurat gdy Jonny wracał ze swojego ulubionego baru mlecznego. Fąfel potknął się na schodach i wywrócił się, po czym zasnął. Jonny był jakkolwiek bardzo zdziwiony.
    [​IMG]
    "Jestem rzeźnikiem, krwi niewinnych!"​



    Jonny: Co z nim się stało?
    Eddy: Eeee, nic, przedawkował witaminę C.
    Jonny: To by było całkiem w jego stylu.
    Chwilę później, gdy Jonny sobie poszedł, Konata i Eddy postanowili coś z nim zrobić.
    Konata: Dobra, co z nim robimy?
    Eddy: Idź po łopatę, zakopiemy go.
    Konata: Chcesz go zakopać żywcem?
    Eddy: A czemu nie? Przynajmniej przyzwyczai się do ziemi.
    Konata: Ja bym wolała go wrzucić do rzeki.
    Eddy: Nie, mógłby wypłynąć. Dobra, łap za łopatę i kopiemy.
    Zaczęli kopać, przy okazji uważając, czy nikt nie patrzy. Gdy skończyli, wzięli Jimmy'ego i wrzucili do dziury. Wrzucili go jak jakieś ścierwo, po czym zasypali go. Podczas tego wszystkiego Jimmy nawet nie drgnął. Skończywszy robotę, Konatę naszły wątpliwości:
    Konata: Słuchaj Eddy, a jak on wyjdzie?
    Eddy: Coś ty, nigdy nie wychodzili.
    Konata: No dobra, wracam do siebie.
    Eddy: Wporzo, też wracam.

    W czasie gdy działy się te wydarzenia, Ed siedział w podziemnej kwaterze komunistów. O owej kwaterze nie wiedział nikt oprócz komunistów, nawet Eddy. Ed kręcił coś przy odbiorniku, który znalazł gdzieś w willi. Kręcił tak i kręcił, aż na ekranie pokazał się nikt inny jak sam Józef Stalin.
    Ed: Halo, Józek, tu towarzysz Ed, słyszycie mnie?
    JS: Słyszę was, towarzyszu.
    Ed: Co tam u was, towarzyszu?
    JS: Nic nowego, tylko włączyłem Gułag w struktury NKWD, a jak tam ten wasz zamach? Ta nazistowska ***** dalej żyje?
    Ed: Niestety tak. Jakimś cudem udało mu się uciec z zamurowanego pokoju.
    JS: Zamurowaliście mu pokój? Ciekawa metoda, muszę ją kiedyś przetestować.
    Ed: Przypuszczamy, że ma tam jakieś tajne przejście, tylko nie wiemy gdzie. Poczekaj, bo mi obraz przerywa.
    JS: Mówiłem wam już, żebyście wyrzucili ten burżuazyjny szajs i zastąpili go proletariackim cacuszkiem, takim jak mój Okił.
    Ed: Wiem, ale musimy zdobyć jakiś.
    JS: Nie ma sprawy, możemy wam wysłać dobry, proletariacki sprzęt. W końcu z ZSRR, no nie?
    Ed: Tak. No cóż, musimy przygotować jakiś inny plan.
    JS: Liczę na was, w razie czego macie pełne poparcie Związku Radzieckiego,
    Ed: Dzięki Józek, do zobaczenia towarzyszu.
    JS: Żegnajcie, towarzyszu.
    Nasz edolandzki komunista wyłączył odbiornik. Chwilę posiedział w zadumie. Kagami obiecała mu, że przywiezie dla niego serbski sos oraz jakieś kurczaki. Jednak ważniejszy był dla niego fakt, że będzie ona szerzyć tam komunizm. "Spokojnie Ed, już niedługo wyzwolimy uciśnionych robotników spod burżuazyjnego jarzma. W razie czego ZSRR nam pomoże." - myślał sobie Ed. Posiedział jeszcze jakiś czas, gdy w końcu uznał że czas iść spać.
    [​IMG]
    Ed rozmawia z kolegą po fachu

    KONIEC

    Od ostatniego odcinka minął ponad miesiąc więc zamykam aar. W razie chęci kontynuowania skontaktuj się z którymś z moderatorów działu.
    Pozdrawiam, N.
     
  12. Ed nie do zdarcia
    Podkład muzyczny

    12 czerwca już drugi dzień trwały walki o Pristinę. W bitwie tej brało udział sześć dywizji chorwackich, atakujących z trzech stron, oraz trzy dywizje wroga. Mimo dwukrotnej przewagi wojska wroga trzymały się dzielnie, choć nie da się ukryć, że przewaga była po stronie "tych dobrych". W tej batalii brał udział nasz znajomy kapitan Miller, który jednak jej końca wcale nie doczekał na polu bitwy. Jak to się stało? Tego dowiemy się już za chwilę.

    Prawdę mówiąc, Johnny niezbyt przepadał za walkami w mieście. Powód tego był taki, że sama myśl, że może zostać zabity niemal z każdej strony, paraliżowała go. Starał się o tym nie myśleć, całą swą uwagę poświecając walce. Tym razem nie był sam, towarzyszyli mu jego koledzy z drużyny, którymi dowodził. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, właśnie łapali chwilę oddechu w jakimś dole po artylerii. Gdy jego podwładni wymieniali magazynki oraz pili wodę z manierek, Johnny obserwował sytuację przez lornetkę. To, co zobaczył, nie napawało go optymizmem. Ze wszystkich stron nacierali kawalerzyści, wszędzie strzelała artyleria, a naprzeciwko niego stał kaem. Po prostu żyć, nie umierać. Przybity tym widokiem osunął się w dół jak jakieś ścierwo. Popatrzył tępo na swoich towarzyszy, po czym wydał rozkaz:
    Miller: Koniec tego dobrego, zmywamy się stąd. Na razie się nie wychylać, bo wam coś może do głowy strzelić.
    Taylor: To nie jest dobry pomysł, kapitanie.
    Miller: Bo co?
    Welsh: Zaczyna brakować amunicji, sam mam tylko dwa magazynki.
    Davis: Wolałbym się ruszyć, bo mi zaraz ptaszek pęknie!
    Miller: Prawdziwy żołnierz nie ma ptaszka, prawdziwy żołnierz ma *****!
    Davis: To ruszmy się, bo mi **** pęknie!
    Miller: Spokojnie. Kozłow, zobacz no jak wygląda sytuacja.
    Kozłow: Tak jest!
    Po czym wyjrzał do góry, jednak nie było mu dane długo się tym cieszyć, ponieważ zobaczył lufę kaemu dokładnie naprzeciwko niego:
    Kozłow: O kur...
    W tym momencie celna seria pozbawiła go połowy głowy.
    Welsh: O żesz ty, szybcy są, nawet przeklnąć nie zdążył!
    Taylor: Tak, cenzura w tym AARze jest zabójcza.
    Miller: Wy mi tu nie komentujcie, tylko myślcie jak się stąd wydostać!
    Taylor: Może by ich tak zlikwidować?
    Miller: Dobry pomysł, tylko jak?
    Welsh: Ja bym ich potraktował z granata.
    Taylor: Skończyły się wszystkie.
    Welsh: No to zastrzelić!
    Miller: Widziałeś co się stało z Kozłowem. Jakieś pytania?
    Taylor: A czemu jakoś Davisa nie słyszę?
    W tym momencie wszyscy odwrócili się w kierunku Davisa. Davis trzymał w dłoni manierkę Kozłowa. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że trzymał tą manierkę między nogami.
    Miller: Davis, co ty do cholery robisz?!
    Davis: Mówiłem wam, że mi się chce sikać.
    Welsh: Wiesz co, jesteś obrzydliwy!
    Taylor: Dajcie mu spokój, sam bym tak zrobił na jego miejscu. Hm, może by tak wykorzystać jego mocz jako broń biologiczną?
    Davis: Głupi jesteś. Ja bym przejrzał ekwipunek Kozłowa, może znajdziemy coś ciekawego.
    Miller: No dobra, zobaczmy co tu jest ciekawego. Kalesony, papier toaletowy wielokrotnego użytku, packa na muchy, konserwa z mamuta... A to co?
    Welsh: Wygląda mi to na butelkę ze szmatą w szyjce.
    Taylor: Ale do czego by miała służyć?
    Davis: Czekajcie, tu jest instrukcja. ''Koktajl Kozłowa. Podpal szmatę i następnie szybko wyrzuć butelkę w kierunku celu. Skład: butelka, benzyna, szmata zwilżona olejem, niegdyś wódka''
    Miller: Może da się tym załatwić Jugoli. Ma ktoś ogień?
    Taylor: Ja mam zapałki.
    Miller: Dawaj.
    Johnny odpalił zapałkę, podpalił szmatę i szybkim ruchem rzucił butelką w kierunku wroga. Nasi bohaterowie dwie sekundy później zobaczyli ognisty wybuch i usłyszeli rozpaczliwy krzyk Serbów.
    Taylor: Ale **********o!
    Welsh: Ci Sowieci są *******i!
    Davis: Pachnie jak kurczak.
    Miller: Nie gadać, tylko zmywamy się stąd, raz dwa!
    Po tym rozkazie wszyscy biegiem polecieli do swoich, nie będąc świadomym faktu, że jako pierwsi na świecie użyli nowego typu broni.

    A jak wyglądały inne manewry wojenne w czerwcu? Oprócz zdobycia Pristiny, udało się zdobyć także Stip, jednak mimo przewagi liczebnej nie udało się pokonać Jugosłowian w Skopju, ostatnim bastionie Jugosławii, która już była w stanie agonalnym. Eddy na wieść o klęsce wpadł w szał. Opór był tak wielki, że wojna przedłużyła się o jeden miesiąc.
    [​IMG]
    Bitwa o Skopje i reakcja Wodza​

    W samym Edolandzie czerwiec mijał dość spokojnie. Eddy siedział w gabinecie i czytał najnowszy numer ''Bełkotu codziennego'' popijając sobie jego ulubiony koktajl łamiszczękowy (najnowszy wynalazek Chudego). Po którymś łyku Eddy poczuł zew natury, a co za tym idzie, musiał udać się do toalety. Jednak był nieświadomy tego, co było za drzwiami. Gdy pociągnął za klamkę, rozległ się ogromny huk i Wódz nagle znalazł się na ziemi w kałuży krwi. Był zdezorientowany. Po chwili leżenia poczuł nieznośny ból w tułowiu. Podniósł lekko głowę, by ocenić obrażenia. To, co zobaczył, przeraziło go. Jego brzuch przypominał obrazek anatomiczny, wszędzie walały się flaki i lała krew (do dziś nikt nie znalazł jego jelita).
    [​IMG]
    Gazeta, którą czytał Eddy​

    Po chwili na miejsce zbiegli się niemal wszyscy, ale widok zaszokował ich nie mniej niż poszkodowanego. Miyuki nawet zemdlała, a Jimmy pobiegł zwymiotować. Eddy rozejrzał się powoli, ale nigdzie nie zauważył Chudego. Tymczasem odezwała się Konata:
    Konata: Eddy, co to ***** było?!
    Eddy: Nie wiem, ciągnę za klamkę a tu huk jak **** i mnie na glebę powaliło.
    Jonny: Ale skąd rana postrzałowa na waszym brzuchu?
    Sara: Ludzie, zobaczcie tutaj...
    Wszyscy spojrzeli w miejsce które wskazywała Sara. Zobaczyli strzelbę, która miała w taki sposób przywiązany spust do klamki, że sam Jigsaw z ''Piły'' by się nie powstydził. Musiała zostać założona niedawno, w innym wypadku na pewno by ją ktoś zauważył. Tymczasem Jimmy przyleciał z apteczką i zaczął opatrywać Eddy'ego. Umiejętności szycia przydały mu się, gdyż musiał zaszyć wszystkie rany otwarte, których było niemało. Po skończonym zabiegu Eddy powstał. Ale cóż to było za powstanie! Eddy powstał jak feniks z popiołów, jak Andrzej Gołota po walce z Lennoxem Lewisem! Gdy Wódz powstał, rozejrzał się po wszystkich zgromadzonych i powoli powiedział:
    Eddy: Za pięć minut widzę wszystkich w sali obrad, łącznie z Chudym.
    Na ten rozkaz wszyscy zgodnie udali się do sali obrad. Eddy poczekał aż znikną mu z zasięgu wzroku, po czym wziął strzelbę, uprzednio usuwając linkę ze spustu. Nagle przypomniał sobie, po co chciał wyjść z gabinetu. Skierował więc swoje kroki do miejsca, gdzie Wódz chodzi piechotą, a wyszedł stamtąd z poczuciem, że zrobił coś wielkiego. Stwierdziwszy, że niedługo minie pięc minut, udał się do sali obrad. Gdy otworzył drzwi, ukazał mu się widok jego podwładnych siedzących tak cicho, że Eddy'emu wydawało się, że słyszy gdzieś przechodzące ludzkie pojęcie. Niewzruszony stanął na swoim miejscu, po czym powiedział:
    Eddy: Dobra, przyznać się kto to zrobił, bo inaczej przestanę być miły.
    Tak jak się spodziewał, nikt nawet się nie odezwał. Postanowił więc pytać każdego z osobna. Zaczął od swojego głównego podejrzanego, czyli Eda.
    Eddy: Ed, ty to zrobiłeś?
    Ed: Nie, przecież ja nawet nie wiem jak się obsługuje shotguny.
    Eddy: To ciekawe, bo na spuście widziałem trochę sosu.
    Nie było to prawdą, ale Wódz chciał w ten sposób podpuścić Eda. Jednak ten był spokojny, gdyż nie on to zrobił.
    Ed: Nie wiem o czym mówisz, zawsze myję się po jedzeniu sosu.
    Eddy: Tak? To co robiłeś godzinę przed tym zdarzeniem?
    Ed: Jadłem sos.
    Eddy uznał, że w ten sposób niczego się nie dowie. Zamiast tego, zrobił coś, czego nikt by się nie spodziewał. Wsadził dwa palce w usta i zagwizdał przejmująco. Kilka sekund później wszyscy usłyszeli... jakby ryk silnika. Nagle do sali wjechali... Hitler i Mussolini na Harleyu-Davidsonie. Byli ubrani w czarne skóry i okulary przeciwsłoneczne. Dodatkowo Hitler miał na głowie pikielhaubę, a Mussolini hełm w stylu rzymskiego centuriona. Objechali ze dwa razy stół przy którym wszyscy siedzieli, po czym zahamowali tak ostro, że ślad po oponie miał z pięć metrów. Wszyscy (oprócz Eddy'ego) byli tak zdziwieni, że nawet zapomnieli po co się tu zebrali. Tymczasem Adi i Ben nie przejmując się niczym zeszli z motora, zdjęli okulary, po czym Adi odezwał się:
    AH: What's up, dawgs?
    Eddy: Dobrze że jesteście, przyda mi się wasza pomoc.
    AH: Co się stało? Problemy z Żydami?
    BM: Czy może znowu kibel ci się zapchał?
    Eddy: Nic z tych rzeczy.
    AH: To w takim razie co?
    Eddy: Padłem ofiarą zamachu, a żaden z tych *********ów nie chce się przyznać.
    BM: Masz jakieś rany?
    Na te słowa Wódz po prostu podniósł koszulkę do góry. Fuhrer i Duce zagwizdali z podziwem.
    AH: No dobra, załatwimy to na nasz sposób.
    Po czym bez żadnych ceregieli weszli na stół, wyciągnęli pistolety i powiedzieli:
    AH: Dobra, przyznać się który to zrobił?...
    BM: ...albo wystrzelamy jak kaczki!
    W tym momencie Chudy zaczął się trząść jak osika. Benito zauważywszy to, podszedł do niego i przyłożywszy pistolet do głowy, powiedział:
    BM: Wyznaj swoje grzechy, synu.
    Chudy, gdy poczuł że się nie wywinie (oraz zapach spaghetti bolognese z ust Benito), krzyknął głośno:
    CE: Dobra, przyznaję się, to ja podszwabiłem shotguna Konacie i to ja założyłem pułapkę na Eddy'ego!
    BM: Mam wrażenie, że nie powiedziałeś mi wszystkiego.
    CE: I to ja wysyłałem zboczone SMS-y do Nazz!
    To wyznanie zadziwiło wszystkich. Bena i Adiego, bo nie wiedzieli co to takiego. Nazz patrzyła na Chudego zgorszona, a Miyuki wstała i powoli podeszła do Chudego. Jej wzrok nie wróżył nic dobrego.
    Miyuki: Przyznaj się, co robiłeś?...
    CE: Miyuki, spokojnie, wtedy cię jeszcze nie znałem...
    Miyuki: ***** MNIE TO OBCHODZI, NIE WYJDZIESZ STĄD ŻYWY!!!
    Scen, jakie nastąpiły zaraz po tym, lepiej nie opisywać. Miyuki wpadła w taką furię, że te wszystkie Tekkeny, Mortal Kombaty i Postale to przy niej nic. Wszyscy ukryli się pod stołem, nawet wodzowie, by przypadkiem nie oberwać. Po paru minutach pastwienia się, Miyuki wreszcie litościwie wyrzuciła Chudego za okno. Gdy skończyła, spokojnie usiadła na swoje miejsce i powiedziała słodko:
    Miyuki: Dobrze, możemy kontynuować nasze spotkanie.
    Wszyscy niepewnie wyjrzeli spod stołu i upewniwszy się, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo, wyszli spod stołu. Eddy uznał, że nie będzie karać Chudego, ponieważ uważał że ******** od Miyuki mu wystarczy. Wobec tego oświadczył:
    Eddy: W porządku, wszystko już wiem, możecie się rozejść. Adi, Ben, dzięki za pomoc.
    AH: Do usług, Eddy.
    Gdy wszyscy już opuścili salę obrad, Eddy stwierdził że ma na dziś dość wrażeń, po czym udał się do gabinetu doczytać gazetę i dopić koktajl.
    [​IMG]
    Edd na chwilę przed opuszczeniem budynku przez okno​

    Chudy nie był pewien, ile czasu leżał na dole nieprzytomny. Po przebudzeniu, pierwszą rzeczą którą zrobił było ocenienie obrażeń. Następnie wyciągnął nóż z brzucha i zaczął myśleć: ''Ale jestem głupi. Jak mogłem zapomnieć, że jeśli cofnęliśmy się w czasie to nie możemy umrzeć, gdyż teoretycznie się jeszcze nie narodziliśmy. Choć nie wiem, czy nie lepiej dla mnie byłoby umrzeć. Przynajmniej nie musiałbym tak cierpieć.'' Nagle usłyszał kroki. Nie mógł zobaczyć czyje, ponieważ jakikolwiek ruch kosztował go dużo wysiłku. Ale po krótkiej chwili usłyszał głos: głos swojego oprawcy.
    Miyuki: Chudy, żyjesz? Przepraszam, nie chciałam cię tak uszkodzić.
    CE: Nie, chciałaś mnie tylko zabić.
    Miyuki: Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło.
    CE: Powiedz mi tylko jedną rzecz: dlaczego mi to robisz?
    MIyuki: Bo cię kocham i... nie chcę, żeby mi cię jakaś odebrała.
    CE: Ja też cię kocham, ale chyba nie zasługuję na tyle miłości.
    Miyuki: Już nie będę cię tak traktować, obiecuję.
    CE: To fajnie, ale teraz chciałbym mieć święty spokój.
    Miyuki: Rozumiem... Chudy, dlaczego ty jesteś taki blady?!
    CE: Bo mi tyle krwi spuściłaś.
    Miyuki: Poczekaj tu, zalecę po Eda żeby cię zaniósł do twojego pokoju.
    CE: Dobrze...
    Gdy Miyuki pobiegła po komunistę, Chudy pomyślał, źe się nawet na nią nie gniewa, bo na jej miejscu też byłby zazdrosny. Chwilę potem pomyślał jeszcze: ''Cóż Chudy, na twoje marzenie o teokracji w Edolandzie będziesz musiał trochę poczekać''. Zaraz po tym wpadł w objęcia Morfeusza...

    Wieczorem, dzień jak co dzień, komuniści siedzieli w swojej norze. Jonny i Rolf grali w szachy popijając przy tym proletariackie piwo (prosto z CCCP), a Ed oglądał przemówienia Stalina na swoim odbiorniku.
    Jonny: Dobra, biję konia.
    Rolf: A ja posuwam damę.
    Jonny: A niech was piekło pochłonie, towarzyszu.
    Rolf: Szach i mat.
    Jonny: Grr, wiszę wam teraz piwo.
    Rolf: Tak jak się umawialiśmy.
    Jonny: Dobra, macie.
    Rolf: Nie wiecie może, jak tam szerzenie komunizmu w Serbii, towarzyszu?
    Jonny: Towarzysz Kagami mówiła, że ludzie chłoną tą ideologię jak gąbka ocean.
    Rolf: Czyli chyba będzie możliwe utworzenie tam komunistycznego państwa?
    Jonny: Raczej tak.
    Rolf: Jak się będzie nazywać?
    Jonny: Związek Socjalistycznych Republik Edolandzkich. W skrócie ZSRE.
    Rolf: No no, ale trzeba będzie ze wszystkim poczekać na odpowiedni moment.
    Jonny: Dokładnie tak, towarzyszu.
    Rolf: Nie sądzicie towarzyszu, że towarzysz Ed przesadza z tą telewizją?
    Jonny: Towarzyszu Edzie! Odpocznijcie chwilę od tego, bo wam się mózg zlasuje!
    W tym momencie Ed odwrócił się i spojrzał na Jonny'ego takim wzrokiem, jakby chciał go zabić.
    Ed: Komunizm dobry dla Eda!
    Po czym odwrócił się do odbiornika i dalej oglądał przemówienie Stalina dot. eksportu kawioru do państw kapitalistycznych. Ale kto by tam rozumiał komunistów.
    [​IMG]
    "Komunizm dobry dla Eda!"

    KONIEC​
     
  13. Ed zwycięzca
    Podkład muzyczny

    31 lipca 1934. Ta data zostanie zapamiętana na długo przez wszystkich ludzi na świecie. Tego dnia zakończyła się wojna w Jugosławii, w której Edoland sprzymierzony z Chorwacją odniósł druzgocące zwycięstwo nad Jugosławią. W wyniku tego konfliktu Edoland powiększył swoje granice o kilka razy oraz zyskał dostęp do morza. Jednak czy Wódz poradzi sobie z narodami, które nie pałają do siebie specjalną sympatią? Czas pokaże.
    [​IMG]
    Nowe granice Edolandu​

    Tej nocy John Miller nie spał spokojnie. Dręczył go od kilku dni ten sam koszmar, w którym powracała do niego bitwa o Skopje, podczas której cudem uniknął śmierci, gdy został postrzelony w prawą pierś. Bitwa ta trwała niemalże miesiąc, gdyż armia Jugosławii zdołała się dobrze okopać w górach. Po kolejnym takim śnie Johnny obudził się zlany potem. Zaniepokojeni koledzy natychmiast okazali troskę:
    Taylor: Co, znowu koszmar?
    Miller: Ta, chyba będzie się mi to śniło do końca pieprzonego życia.
    Welsh: Spokojnie, po jakimś czasie na pewno przestanie.
    Taylor: Dobrze, że wojna się już skończyła.
    Miller: Fajnie, jak wrócimy do siebie, musimy iść to opić.
    Davis: A ja bym zerżnął jakiś towar. Mam taką chcicę, że wsadziłbym go nawet do lufy od Thompsona, choć nie wiem czy by się zmieścił.
    Welsh: A ja myślę, że miałbyś tam spore pole do popisu.
    Davis: Czy to ma być aluzja?
    Welsh: Potraktuj to jak chcesz.
    Davis: Głupi jesteś.
    Taylor: Cicho, ludzie chcą spać.
    Davis: No to dobranoc.
    Jego kamraci odmruczeli ''dobranoc'', a John przekręciwszy się na bok, zapadał już w znacznie przyjemniejszy sen...

    Eddy spokojnie sobie drzemał, kiedy do jego gabinetu wpadł zdyszany Ed. Zrobił to tak nagle, że Eddy aż podskoczył na krześle i oblał się kawą. Niezbyt zadowolony z tego faktu Wódz spytał niechętnie:
    Eddy: Pukać cię nie nauczono?
    Ed: Eddy... ech, *****, nie uwierzysz...
    Eddy: Co? Co się stało?
    Ed: *****, zwyciężyliśmy! Wojna się skończyła!
    Eddy: Pieprzysz!
    Ed: Nie, prawdę mówię!
    Euforię, jaka nastąpiła, trudno opisać. Obydwaj skoczyli sobie w objęcia wydając dzikie okrzyki radości. Chwilę później przyszli chyba wszyscy ministrowie, TT oraz leaderzy (oprócz tych, którzy walczyli na wojnie), jednak z jakiegoś powodu nie było Chudego. Szampan lał się strumieniami, a nasi bohaterowie odtańczyli chyba wszystkie możliwe tańce radości, m. in. kaczuchy, makarenę, a nawet pociąg. W międzyczasie telefony z gratulacjami od chyba wszystkich głów państw były tak często, że niemalże linia się urywała. Moment później Rolf zawołał:
    Rolf: Ludzie, zobaczcie co się na ulicach dzieje!
    Na ten komunikat wszyscy wybiegli z budynku wprost na ulicę. Widok bardzo ich zaskoczył. Ludzie śmiali się, cieszyli, niektórzy nawet tańczyli na ulicach. Często zupełnie nieznajomi sobie ludzie padali w objęcia, a niektórzy nawet wychodzili z domów i zapraszali ludzi na spontaniczne imprezy z okazji zwycięstwa. Niektórzy zdradzali już objawy upojenia alkoholowego, co można było poznać m. in. po okrzykach ''Jugosławio, **** ci w ****!'' lub ''Edoland ********y jest!''. Niedługo po przybyciu nasi bohaterowie zostali zauważeni. Ludzie hordą pobiegli w ich kierunku tak szybko, że nie mieli oni czasu na jakąkolwiek reakcję. Tymczasem tłum wziął ich na ręcę i wiwatując poszli z nimi w nieznanym kierunku. Jakiś czas później ukazał się im największy bar w Lublanie, do którego zostali wniesieni. Eddy został posadzony przez tłum na krześle przy stole na którym stała bateria flaszek wódki. Nie pytając o zdanie barman nalał kieliszek wódki, podał mu i rzekł:
    Barman: Wznieś toast za zwycięstwo, Wodzu.
    Eddy wziął od niego kieliszek, rozejrzał się po wszystkich zgromadzonych, których było co niemiara, po czym podniósł kieliszek do góry i powiedział:
    Eddy: Za Edoland i zwycięstwo!
    Powiedziawszy to, wziął go na jeden raz i strasznie skrzywił twarz. Wszyscy poszli w jego ślady. Gdy już trochę ochłonęło go w gardle, Wódz powiedział:
    Eddy: Ale ryj krzywi, co to jest?
    Odpowiedział mu z tłumu damski głos:
    Głos: Nie narzekaj, wiozłam ten szajs aż ze Serbii.
    Eddy: Kagami? To ty? - spytał z niedowierzaniem.
    Tymczasem z tłumu wyłoniła się Kagami wraz ze swoją siostrą Tsukasą, która w rękach trzymała Deskę. Cała trójka była ubrana w edolandzkie mundury, nieco podobne do mundurów Wehrmachtu. Trzeba przyznać, że siostry wyglądały całkiem seksownie, a Deska... cóż, jak to deska. W międzyczasie Kagami zdjęła z ramienia Mosina, po czym usiadła i westchnęła:
    Kagami: No, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Eddy, polej no kielona.
    Eddy: Jak dobrze was znowu widzieć. Opowiadajcie jak było.
    Kagami: Dobrze, ale najpierw muszę nawilżyć gardło, bo na sucho to nie da rady.
    Eddy: Jasne, wasze zdrowie!
    Całe towarzystwo wzniosło kolejny toast, po czym Kagami rozpoczęła swoją opowieść:
    Kagami: Muszę przyznać, że jak na pierwszy raz, to było całkiem nieźle. Choć Skopje to zapamiętamy na długo, co nie Tsukasa?
    Tsukasa: Oj tak, pamiętam jakie burdy się działy, gdy kazałaś zaatakować iperytem...
    W tym momencie Kagami zgodnie ze swoją ideologią zrobiła się czerwona, trzasnęła siostrę w głowę i stwierdziła:
    Kagami: Jej już nie lejcie, zaczyna gadać od rzeczy...
    Tsukasa: Ale ja nic nie piłam...
    Kagami: Nie pyskuj, ****iaro!
    Już chciała chwycić za Mosina, gdy nagle do baru wparowali dziennikarze i reporterzy z ''Bełkotu Codziennego'' oraz TVE (Telewizji Edolandzkiej), którzy zasypali naszych bohaterów gradem pytań:
    Reporter1: Wodzu, Wodzu, parę słów do kamery proszę!
    Reporter2: Pieprz się pan, byłem pierwszy! Wodzu, czy mógłbym przeprowadzić z panem wywiad?
    O mało co nie doszło do awantury, ale na szczęście Eddy, który w takich chwilach czuł się jak potrzebny ojciec, uspokoił sytuację:
    Eddy: Ludzie, proszę bez kłótni. Aby dojść do kompromisu, proponuję orędzie do narodu.
    Wszyscy: Tak Wodzu, prosimy!
    Eddy: Dobrze, mój ludu. Tylko skąd mam je wygłaszać? Mam stanąć na stół?
    Barman: Spokojnie Wodzu, przygotowaliśmy dla ciebie mównicę.
    Eddy: Dziękuję wam.
    Wódz dopiero teraz zauważył mównicę na podwyższeniu, a koło niej wisiały dwie flagi Edolandu. Spokojnym krokiem podszedł do niej, stanął za nią, wziął głęboki wdech i zaczął przemówienie:
    Eddy: Ludu Edolandu! Nadszedł dzień naszej chwały, gdy jesteśmy zwycięzcami. Nasza przestrzeń życiowa została powiększona, a ponadto zyskaliśmy dostęp do morza. Teraz nic już nie powstrzyma nas w drodze do zostania mocarstwem, a inne narody będą bić przed nami pokłony. Chwała zwycięstwu!
    Po tym płomiennym przemówieniu rozległy się gromkie brawa i wiwaty ''chwała zwycięstwu!''. Eddy odczekał chwilę, po czym rzekł:
    Eddy: A teraz zaśpiewamy hymn Edolandu...
    Ed: Psst, Eddy!
    Eddy: Czego?
    Ed: Ale my nie mamy hymnu!
    Nieco skołowany Wódz pomyślał chwilę, po czym spontanicznie zaczął śpiewać:
    Eddy: Hej Słowianie, jeszcze nasza Słowian mowa żyje, póki nasze wierne serce za nasz naród bije!
    Chwilę później Hymn Wszechsłowiański rozbrzmiewał już na całym terytorium Edolandu, gdyż występ Eddy'ego był transmitowany na żywo. Chodzą słuchy, jakoby nawet kilka kilometrów za granicą ludzie słyszeli ten śpiew. Po skończonym występie, Eddy'ego coś tknęło. Zszedł z mównicy, po czym spytał swoich towarzyszy:
    Eddy: A tak właściwie, to gdzie podział się Skarpeta?
    Ed: Nie mówiliśmy ci? Pojechał po coś do Lechistanu, tylko nie wiem po co.
    Eddy: A to cymbał. My tu zwycięstwo świętujemy, a ten jakieś wojaże zagraniczne odpiernicza. Ale cóż, ***** go pies.
    Kagami: Ach, zapomniałam ci powiedzieć: zdobyliśmy od Jugoli niszczyciel i okręt podwodny.
    Eddy: O, to Fąfel będzie wreszcie miał czym pływać. Dobra robota! Swoją drogą, na pojutrze planuję wielką uroczystość, łącznie z paradą, z okazji zwycięstwa.
    Ed: Brzmi ciekawie.
    Eddy: Wiem, ale szczegóły przedyskutujemy na zebraniu. Dobra, zmywamy się stąd.
    Konata: Czekaj Eddy, nie zapomnieliśmy o niczym?
    Eddy: Chyba nie, chociaż poczekaj... - w tym momencie Eddy przypomniał sobie o flaszce od Kagami. Wziął ją pewnym chwytem, otworzył, i wychlał całą butelkę za jednym razem, wprawiając tym wszystkich zgromadzonych w osłupienie. Niezrażony Eddy odłożył butelkę, wytarł usta rękawem, po czym powiedział:
    Eddy: Dobra, teraz możemy iść...
    [​IMG]
    Najnowszy numer ''Bełkotu Codziennego''​

    W czasie gdy miało miejsce to wydarzenie, Chudy Edd przebywał w Lechistanie. Dokładniej gościł u Ignacego Mościckiego, gdyż miał u niego pewną sprawę. Chudy pamiętał, że ten kraj w jego czasoprzestrzeni nazywał się Polską i była ona krajem katolickim, jednak w tej czasoprzestrzeni państwo to zwało się Lechistanem i było ono państwem sunnickim, innymi słowy - Polacy wyznawali islam. I właśnie w sprawie religii Chudy gościł u Ignasia. Akurat rozmawiali o sprawach niekoniecznie związanych z polityką, gdy nagle do gabinetu wszedł mężczyzna z wielkimi wąsami i groźnym spojrzeniem:
    Mężczyzna: Witam was, panowie.
    IM: Witaj, Józefie.
    CE: Pan Józef Piłsudski? Miło mi pana poznać.
    JP: Ty to pewnie Chudy Edd? Daj grabę!
    Chudy i Józek uścisnęli sobie dłoń. Skarpeta miał wrażenie, jakby wsadzał dłoń w wielki bochen chleba. Tymczasem Józef wziął sobie krzesło, usiadł na nim, po czym spytał:
    JP: No więc, Chudy Edzie, co cię sprowadza do Lechistanu?
    IM: Pan Edd chce się nawrócić na islam.
    JP: O, naprawdę? No to ***** widzę, że sami swoi w tym Edolandzie.
    CE: Mam nadzieję, że to nie będzie problem z tym nawróceniem?
    JP: Ależ skąd. Jest tylko jeden warunek: musisz się umyć.
    CE: Ale gdzie?
    IM: Spokojnie, możesz skorzystać z mojej łazienki. Wiesz chyba, jak to zrobić, prawda?
    CE: Wiem, dużo uczyłem się o tej religii.
    JP: No to sprawa załatwiona. Spokojnie się umyj, my tu poczekamy.
    Uspokojony Chudy poszedł się rytualnie umyć. Zajęło mu to ok. 5 minut, po czym wrócił do lechistańskich kolegów. Józef wstał, podszedł do Chudego i powiedział:
    JP: Dobrze, teraz podnieś dwa palce do góry i powtarzaj za mną: ''Aszhadu an la ilaha illallah...''
    CE: ''Aszhadu an la ilaha illallah...''
    JP: ''...ła aszhadu anna Muhammadan Rasulullah''
    CE: ''...ła aszhadu anna Muhammadan Rasulullah''
    JP: Gratuluję, jesteś już prawdziwym muzułmaninem.
    IM: Tak się wzruszyłem, że aż mi się łezka w oku zakręciła. Jak ja uwielbiam, jak ktoś przyjmuje naszą wiarę.
    CE: Muszę przyznać, że jestem dumny z faktu bycia muzułmaninem.
    JP: I to się nazywa podejście! Napijesz się może herbaty? Prosto z Turcji.
    CE: A dziękuję, nie pogardzę.
    Chwilę później już siedzieli popijając herbatę zrobioną przez Ignacego. Jakiś czas siedzieli w zadumie, gdy nagle Ignacy zapytał:
    IM: Wybacz wścibstwo, ale co teraz zamierzasz robić po zmianie wiary, Chudy Edzie?
    CE: Cóż, wkurza mnie Eddy i jego faszyści, tak samo jak Ed i jego komuniści. Prawdę mówiąc, zamierzam zrobić zamach stanu i przemianować Edoland na Edostan.
    JP: Edostan, mówisz?
    CE: Tak, nawet flagę zaprojektowałem.
    JP: No to pokaż.
    CE: Czekajcie... o, mam. Proszę, pooglądajcie sobie.
    IM: Hm, wygląda ciekawie... Widzę, że zawarłeś wszystkie kolory z obecnej flagi...
    JP: I obowiązkowo półksiężyc... No nic, mam nadzieję, że twoje plany się powiodą, a jakby co, mogę ci użyczyć paru dowódców, co by doświadczenia nabrali. Przyda się, jak Hitler albo Stalin do drzwi zapukają.
    CE: Obyś miał rację...
    [​IMG]
    Flaga Edostanu​

    Tradycyjnie odcinek kończymy spotkaniem komunistów. Tym razem wśród nich panował wesoły nastrój spowodowany powrotem sióstr. Przywiozły one dla kolegów różne prezenty, każdy miał od teraz Mosina, każdy w różnej wersji. Ed dostał ponadto sos i kurczaki. Tymczasem Kagami i Tsukasa opowiadały swoje wojenne perypetie:
    Kagami: ...i wtedy wsadziłam mu bagnet w **** i pociągnęłam za spust!
    Wszyscy: Hahahaha!!!
    Tsukasa: Albo pamiętasz tego Kanię? ''Dowódco, nie widzisz że sram?''
    Kagami: Pamiętam. Zaraz, byłaś tam wtedy?
    Tsukasa: No pewnie, myślisz że kto wyczaił monopolowy?
    Kagami: Rzeczywiście, masz rację.
    Rolf: No trzeba przyznać, że przygody miałyście nieliche, towarzyszki.
    Jonny: Macie rację, towarzyszu. A jak tam szerzenie komunizmu?
    Kagami: Nieźle, zawarłam już tam kilka znajomości, które mogą się przydać. Swoją drogą, Tsukasa zaprojektowała w wolnych chwilach flagę ZSRE.
    Tsukasa: No pewnie, według mnie jest całkiem niezła. A co wy o niej sądzicie?
    Mówiąc to, Tsukasa sięgnęła do swojego plecaka i chwilę w nim pogrzebawszy, wyciągnęła całkiem dużą flagę.
    Rolf: Rolf uważa, że całkiem krasna ta flaga, towarzyszu. Józek byłby z was dumny.
    Jonny: I co najważniejsze, jest sierp i młot. Z taką flagą podbijemy cały świat!
    Kagami: Ed, a co ty sądzisz o fladze?
    Ed nie odpowiedział, zajęty jedzeniem sosu i zabawą z kurczakami. Chwilę później wstał, wziął do jednej dłoni Mosina, do drugiej sos, po czym odwrócił się do towarzyszy i przemówił:
    Ed: Po trupie białego Edolandu prowadzi droga do pożaru, którego płomienie ogarną świat. Pracującej ludzkości zaniesiemy na bagnetach sos i kurczaki.
    Wszyscy byli oniemiali po tym co powiedział. Jonny otarł łzę, która spływała mu po policzku, i rzekł:
    Jonny: Ja nie mogę, ale on pięknie *********.
    Rolf: Dobrego dowódcę poznaje się po dobrych przemówieniach. Wodzu, prowadź!
    Ed został nagrodzony burzą oklasków. Sam zainteresowany nie powiedział nic więcej, tylko patrzył na nich oczami. Oczami, w których czaiło się zło i chęć obalenia starego porządku.

    [​IMG]
    ''Pracującej ludzkości zaniesiemy na bagnetach sos i kurczaki.''


    [​IMG]
    Flaga ZSRE


    KONIEC​
     
  14. Before-Ed

    1 sierpnia w całym Edolandzie trwały przygotowania do jutrzejszych uroczystości. Także w siedzibie Wodza roboty było co nie miara, ten jednak był bardzo spokojny. Wszelkie formalności do załatwienia powierzył Konacie, mimo iż wiedział, że bywa ona czasami niefrasobliwa. Tym razem jednak Wódz miał spokojne sumienie. Z braku laku chodził sobie i doglądał swoich pracujących podopiecznych. Najpierw napatoczył się na Jimmy’ego przymierzającego swój nowy strój admirała. Uznał, że wypadałoby go podnieść na duchu przed jutrzejszym zaprzysiężeniem na admirała, więc stanął koło niego i przyjacielsko zarzucił mu rękę na ramię:
    Eddy: I co, Fąfel? Zadowolony, że w końcu masz gdzie pływać?
    Jimmy: Tak, nareszcie nie jestem skazany na wannę i oczko wodne.
    Eddy: Pamiętaj, że teraz jesteś odpowiedzialny za całą naszą flotę, od ciebie zależy, czy pójdzie na dno czy nie.
    Jimmy: Nie martw się, już ja się nią zaopiekuję.
    Eddy: No, ja myślę. Dobra, nie przeszkadzam ci już dłużej.
    [​IMG]
    Admirał Jimmy​

    Wziął rękę z jego ramienia, po czym odwrócił się i poszedł do swojego gabinetu. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, chwycił w dłonie najnowszy numer „Bełkotu Codziennego” i zaczął czytać o kolejnym romansie Duce. Jego spokój został zmącony pięć minut później przez Sarę. Nieco podirytowany Wódz spytał niechętnie:
    Eddy: Co tym razem?
    Sara: Mam tu kogoś, kto chciałby się z tobą widzieć.
    Eddy: Kogo?
    Sara: Sam zobacz.
    Dała znak ręką do tego kogoś, aby wszedł. Chwilę później Eddy’emu ukazał się nikt inny jak… Olek. Twarz Wodza wyrażała niezmierne zdziwienie, a twarz Olka spokój. Sara widząc to stwierdziła, że zostawia ich samych. Po chwili gapienia się, Eddy odezwał się:
    Eddy: Soł Alex, łi mit agien.
    Olek: Jes maj frend, last tajm aj so ju e fu monts egoł.
    Eddy: Soł its tajm tu… tfu!, właściwie to czemu gadamy po angielsku?
    Olek: Nie mam pojęcia.
    Eddy: Co u ciebie, stary druhu? Siadaj, co tak będziesz stał, napijesz się czegoś?
    Olek: Nie, dzięki.
    Eddy: Więc jaki jest powód twojej wizyty?
    Olek: Przede wszystkim gratuluję zwycięstwa w niezłym stylu. Ale żarty się skończyły, więc czy mógłbyś oddać mi moje wszystkie ziemie?
    Eddy: Chyba żartujesz.
    Olek: No dobra, ujmę to inaczej: oddawaj moje królestwo, bo inaczej sobie pogadamy!
    Eddy gdy to usłyszał miał najpierw ochotę go wyśmiać i strzelić mu w głowę, ale zamiast tego po prostu uśmiechnął się i powiedział do Olka:
    Eddy: Hm, wiesz co, może porozmawiamy o tym przy portrecie Adolfa?
    Nie podejrzewający niczego Olek zgodził się. Obaj stanęli po przeciwnych stronach portretu Adolfa z łasiczką. Wódz zaczął mówić:
    Eddy: No cóż Aleksandrze, za twoją rażącą bezczelność i obrazę majestatu muszę skazać cię na śmierć. Wybieraj, mogę cię zwyczajnie zastrzelić, ale z racji tego, że jesteś (byłym) królem…
    Olek: Gadaj zdrów!
    W tym momencie Eddy nic nie powiedział, tylko nacisnął przycisk koło portretu. Przestrzeń między nimi zaczęła się otwierać ukazując dziurę w kształcie kwadratu. Zaintrygowany Olek zajrzał tam, ale tego co tam zobaczył, nie widział nawet w najgorszych snach. Zobaczył bowiem humanoidalne istoty, które łaziły w dziurze, tak jakby czegoś szukały. Wtedy jedna z nich spojrzała w górę prosto na niego. Olek krzyknął, bowiem zobaczył, że te istoty były kiedyś ludźmi, ale najwyraźniej zaszła jakaś mutacja, która dała im m.in. ogromne kły i paskudny wygląd. Wtedy niespodziewanie Eddy odezwał się z tyłu:
    Eddy: …ewentualnie mogę cię rzucić na pożarcie Chorwatom.
    Olek gdy to usłyszał odwrócił się szybko i ze strachem w oczach spytał:
    Olek: CHORWATOM?!
    Eddy: Tak, patrz co żądza zemsty z nimi zrobiła. Chcą zemścić się na tobie za to, jak ich traktowałeś i faworyzowałeś Serbów…
    Olek: THIS IS MADNESS!
    Eddy: Madness…
    Powtórzył powoli Wódz, po czym wykrzyknął:
    Eddy: THIS IS AXIS!
    I kopnął Olka w mostek, tak mocno, że ten stracił równowagę i wpadł do dziury. Eddy chwilę później usłyszał odgłosy uczty odbywającej się na dole i nieludzkie wrzaski Olka. Gdy to się skończyło, Eddy nachylił się nad dziurą i powiedział do swoich „pupili”:
    Eddy: Dobrzy Chorwaci, bardzo dobrzy, pańcio jest z was taki dumny!
    [​IMG]
    Rest In Pieces, Alex​

    Gdy skończył, nacisnął guzik, poczekał aż właz się zamknie, po czym dumny z siebie usadowił się w fotelu. Chwilę później jego spokój (znowu) został zmącony przez Konatę, która przyszła mu przedstawić plan jutrzejszej uroczystości:
    Konata: Słuchaj Eddy, tutaj mam plan imprezy, musisz go tylko zatwierdzić.
    Eddy: Dobra, mów.
    Konata: Wszystko zacznie się od parady w Rijece, gdzie zostaną przewiezieni nasi goście. Parada pójdzie w kierunku portu, gdzie odbędzie się zaprzysiężenie Jimmy’ego na admirała i chrzest okrętów. Potem udzielisz przemówienia, a gdy skończysz, wszyscy zostaną przewiezieni tutaj, gdzie odbędzie się bankiet. Pasuje?
    Eddy: Tak.
    Konata: To świetnie…
    Nie dokończyła, gdyż w tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Zdawało się, że Eddy’ego szlag trafi, a tymczasem Konata spokojnie wstała i otworzyła drzwi, za którymi stali… Adolf i Benito. Wodzowi omal gały nie wyszły z orbit, a gdy już się ocknął, spytał niemrawo:
    Eddy: Adi, Ben, co wy tu robicie?
    AH: Jak to co, przecież nas zaprosiłeś?
    Eddy: Ale na dzisiaj?
    BM: Tak, tak powiedziała Konata.
    Eddy: Kona, masz mi coś do powiedzenia?
    Konata: Cóż, uznałam, że najlepiej zaprosić wszystkich na dzisiaj, żeby nie było jutro żadnych problemów.
    Eddy: Ale gdzie oni wszyscy będą nocować?
    Konata: Tutaj.
    Eddy: Zdajesz sobie sprawę, że nie mamy tyle łóżek?
    Konata: Spokojnie, pożyczyłam od znajomego polówki.
    Eddy: Będą spać na polówkach?!
    AH: Mi to nie przeszkadza, korona mi z głowy nie spadnie.
    BM: Mi też nie.
    Eddy: Uff, no to fajnie. Wybaczcie takie przywitanie, ale po prostu nie miałem pojęcia, że zaprosiła wszystkich na dziś. Poza tym, nie uwierzycie kogo gościłem przed chwilą.
    AH: Kogo?
    Eddy: Olka.
    BM: Olka? Czyli jednak wylazł z tej nory w Albanii?
    Eddy: Albanii?
    BM: Ano, jak wybuchła wojna, ten tchórz w tempie ekspresowym opuścił Jugosławię i zbiegł do kryjówki w okolicach Vlore. Wiem o tym, bo mam tam swoich ludzi.
    AH: A tak właściwie to co chciał?
    Eddy: Zwrotu ziem.
    BM: A ty co na to?
    Eddy: Rzuciłem go Chorwatom na pożarcie.
    AH: Nieźle, całkiem ciekawie go załatwiłeś.
    Eddy: Wiem. Swoją drogą, co tak stoicie jak dwa kołki? Siadajcie, zaraz wam coś przyniosę. Co chcecie?
    AH: Ja piwko poproszę.
    BM: A ja winko.
    Eddy: Dobra, zaczekajcie chwilę.
    Wódz poszedł do barku po napoje, jednak kiedy je przyniósł, coś zwróciło jego uwagę.
    Eddy: A co tu tak cuchnie fajami?
    AH: Hm, to chyba Ed kurzy z Józkiem.
    Eddy: Którym? Kebabem czy komuchem?
    AH: Komuchem.
    Eddy: Rozumiem. Tak przy okazji pokaże wam, co sprezentowałem na jutro.
    BM: Co takiego?
    Eddy: Chodźcie za mną.
    Wódz wstał, a za nim poszli Fuhrer i Duce. Eddy zaprowadził ich do sali obrad, przerobionej tymczasowo na jutrzejszy dzień. Eddy poszedł w kierunku stołu, na którym było pełno jakichś elektronicznych ustrojstw. Zaciekawiony Adolf spytał:
    AH: Eddy, co to jest?
    Eddy: Stół DJ-a.
    BM: Do czego on służy?
    Eddy: Do miksowania piosenek.
    AH: A jak to się robi?
    Eddy: Pokażę wam.
    Po czym Wódz stanął przy stole i zaczął miksować. Szło mu to całkiem nieźle, bo jego kumple po fachu byli pod wrażeniem. Gdy skończył, Adolf spytał go:
    AH: Eddy, mogę sobie też pomiksować?
    Eddy: No pewnie, nauczę cię.
    BM: To mnie potem, okej.
    Eddy: Spoko luzik, ciebie też nauczę.
    Po krótkim zapoznaniu się, Adolf zaczął robić swoje. Wychodziło mu to tak dobrze, że nieopatrznie Eddy i Benito sami zaczęli tańczyć, a muzyka niosła się po całej Lublanie.
    [​IMG]
    DJ Adolf
    [video=youtube;gkwpXipZUoE]http://www.youtube.com/watch?v=gkwpXipZUoE&feature=grec_index[/video]
    Remix Adolfa​

    W tym samym czasie na dole siedzieli sobie na kanapie Ed i Józek, popalając sobie papierosy i rozmawiając o wszystkim i o niczym. Chudy grał w kuku z Piłsudskim, Edenem i Rooseveltem, a inni goście byli zajęci rozmowami z naszymi bohaterami. Wszyscy byli spokojni i rozluźnieni, kiedy nagle jak coś nie **********! Stalinowi aż papieros wypadł z ust, a Rooseveltowi wszystkie karty z rękawa wypadły. Chudy podniósł się z podłogi, po czym spytał:
    CE: *****, co to było?
    Ed: Pewnie Eddy pokazuje im stół DJ-a.
    JP: Co to jest stół DJ-a?
    Hirohito: Nie wiem, ale ma niezłe p************.
    TR: Pokażcie nam to.
    Konata: No dobra, chodźcie za mną.
    Wszyscy posłusznie udali się za niebieskowłosą, która zaprowadziła ich tam, gdzie przedtem zaprowadził swych gości Eddy. Gdy otworzyli drzwi, ukazał im się niezwykły widok: Adolf jako DJ miksował piosenki za dziwnym stołem, a Eddy i Benito urządzili sobie dance-battle. Chudy zaczął krzyczeć:
    CE: Przyciszcie to trochę, słychać was w całym Edolandzie!
    Eddy: Co przyciszyć, gdzie przyciszyć, impreza jest w toku!
    BM: No włacha, wskakujcie na parkiet!
    [​IMG]
    Wspólne jaranie​

    Chudy próbował jeszcze protestować, ale nie miał nic do gadania, gdy wszyscy władowali się na parkiet. Trzeba przyznać Adolfowi, że ma talent do prowadzenia imprez. Wszyscy bawili się wyśmienicie, jednak Eddy uznał, że należy wszystkich ostrzec:
    Eddy: Tylko bez przegięć, musicie mieć siłę na jutrzejsze!
    JS: A teraz to co jest!?
    Eddy: Tzw. before-party!
    AE: Acha, czyli taka przedimpreza!?
    Eddy: Dokładnie tak! A pojutrze organizujemy pożegnalne afterparty!
    Wszyscy: OKEJ!
    Eddy: A tymczasem o dziesiątej lulu-spać!
    Wszyscy: ZROZUMIANO!
    Impreza trwała do dziewiątej, potem wszyscy zjedli kolację, następnie każdy skorzystał z łazienki i poszedł spać. Jutro czeka ich dzień pełen wrażeń…

    KONIEC​
     
  15. Edzwykły dzień
    Muzyka dla klimatu

    W Edolandzie wstawał kolejny piękny dzień. Tymczasem nasz Wódz, jak gdyby nigdy nic, obudził się o dziesiątej. Zamrugał dwa razy oczami, podrapał się po jajach, po czym rozejrzał się po gabinecie. Dopiero po chwili zauważył, że w pokoju znajduje się tylko on, a wszystkie łóżka polowe oprócz jego stoją puste. Przez myśl przeszło mu, że wszyscy już wyszli zostawiając go samego. Czym prędzej zerwał się z łóżka i wybiegł z pokoju rozejrzeć się po siedzibie. Sprawdził niemalże wszystkie pokoje, a na końcu pobiegł do jadalni. Dopiero gdy zobaczył, że wszyscy jedzą śniadanie i piją ciepłe napoje, uspokoił się. Jak boss otworzył drzwi, wszedł i powiedział:
    Eddy: Witam was wszystkich!
    Jednak nie usłyszał od nikogo odpowiedzi. Zamiast tego wszyscy z niezmiernym zdziwieniem patrzyli na Eddy’ego, a dokładniej na jego dolną część ciała. Adolf nawet wypluł herbatę, którą właśnie pił, na biednego Benito, który spojrzał na niego z pogardą. Nagle Eddy zrozumiał: był nagi. Zrobił się czerwony jak komunista, uśmiechnął się przepraszająco i powiedział:
    Eddy: Yyy… to ja wracam za momencik…
    To mówiąc, wybiegł z jadalni. Tymczasem Adolf pociągnął kolejny łyk herbaty, po czym stwierdził:
    AH: I tak właśnie powinien wyglądać prawdziwy aryjski penis.
    BM: Wiesz co Adolf, zachowałbyś niektóre uwagi dla siebie.
    Ed: Pff, ja i tak mam większego.
    JS: Ale pamiętajcie towarzyszu, nie rozmiar, a technika, czyni z was zawodnika.
    CE: To brzmi jak dla mnie tylko na usprawiedliwienie małego…
    Konata: Przestańcie w końcu gadać o penisach! – krzyknęła Konata, na co mężczyźni zamilkli i zajęli się pałaszowaniem śniadania. Chwilę później wrócił Eddy, na szczęście ubrany. Ponownie się przywitał, a potem usiadł na swoim miejscu i powiedział:
    Eddy: No dobra, teraz czas na moje śniadanie mistrzów!
    JP: O właśnie, jestem ciekaw, jak u was wygląda śniadanie mistrzów.
    Eddy: Proszę bardzo, jajecznica z czterech jajek z pewnością zadowoli każdego mistrza.
    FR: U nas w Ameryce breakfast of champions wygląda tak! – powiedział Franklin i pokazał miskę mleka z płatkami. Stalin uśmiechnął się lekko i odpowiedział:
    JS: W Sowieckim Sojuzu wygląda podobnie… lecz z małą różnicą. – to mówiąc stanął za Franklinem, wyciągnął z kieszeni ćwiartkę i wlał mu całą zawartość do miski. Franklin spojrzał na Józka nieco przerażony, ale ten powiedział tylko: „Spróbuj”. Z lekkim wahaniem nabrał „roztworu” na łyżkę, po czym wsadził ją do ust. Żałuję czytelniku, że nie mogłeś widzieć wówczas jego twarzy. Gdy już odzyskał zdolność mówienia, stwierdził tylko:
    FR: Tak, to z pewnością jest śniadanie mistrzów.
    JS: To jeszcze nic, prawdziwi hardkorzy dolewają 0,7 l.
    Eddy: Nie chcę was poganiać, ale chyba pora się zbierać.
    AH: Masz rację, swoją drogą, jak dostaniemy się do Rijeki?
    Eddy: Pociągiem, więc musimy iść na dworzec.
    BM: Dobra, ja już jestem gotowy, możemy iść.
    Okazało się, że inni również są gotowi do wyjścia, więc powoli udali się w kierunku wyjścia. Jako pierwszy wychodził Roosevelt. Gdy był przed drzwiami, odwrócił się i powiedział:
    FR: Wiesz co Józek, słabe to miałeś.
    Powiedziawszy to, ponownie się odwrócił z zamiarem przejścia przez drzwi, jednak przekraczając próg, ścięło go z nóg i upadł na schody, natychmiast zasypiając. Reszta towarzystwa oniemiała na ten widok, jednak Chudy, albo raczej Kebab podszedł do niego, kucnął i powiedział głośno:
    CE: Hamburgery rozdają!
    Jednak Franklin wcale nie zareagował. Stalin postanowił wspomóc Chudego:
    JS: Wódkę leją!
    Ale to też nie pomogło. Tymczasem Eddy nie owijając w bawełnę wrzasnął:
    Eddy: Dziwki przyjechały!
    Dopiero wtedy z uśmiechem na twarzy Franklin wstał z podłogi, jednak jego radość musiła ustąpić rozczarowaniu.
    FR: Musieliście robić człowiekowi nadzieję?
    Eddy: Trzeba cię było jakoś obudzić. Swoją drogą, czemu wstałeś dopiero po trzecim okrzyku?
    FR: Wiesz, miałem ochotę wstać już przy hamburgerach, ale uznałem, że poczekam na lepszą ofertę. Wódki nie lubię, ale jak usłyszałem o dzi…hmm… kobietach lekkich obyczajów, to od razu wstałem.
    Ed: Dobra, my tu gadu-gadu, a czas ucieka!
    Eddy: Tak, koniec pieprzenia, komu w drogę temu na dworzec.

    Po piętnastu minutach spaceru nasi bohaterowie dotarli na dworzec Lublana Główny. Nie czekali długo, ponieważ pięć minut później przyjechał prywatny pociąg Wodza. Wszyscy weszli do środka i zajęli miejsca. Podróż minęła spokojnie i bez żadnych komplikacji, dzięki czemu dojechali do Rijeki cali i zdrowi. Po dotarciu na miejsce, gdy wszyscy już wysiedli, rozdzielili się. Eddy, Chudy, Ed i Konata poszli w kierunku garażu, gdzie czekał na nich opel, którym mieli jechać podczas parady (opel był prezentem od Adolfa), a reszta zająć miejsca na trybunie w pobliżu portu. Gdy nasza czwórka dotarła do garażu, Wódz zaczął komenderować:
    Eddy: Dobra, Chudy będzie prowadził, Ed będzie moim bodyguardem, a ty Konata masz stać i ładnie wyglądać.
    Ed: Choroszo! – wykrzyknął przeładowując Mosina.
    CE: W imię Allacha!
    Konata: Hai!
    Eddy: No to się rozumiemy. Kiedy się to zaczyna?
    CE: Za pięć minut Kagami wyrusza defilować ze swoją brygadą (3000 ludzi), a za kolejne pięć wyruszamy my, a za nami pójdzie Tsukasa ze swoją.
    Eddy: Okej, no to mamy jeszcze trochę czasu, więc co robimy?
    Ed: Ja bym się chwilę zdrzemnął, te podróże pociągiem są męczące.
    Eddy: Hmm, no dobra, ale tylko chwilkę, ja też się zdrzemnę.
    Po czym wszyscy zasiedli na swoich miejscach i zamknęli oczy na pięć minut. Oczywiście zdawało im się, że pięć minut, ponieważ tak naprawdę minęło… dziesięć. Że coś jest nie tak, pierwszy zorientował się Ed. Nieco zaniepokojony spojrzał na zegarek. To, co na nim zobaczył, przeraziło go. Natychmiast oprzytomniał i zaczął potrząsać Chudym:
    Ed: Wstawaj, zaspaliśmy!
    CE: Co *****?
    Eddy: Nie pieprz, tylko ruszaj!
    Chudy czym prędzej przekręcił kluczyk w stacyjce modląc się w duchu, by odpalił. Na szczęście udało się, gdyż opel odezwał się głosem swojego silnika.
    CE: Allachu, miej nas w swojej opiece… - powiedział, po czym wcisnął gaz do dechy.
    [​IMG]
    Nowy image Chudego​

    Gdy miało miejsce to wydarzenie, Kagami już defilowała wraz ze swoją brygadą, zastanawiając się, co się dzieje z czwórką naszych bohaterów: „Gdzie oni do cholery są? Powinni jechać za nami już od jakiegoś czasu, a tymczasem ich nigdzie nie widzę! Chyba, że już oślepłam od tego proletariackiego piwa…”.

    Tymczasem fantastyczna czwórka już lawirowała uliczkami Rijeki na pełnym gazie, by zdążyć na paradę. Z racji tego że, jak to na Bałkanach, uliczki były ciasne, Chudy był zmuszony do wchodzenia driftami w zakręty. Z zewnątrz wyglądało to bardzo efektownie, jednak powodowało to dyskomfort dla pasażerów. Po ostrym skręcie w prawo, Chudemu udało wyjechać na główną ulicę, na której odbywała się parada, jednak wcale nie zaczął zwalniać. Eddy uznał za stosowne poinformować go o takiej możliwości:
    Eddy: Spokojnie Chudy, możesz już zwolnić.
    CE: Eddy, jest mały problem…
    Eddy: Niby jaki?
    CE: Hamulce nie działają…
    Eddy: W ***** sobie lecisz?
    CE: Nie, i w dodatku pedał gazu się zaciął.
    Eddy: No to mamy ********ne…
    Konata: No to popatrz do przodu…
    Wódz spojrzał tam, gdzie mu powiedziała. Zobaczył przed nimi maszerujących żołnierzy, do których zbliżali się w niebezpiecznie szybkim tempie. Czym prędzej wziął do ręki megafon i desperacko zawołał:
    Eddy: LUDZIE, UCIEKAĆ, HAMULCE WYSIADŁY!!!

    Wtedy wszyscy żołnierze, wraz z Kagami, odwrócili się jak jeden mąż. Ukazał się im widok samochodu pędzącego wprost na nich. Kagami, która miała ze zdziwienia oczy wielkie jak spodki, bezzwłocznie wydała rozkaz:
    Kagami: *********Ć!
    Przerażeni wojacy odskoczyli na boki, powodując zamieszanie wśród tłumu. Wśród tych żołnierzy był nasz znajomy weteran wojny w Jugosławii, John Miller, który upadł na ziemię przygnieciony Davisem. Poleżał na niej chwilę, a gdy już przejechali, zaczął się z niej podnosić:
    Miller: Davis, może byś już zlazł, co?
    Davis: Już, już.
    Miller: A myślałem, że to będzie zwykła defilada. – stwierdził, otrzepując się z kurzu.
    Davis: Chłopie, to jest Edoland, tu nic nie jest zwyczajne…
    Gdy już nieco żołdacy się otrząsnęli, Kagami wydała kolejną komendę:
    Kagami: Dobra, a teraz lewa, lewa, lewa…!

    Z pewnością można powiedzieć o prędkości opla jedno: zasuwał jak głupi. Tymczasem Chudy zauważył przed nimi zakręt w lewo, a zaraz po nim w prawo, co oznaczało konieczność driftowania. Po raz kolejny zaczął po cichu się modlić, po czym ostro skręcił kierownicą, przez co inni pasażerowie omal nie wypadli z pojazdu. Na kolejnym zakręcie Eddy i Konata mieli farta. Ed już niestety nie. Siła odśrodkowa była tak duża, że Ed wypadł z opla i upadł na asfalt z całej siły, a sekundę później oberwał Mosinem w krocze. Jego wrzask było słychać w całej Rijece. Jednak jego koledzy nie mogli się zatrzymać i mu pomóc z powodu wiadomego. Tymczasem po wyjechaniu na prostą na horyzoncie zaczęły wyłaniać się kształty portu, które wraz ze zbliżaniem się zaczęły przybierać na ostrości. Chudy powiedział tylko:
    CE: Oby to nie był nasz koniec…

    Na początku nasi koledzy siedzący na trybunie nie widzieli pędzącego samochodu. Adolf zaczął się zastanawiać:
    AH: Hm, ciekawe kiedy nadjadą?
    FR: Nie wiem, według mnie powinni lada moment.
    BM: Chyba ich widzę!
    W tym momencie wszyscy siedzący powstali ze swoich miejsc, by lepiej ich widzieć. Jako pierwszy zaczął coś podejrzewać milczący do tej pory Miklós Horthy:
    MH: A właściwie to dlaczego oni tak *********ją?
    JP: Rzeczywiście, coś mi tu śmierdzi.
    JS: A kiedy się ostatni raz myłeś?
    JP: ****o cię to obchodzi, komuchu.
    AE: Ludzie, przecież oni się zaraz rozwalą!
    Cała trybuna wstrzymała oddech.

    To samo właśnie pomyślał sobie Chudy. Gorączkowo zaczął myśleć, jak by tu załagodzić sytuację. W końcu znalazł rozwiązanie:
    CE: Widzicie tamtą rampę przed nami?
    Naziści: No…
    CE: Wjadę na nią i wylądujemy w morzu. To najlepsze rozwiązanie.
    Eddy: Obyś miał rację.
    Byli już naprzeciwko rampy, kiedy zdarzyło się coś, czego nie przewidywali nawet w najczarniejszych scenariuszach: naprzeciwko nich stanął Jimmy zaniepokojony odgłosami. Jednak na jakąkolwiek reakcję było już za późno. Uderzyli w Jimmy’ego, który wylądował na masce samochodu, a ułamek sekundy później byli już w powietrzu.
    JP: O *****!
    AH: Ale urwał!
    JS: Ale to było dobre!
    Reakcje ludzi, którzy to widzieli, były najczęściej takie same: szok i niezmierne zdziwienie. Po kilku sekundach lotu opel wpadł z pełnym impetem do morza. Wszyscy świadkowie tego zdarzenia w tempie ekspresowym znaleźli się na nabrzeżu celem obserwacji, czy nasza pechowa czwórka przeżyła. Pierwszy zaczął panikować Benito:
    BM: Aaa, oni się utopią, zróbcie coś!
    FR: Spoko ziomuś, znam szkołę rodeo.
    JP: Franuś, dziecko, na co nam ta twoja szkoła rodeo w tej chwili?
    FR: A na to, że nauczyłem się tam posługiwać lassem. – powiedział zakładając kowbojski kapelusz na głowę i wyciągając lasso. Następnie krzyknął do załogi niszczyciela, aby rzucili mu koło ratunkowe. Bez szemrania jeden z marynarzy rzucił mu koło, a chwyciwszy je, Amerykanin przywiązał je do lassa, a potem rzucił w kierunku topiącej się załogi opla. Ci chwycili za koło, a prezydent USA zaczął przyciągać ich do brzegu. Po krótkiej chwili byli już na lądzie, ale wyglądali okropnie: Chudy miał rozcięte czoło i złamany nos, ponieważ uderzył twarzą w kierownicę. Eddy miał wielkiego guza na głowie, Konata nie wiedziała co się dookoła niej dzieje, a Jimmy nie mógł złapać tchu i trzymał się za krwawiący brzuch. Stali tak przez jakąś chwilę, po czym Eddy podniósł wzrok na Adolfa i powiedział:
    Eddy: Adolf, za*******ę cię.
    AH: Mnie?! Dlaczego?!
    Eddy: Bo dałeś nam lipnego opla.
    AH: Lipnego? Był prosto z fabryki, w idealnym stanie. A tak właściwie, to co się stało?
    Eddy: Hamulce nie działały i gaz się zaciął.
    AH: Dziwne… Swoją drogą, potrzebujecie jakiejś opieki medycznej.
    Eddy: Za chwilę, najpierw muszę mianować Fąfla admirałem. Jimmy, kucnij.
    Jimmy: Nie mogę…
    Eddy: No dobra, to stój w takim razie. Niniejszym mianuję cię admirałem Floty Edolandzkiej, płyń po morzach i oceanach, sław swoją ojczyznę. Dobrze, to by było na tyle. – powiedział Eddy. Następnie odwrócił się, popatrzył chwilę w kierunku morza i… stracił przytomność.
    [​IMG]
    Flota Jimmy’ego​

    Ocknął się dopiero w pociągu, gdy dojeżdżali do Lublany. Najpierw nie wiedział gdzie się znajduje, ale po rozejrzeniu się po otoczeniu już wiedział. Naprzeciw niego siedział Chudy Edd, który wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w okno. Na jego brodzie można było jeszcze dojrzeć ślady krwi, które świadczyły o niedawnym wypadku. Nagle Eddy spytał:
    Eddy: G-gdzie my jesteśmy?
    CE: W pociągu, jesteśmy już niedaleko Lublany.
    Eddy: Jak ja się tu znalazłem?
    CE: Straciłeś przytomność. Musieliśmy cię tu przynieść.
    Eddy: To pewnie przez ten wypadek…
    CE: Nie wypadek.
    Eddy: Jak to nie?
    CE: Podejrzewam, że to był zamach. Pomyśl, żeby jednocześnie zepsuły się hamulce i gaz? To z pewnością nie jest zbieg okoliczności…
    Dalszą konwersację przerwało pojawienie się Konaty i Miyuki, które były zatroskane o swoich facetów (Eddy był nieoficjalnym chłopakiem Konaty, coś jak w przypadku Kevina i Nazz). Usiadły koło nich i przytuliły się do swoich chłopów, zachowując milczenie. Konata spojrzała na Eddy’ego swoimi wielkimi, zielonymi oczyma. Eddy odwzajemnił spojrzenie, po czym przeniósł wzrok na Chudego i powiedział powoli:
    Eddy: Winni się znajdą.
    [​IMG]
    Parada miała wyglądać tak…

    [​IMG]
    … a de facto wyglądała tak​

    Podróż powrotna na szczęście odbyła się już bez żadnych przypałów. Po dotarciu na dworzec Lublana Główny wszyscy wysiedli z pociągu i udali się do siedziby Wodza. Eddy poprosił wszystkich o nie roztrząsanie tematu parady, po czym wszyscy poszli do sali obrad na przygotowany wcześniej bankiet. Gdy wszyscy zajęli już swoje miejsca, Eddy wstał i wygłosił mowę:
    Eddy: Witam was, moi drodzy, na imprezie z okazji zwycięstwa w wojnie z Jugosławią. Pomijając już zbędne ********nie i temat tej nieszczęsnej parady, chciałbym życzyć dobrej zabawy, zabawy i jeszcze raz zabawy. Wznieśmy jeszcze toast za zwycięstwo! Hm, widział gdzieś ktoś korkociąg? Nie? W takim razie chyba został w moim gabinecie, zaraz wracam.
    To mówiąc, Eddy opuścił salę obrad i poszedł do gabinetu. Jednak widok, jaki mu się ukazał po otwarciu drzwi, niemal ściął go z nóg. Zobaczył… Chorwatów. Tych samych, którzy zjedli Olka, ale jednak zupełnie innych. Nie wyglądali jak te bestie, w które zmieniła ich żądza zemsty na pechowym królu. Wyglądali i zachowywali się jak prawdziwi dżentelmeni. Jeden z nich, który wyglądał na ich szefa, czytał „Bełkot Codzienny” za biurkiem Wodza, drugi odkurzał podłogę, a trzeci z nich parzył herbatę. Eddy patrzył na to nieco przymulony, ale szybko się opamiętał i krzyknął:
    Eddy: Co to do ***** pana ma znaczyć?
    Szef Chorwatów podniósł wzrok znad gazety:
    SzCh: O, Wódz wrócił. – stwierdził, po czym wstał, podszedł do Wodza, wyciągnął do niego dłoń i przedstawił się:
    AP: Jestem Ante Pavelić, jestem Poglavnikiem.
    AS: Alojzije Stepanić, biskup koadiutor archidiecezji zagrzebskiej.
    IŚ: A ja nazywam się Iđie Śevkurvić, człowiek do zadań specjalnych.
    Eddy: Rozumiem… ale jeszcze wczoraj inaczej się zachowywaliście i wyglądaliście.
    AP: Wiem. Ale po prostu nasza wendetta została zakończona, więc znowu jesteśmy normalni.
    IŚ: A poza tym nudno było w tej norze.
    Eddy: Okej, wszystko jasne. Ale żeby mi się to nie powtórzyło, zrozumiano?
    Chorwaci: Da!
    Eddy: Dobra, chodźcie ze mną, przecież was tu nie zostawię.
    Wódz zabrał korkociąg z biurka, po czym zabrał Chorwatów ze sobą. Goście zaczęli się już trochę niecierpliwić, ale wszedł Eddy ze swoimi nowo poznanymi kolegami, którzy wywołali wielkie poruszenie wśród nich. Gdy już wszyscy się nawzajem poznali, Wódz wydał rozkaz: „dobrze się bawić!” Jako wodzirej najpierw robił Adolf, który zabawiał ludność swoimi remiksami. Gdy się zmęczył, został zmieniony przez Józefa Stalina, któremu didżejowskie rzemiosło szło nie gorzej niż Adolfowi. Z kolei Stalina zmienił Piłsudski, który wniósł do swoich remiksów polskie beaty. Zmieniali się tak co jakiś czas, dzięki czemu żaden z DJ-ów nie był znużony swoją pracą.

    Tymczasem Ed, który dalej czuł ból swojej męskości, wymknął się po cichu do swojego pokoju, po prostu pobyć samemu. Powiesił swój radziecki płaszcz na wieszak, wyciągnął z kabury wysłużoną tetetkę i położył ją na stolik, po czym usiadł na swoim łóżku i pogrążył się w myślach. Przede wszystkim myślał nad tym, jak wyeliminować ten nieznośny ból. Chwilę później do jego pokoju weszła Kagami, która z troską spytała:
    Kagami: Ojej, widzę że nadal cię to mocno boli?
    Ed: No, czasami mam wrażenie, że mi za chwilę odleci.
    Kagami: Ale chyba nie jest tak źle?
    Ed: Wiesz jakie to uczucie dostać czteroma kilogramami żelastwa w jajca?
    Kagami: Eee… nie, może temu że ich nie mam.
    Ed: No właśnie...
    Kagami: Może jak je pomasuję, to przestaną boleć?
    Ed: Nie, Kagami. Moje jaja, moje problemy. Zresztą jakby tu ktoś nagle wszedł, to co wtedy?
    Kagami: Spokojnie, nikt się o niczym nie dowie…
    Ed: Niech ci będzie…
    Kagami już chciała zabierać się do roboty, kiedy nagle… NOBODY EXPECTS THE ISLAMIC INQUISITION! W tym momencie drzwi się otworzyły i do pokoju wskoczył Chudy Edd:
    CE: A co tu za praktyki się odbywają?
    Ed: To cię **** obchodzi!
    CE: Ja, jako niestrudzony obrońca porządku i ładu moralnego w Edolandzie, pytam jeszcze raz: co tu się wyrabia?
    Ed: Kagami, podaj tetetkę.
    CE: Chyba nie będziesz do mnie strzelał?
    Ed: Liczę do dziesięciu: odin… dwa…
    CE: Apeluję do twojego rozsądku…
    Ed: Desyat! – skończył liczyć (jakoś szybko, nie sądzisz?) Ed i zaczął strzelać do Chudego. Ten czym prędzej czmychnął z pokoju krzycząc: „będę miał cię na oku, Ed!”. Komunista schował pistolet i spytał:
    Ed: No dobrze, to na czym skończyliśmy?
    Kagami: Wiesz co, przeszła mi już ochota.
    Na te słowa Ed spochmurniał, po czym powiedział:
    Ed: Wiesz co, muszę ci się do czegoś przyznać: ten wypadek, albo raczej zamach, to była moja robota.
    Kagami: Jak to „twoja”?
    Ed: Nim wyjechaliśmy, ucięliśmy sobie krótką drzemkę. Mi nie chciało się spać, i wtedy naszedł mnie pomysł, aby ich wyeliminować. Po cichu przeciąłem przewody hamulcowe i zepsułem pedał gazu. Chciałem, żeby się gdzieś rozbili, a ja bym po prostu wyskoczył. No i wyskoczyłem, efekty widać do teraz. Niestety, coś poszło nie tak i wszyscy przeżyli.
    Kagami: Zapomniałeś, że my po prostu nie możemy umrzeć, bo jeszcze się teoretycznie nie narodziliśmy?
    Ed: Nie, ale jakby się rozpieprzyli, ludzie wzięli by ich za martwych i pochowali, wtedy my wyeliminowalibyśmy resztę wrogów rewolucji i ustanowili w Edolandzie rządy komunistyczne!
    Kagami: Wiesz co Ed, podobasz mi się, jak tak mówisz. Może jednak dokończymy to, co zaczęliśmy?
    Ed: Skoro prosisz…
    [​IMG]
    Ed oficer​

    Impreza przeciągnęła się niemal do samego rana. Jej uczestnicy w ogóle nie spali, co uwidoczniło się szczególnie w godzinach rannych. Niestety nadszedł czas pożegnania się. Żegnali się bardzo rzewnie, niektórzy nawet nie chcieli wracać do siebie i swoich obowiązków, jednak život je brutalan. Wszyscy goście zgodnie zapowiedzieli się, że na Sylwestra również przyjeżdżają do Edolandu, a tubylcy nie mieli nic przeciwko temu. Można powiedzieć, że 2 sierpnia był dniem pamiętnym: czworo ludzi padło ofiarą (nieudanego) zamachu, wydarzyła się epicka impreza, Chorwaci się ucywilizowali, a Kagami i Ed oficjalnie stali się parą.
    [​IMG]
    Pamiątkowe zdjęcie z imprezy

    KONIEC​
     
  16. Wybuchowy Ed
    [​IMG]
    Podkład muzyczny

    Rankiem 3 sierpnia 1934 Wódz o godzinie 9.30 słodko jeszcze sobie spał. W tej czynności niestety przeszkodził mu Chudy Edd, który zaczął go tarmosić za rękę i wołać:
    CE: Wstawaj Eddy, mamy dzisiaj dużo do zrobienia!
    Eddy (przez sen): Mamo, nie chce mi się iść do szkoły, zostaw mnie!
    CE: Że co proszę?
    W tym momencie Eddy ocknął się i spojrzał na Chudego:
    Eddy: Musisz mnie budzić w nocy?
    CE: Jaka noc? Jest wpół do dziesiątej, rano.
    Eddy: Nie pieprz, przecież widzę że jest ciemno!
    CE: Ciemno, bo masz okna zasłonięte.
    Eddy: Ano tak, zapomniałem. Więc co chcesz ode mnie?
    CE: Jak to co, trzeba się zająć administracją na nowo zdobytych terenach. Wiesz, podział administracyjny i takie tam.
    Po usłyszeniu tego Eddy zrobił wielkie oczy i spytał:
    Eddy: Teraz się kapłeś? Spokojnie, już ja się tym zająłem.
    CE: Niby jak? Czy ja o czymś nie wiem?
    Eddy: I nie musisz wiedzieć. Im mniej wiesz, tym spokojniej śpisz.
    CE: Ale...
    Eddy: Chudy. Jestem twoim Wodzem. Jeśli chcę, byś spokojnie spał, to będziesz spokojnie spał. Wiem co robić, zostaw to mnie.
    CE: Skoro tak mówisz...
    Eddy: Później przyjdę do ciebie i zaprezentuję ci podział administracyjny Państwa Edolandzkiego.
    CE: No dobrze, w takim razie idę i będę na ciebie czekał w moim gabinecie. - oznajmił Chudy i wyszedł z pokoju Wodza, a ten z kolei pogrążył się jeszcze na chwilę w śnie. Gdy Chudy wyszedł na korytarz, zaczął myśleć nad tym, jak Eddy mógł się tym zająć bez jego wiedzy. Szedł tak i zastanawiał się, aż nagle wpadł na Eda. Poprawił swój turban i już miał iść dalej, gdy nagle spytał komucha:
    CE: Ed, nie wiesz może, jak Eddy zajął się wprowadzaniem nowych rządów na zajętych terenach?
    Ed: To proste, przez taponar.
    CE: Przez co?
    Ed: Czyli "Tajna Policja Narodowa". Powołał ją krótko po wybuchu wojny, ma pełnić podobne funkcje jak gestapo albo kempeitai.
    CE: To czemu ja nic o tym nie wiedziałem?
    Ed: Bo wprowadził ją tajnie. Tylko kilka osób z jego frakcji o tym wiedziało.
    CE: Frakcji? To u nas są jakieś frakcje?
    Ed: No a nie?
    CE: Zaraz, a właściwie skąd ty o tym wiesz, jeśli zrobił to tajnie?
    Ed: A to już z kolei moja tajemnica. - powiedział Ed, po czym odwrócił się i poszedł w swoją stronę. Chudy patrzył jeszcze przez chwilę jak odchodzi, po czym zamruczał pod nosem "********ni niewierni" i sam udał się do swojego gabinetu. Zastał w nim Jimmy'ego, który razem z Deską grał w szachy. Chudy przysunął krzesło do ich stolika i ciężko na nim usiadł. Jimmy spytał:
    Jimmy: Co się stało, Chudy?
    CE: Nawet nie pytaj. Ten mały idiota powołał taponar, czyli tajną policję narodową. Krótko mówiąc, coś jak gestapo.
    Jimmy: Wygląda na to, że to nie jest jedyny problem. Dowiedziałem się, że komuchy powołały u nas LKSW, Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych, czyli coś jak NKWD.
    CE: Ja ********.
    Jimmy: Też bym tak to ujął.
    CE: Czyli czas na nasz ruch.
    Jimmy: Co masz na myśli?
    CE: Trzeba uruchomić nasze komórki terrorystyczne, taktyka dywersyjna. Oczywiście musimy być poza kręgiem podejrzanych. Ponadto propaganda, propaganda i jeszcze raz propaganda. Nic nie zdziałamy, jeśli Bośniacy nie będą mieli swojej tożsamości narodowej. Ale to już zadanie Miyuki.
    Jimmy: Święta wojna?
    CE: Dokładnie. Islam musi wrócić na te ziemie. Niech Allach będzie z nami.
    Jimmy: Jaki będzie nasz pierwszy cel?
    CE: Najprawdopodobniej ambasada ZSRR. Albo Niemiec. Jeszcze zobaczymy, co przyszłość przyniesie.
    Jimmy: I w taki sposób, aby było na komunistów?
    CE: Tak jest.
    Jimmy: A które państwa są nam przychylne?
    CE: Lechistan i alianci. O żadną interwencję nie ma się co martwić.
    Jimmy: Rozumiem, już idę je uruchamiać...
    [​IMG]
    Bośniaccy muzułmanie​

    W tym samym czasie nie niepokojony przez nikogo Ed szedł sobie spokojnie do kwatery komunistów. Dotarwszy na miejsce, usłyszał zza drzwi dźwięki ożywionej dyskusji. Nie przejmując się tym zbytnio po prostu wszedł. Nietrudno się domyślić, że jego towarzysze pochłonięci dyskusją nie zauważyli go. Tymczasem Ed po prostu zaczął sobie palić papierosa czekając, aż wreszcie raczą go zauważyć. Pierwszy zauważył go Rolf, a chwilę później wszyscy zamilkli i spojrzeli na swojego szefa. Ten zgasił papierosa i powiedział:
    Ed: No, już myślałem, że o mnie zapomnieliście, towarzysze.
    Rolf: Towarzyszu Edzie, jest pewna sprawa...
    Ed: Jaka?
    Jonny: Uznaliśmy, że jeśli rewolucja ma się udać...
    Kagami: ...to potrzebujemy więcej dowódców.
    Ed: I pewnie chcecie, abym był nim ja?
    Tsukasa: Nie, pomyśleliśmy, żebyście może zadzwonili do towarzysza Józka...
    Rolf: ...zapytać, czy nie mógłby nam pożyczyć jakiegoś?
    Ed: Nie ma problemu, choć nie wiem czy się zgodzi. - odpowiedział, po czym podszedł do telefonu i wykręcił numer do Józka. Odczekał chwilę, po której usłyszał jego głos:
    JS: Słucham?
    Ed: Towarzysz Józek?
    JS: Witajcie towarzyszu Edzie, jak tam zdrówko?
    Ed: Dzięki, nie narzekam. Mam do was pytanie...
    JS: Jakie pytanie?
    Ed: Czy moglibyście nam pożyczyć jakiegoś dowódcę? Wiecie, im więcej ich mamy, tym większą pewność, że rewolucja się uda, co wam też byłoby na rękę.
    JS: Dowódcę mówicie... poczekajcie, sprawdzę, czy mamy jakiegoś wolnego w tej chwili - odpowiedział Józek, po czym zawołał do siedzącego nieopodal Szaposznikowa:
    JS: Borys, towarzysze z Edolandu chcą pożyczyć od nas dowódcę, mamy jakiegoś nie zajętego w tej chwili?
    BS: Tuchacza im poślijcie, chodzi taki przymulony ostatnio, może im się uda go wyleczyć?
    JS: Panimaju, towarzyszu. - odpowiedział mu Józef i zwrócił się do Eda:
    JS: Możemy wam wysłać Michaiła Tuchaczewskiego, weterana wojny lechistańsko-bolszewickiej, chcecie? - co prawda zapomniał dodać, że przegranej wojny, ale zareklamować jakoś trzeba.
    Ed: No pewnie, przyda nam się ktoś doświadczony.
    JS: No to postanowione, spodziewajcie się go za niedługo.
    Ed: Dzięki towarzyszu, jeszcze się kiedyś odwdzięczymy.
    JS: Cała przyjemność po mojej stronie.
    Zadowolony z siebie Ed odłożył słuchawkę, po czym zwrócił się do towarzyszy:
    Ed: Pożyczy nam jakiegoś Tuchaczewskiego, podobno weterana wojny lechistańsko-bolszewickiej, mamy się go spodziewać za niedługo...
    W tym momencie przerwało mu pukanie do drzwi. Zdziwiony Ed podszedł i otworzył drzwi, a za nimi ukazała mu się postać ubrana na czarno. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, gdy nagle postać odezwała się:
    MT: Witajcie towarzysze, jestem Michaił Tuchaczewski, dowódca Armii Czerwonej. - Michaił sprawiał wrażenie przygnębionego i przybitego.
    Ed: Witajcie towarzyszu, ja jestem Ed, pozwól, że przedstawię ci pozostałych...
    MT: Nie musicie, znam was wszystkich, towarzysz Stalin dużo o was opowiadał.
    Ed: No chyba że tak. Usiądźcie, co tak będziecie stać, towarzyszu.
    Michaił skorzystał z propozycji i usiadł na wolnym miejscu koło Eda. Przez chwilę panowała wśród wszystkich martwa cisza, którą po paru minutach przerwał Tuchacz:
    MT: Jak już wiecie, jestem weteranem wojny polsko-bolszewickiej. Jednak towarzysz Stalin nie powiedział wam wszystkiego: przegrałem tą wojnę. Ale dlaczego? Co wtedy poszło nie tak, wtedy pod Warszawą? Byliśmy tak blisko, Lechistańcy bronili się na linii Wisły, tak niewiele brakowało, abyśmy zwyciężyli i nieśli ideały rewolucji dalej na zachód! Co mogło pójść nie tak, no co? Jakim cudem moja doktryna zawiodła? Całe życie poświęciłem jej ulepszaniu, by potem ****o z tego mieć? Nie, to takie upokarzające, nie mogę tego wytrzymać! Błagam, dajcie mi żyletki, chyba się potnę! - Michaił zaczął przejmująco szlochać. Towarzysze nie wiedzieli co robić, jednak Ed, który uznał, że musi go pocieszyć, podszedł do niego od tyłu, chwycił go za ramię i powiedział łagodnie:
    Ed: Nie płacz Michaił, to nie twoja wina. Każdemu może się przytrafić coś takiego.
    MT: Ale to takie smutne i dobijające...
    Ed: Spokojnie, jesteśmy tu po to, by ci pomoć.
    Jonny: O tak! Jeszcze pokażesz światu, na co cię stać!
    Rolf: My i tak uważamy, że jesteś naprawdę wartościowym dowódcą.
    MT: N-naprawdę? *chlip*
    Ed: Tak, naprawdę.
    Kagami: Uwierz nam, Michaś, mnie i Tsukasę, jak dopadały chwilę zwątpienia podczas bitwy o Skopje...
    Tsukasa: ...to używałyśmy gazów bojowych. Tak, wiem co chcesz powiedzieć Kagami.
    Kagami: Weź już ***** skończ z tym gazem!
    MT: Gazem? Mam nadzieję, że nikt poza tym państwem o tym nie wie? - spytał podejrzliwie Tuchacz.
    Kagami: No nie, bo co?
    MT: A wiecie, że za ten gaz to mogłybyście mieć pr*****ne?
    Tsukasa: Czemu?
    MT: Jeszcze pytacie, "czemu"? Protokół Genewski, ludzie!
    Ed: A o tym to nie wiedzieliśmy.
    W tym momencie towarzysz Tuchaczewski wyglądał jakby go towarzysz szlag trafił. Milczał przez chwilę, po której spytał tylko:
    MT: A więc to wy dowodziłyście podczas bitwy o Skopje?
    Tsukasa: No my...
    MT: Muszę przyznać, że wasz sposób dowodzenia zrobił na mnie wielkie wrażenie, choć macie metody rodem z Wielkiej Wojny Światowej. Pozwólcie, że opowiem wam, jak ja walczyłem na Wielkiej Wojnie.
    Ed: Brzmi ciekawie. No to opowiadajcie, towarzyszu.
    MT: Tylko wiecie, u nas w Rosji nie można opowiadać o suchym gardle. Taka tradycja.
    Ed: Rozumiem, o co wam chodzi. Towarzyszu Rolfie, wyciągnijcie tam coś dobrego.
    Rolf: Ta jest! - odpowiedział Rolf i zaczął przeszukiwać barek. Po chwili wyciągną butelkę z fioletowym płynem w środku:
    Rolf: Może być?
    Ed: No wiecie co? Gościowi chcecie żałować napitku? - oburzył się Ed na widok denaturatu.
    MT: Właśnie, tak nisko jeszcze nie upadłem - dodał Tuchacz. Rolf natychmiast zreflektował się i wyciągnął serbską rakiję. Michaś tylko uśmiechnął się i pokazał kciuk w górę, w efekcie czego wyglądał rodem jak z radzieckiego plakatu propagandowego. Po wychyleniu pierwszej kolejki nastroje znacząco się poprawiły, a Michaił rozpoczął swoją opowieść, która przypadła do gustu jego towarzyszom.
    [​IMG]
    Emo Tuchacz​

    Natomiast Eddy nie był już w takim dobrym nastroju. Trapiły go doniesienia z kraju o wzroście napięcia między Bośniakami i Chorwatami, oraz fakt, że jego ulubiony bar mleczny ostatnio cienko przędzie. Po chwili takich przemyśleń postanowił wezwać swojego podwładnego, szefa taponaru. Ów szef zjawił się po chwili w gabinecie Wodza:
    Szef: Chwała zwycięstwu, Wodzu.
    Eddy: Chwała zwycięstwu, Szlachcic.
    Szlachcic: Słucham uprzejmie.
    Eddy: Słyszałem o wzroście tarć między Bośniakami i Chorwatami. Czy to prawda?
    Szlachcic: Niestety tak.
    Eddy: Nie wiesz może, co może być przyczyną?
    Szlachcic: Cóż, ostatnio zaobserwowaliśmy częste odwiedziny szefa rządu na terenach zamieszkanych przez muzułman. Podejrzewam, że może on namawiać ich do powstania przeciwko innowiercom. Oni sami nazywają to dżihadem, czyli świętą wojną. Ponadto przed chwilą dowiedziałem się o uaktywnieniu komórek terrorystycznych w Sarajewie, Zenicy i Mostarze. Będziemy trzymać rękę na pulsie.
    Eddy: Rozumiem, rozkazję w takim razie wysłanie na teren Bośni i Hercegowiny więcej funkcjonariuszy. Proszę się nie wahać przed użyciem przemocy.
    Szlachcic: Tak jest. Czy mogę już odejść?
    Eddy: Poczekaj chwilę, Szlachcic. Mam tu dla ciebie coś.
    Szlachcic: Co takiego?
    Eddy: Proszę, za twoją nienaganną służbę daję ci tego Mausera M712. Możesz z niego strzelać w trybie samopowtarzalnym jak i samoczynnym.
    Szlachcic: Nie wiem, czy mogę przyjąć taki drogi prezent...
    Eddy: To jest rozkaz...
    Szlachcic: No chyba że tak. Dziękuję, Wodzu.
    Eddy: Nie ma za co. Teraz możesz odejść.
    Szlachcic: Chwała zwycięstwu!
    Eddy: Chwała zwycięstwu.
    [​IMG]
    Szlachcic i jego pistolet​

    Szef taponaru wyszedł z gabinetu, a Wódz zajął się czyszczeniem swojego Lugera P08 Parabellum, którego dostał od Adolfa na urodziny. Gdy pistolet został przeczyszczony, Wódz uciął sobie krótką drzemkę. Po pół godzinie drzemania jakiś silny wybuch wstrząsnął okolicą, wskutek czego Eddy spadł nagle z krzesła. Zachodząc w głowę, co tu się mogło stać, podniósł się z podłogi i otrzepał. Chwilę później Konata otworzyła drzwi do gabinetu. Zauważywszy ją, Eddy spytał:
    Eddy: Co to ***** było?
    Konata: Eddy... - odpowiedziała posępnym głosem.
    Eddy: Co?
    Konata: Twój ulubiony bar mleczny...
    Eddy: Co? Co się z nim stało?!
    Konata: ...został wysadzony w powietrze.
    Na te słowa Eddy wpadł w rozpacz. Bólu, jaki mu wtedy towarzyszył,nie można sobie nawet wyobrazić. Eddy zaczął spazmatycznie szlochać i złorzeczyć Bogu za los, jaki go spotkał (w tle leciał motyw z "Ojca Chrzestnego")
    Eddy: Dlaczego?! Dlaczego ***** mój ukochany bar?! Gdzie ja teraz znajdę pierogi za dwa pięćdziesiąt?! Nie, to zbyt straszne, po prostu się zastrzelę! - Eddy już zaczął szukać po omacku Lugera, ale na szczęście Konata szybko go stamtąd zabrała:
    Konata: Nie możesz tego zrobić! Kto będzie rządził państwem? Jesteś nam potrzebny!
    Eddy: Nie obchodzi mnie to, wszystko straciło sens. Ale nim się zabiję, chce zabić *********a!
    Konata: Spokojnie, teraz jesteś potrzebny tam na miejscu. Ubieraj się, jedziemy.
    Chwilę później byli już na miejscu, gdzie Eddy zauważył wszystkich swoich podkomendnych. Na miejscu były również pogotowie, straż pożarna, policja oraz taponar. Wódz pierwsze kroki skierował ku Szlachcicowi:
    Eddy: Chwała zwycięstwu. Są jakieś straty w ludziach?
    Szlachcic: Chwała zwycięstwu. Owszem, w budynku było tuzin ludzi. Jest dziewięciu zabitych, trzy osoby walczą o życie.
    Eddy: Wiadomo, kto to zrobił?
    Szlachcic: Mamy dwóch świadków, twierdzą, że widzieli sprawcę.
    Eddy: Kim są?
    Szlachcic: Kapitan John Miller oraz sierżant John Davis.
    Eddy: Przyprowadź mi ich tu.
    Szlachcic: Tak jest. - odpowiedział, po czym poszedł i przyprowadził dwóch żołnierzy.
    Szlachcic: Oto oni.
    Eddy: A więc, twierdzicie, że wiecie kto to zrobił?
    Miller: Tak.
    Eddy: Więc opowiedzcie mi.
    Miller: To było tak: ja i Davis byliśmy na przepustce. Ja zamierzałem iść kupić "Bełkot codzienny"...
    Davis: ...a ja do burdelu.
    Eddy: Rozumiem. I co dalej?
    Miller: No i patrzę, a tu idzie gościu cały zaubierany w jakieś szmaty.
    Davis: No i podchodzi do nas i pyta się, gdzie tu jest bar mleczny.
    Miller: No to mu mówimy, że tu za rogiem.
    Davis: Ten powiedział: "Niech was Allach błogosławi" i poszedł do tego baru.
    Miller: A chwilę później bar mleczny przestał istnieć.
    Eddy: Zaraz, mówicie, że to był muzułmanin?
    Miller: Dokładnie tak.
    Eddy: Rozumiem... no dobrze, nie zatrzymuję was.
    Obaj: Chwała zwycięstwu!
    Eddy: Chwała zwycięstwu.
    Gdy sobie już poszli, Eddy zwrócił się do Szlachcica:
    Eddy: Słuchaj, miałem to pokazać Chudemu, ale się rozmyśliłem. Co sądzisz o podziale administracyjnym, który sam obmyśliłem? - to mówiąc, pokazał mu mapkę.
    Szlachcic: Hm, według mnie jest w porządku.
    Eddy: To dobrze. Teraz tylko muszę znaleźć jakichś ludzi na stanowiska wojewodów.
    Szlachcic: Z tym akurat nie będzie problemu. Będzie podział na...?
    Eddy: Na kraje, a te z koleji na żupanie.
    Szlachcic: No to już wszystko rozumiem.
    Eddy: Więc wiesz, teraz twoim zadaniem będzie kogoś znaleźć na te stanowiska. Na stanowisko wojewody kraju chorwackiego mianuję Ante Pavelicia.
    Szlachcic: Zaraz kogoś wyznaczę.
    Eddy: To by było na tyle. Chwała zwycięstwu.
    Szlachcic: Chwała zwycięstwu!
    Po pożegnaniu się, Eddy w drodze do domu myślał tylko o tym, jak mocny spuści ******** po powrocie Chudemu...
    [​IMG]
    Podział administracyjny Państwa Edolandzkiego

    KONIEC​
     

  17. 3 sierpnia 1934, południe, Lublana, Edoland
    Chudy, jak gdyby nigdy nic, czytał sobie Koran, gdy nagle do jego siedziby wtargnął "lekko" zdenerwowany Eddy, którego wzrok nie wróżył niczego dobrego:
    Eddy: Słuchaj cwelu, bo nie będę się ***** powtarzał: wiem, że to ty stoisz za tym wybuchem!
    CE: No nie mów, sam na to wpadłeś?
    Eddy: Nie, autor AARa mi pomógł.
    CE: Acha.
    Eddy: Więc niniejszym każę *********ać z tego kraju tobie i twojej bandzie, albo taponar zrobi wam z **** jesień średniowiecza.
    CE: Ile mamy czasu na to?
    Eddy: Jedną, zasraną godzinę. Więc teraz lepiej szukajcie sobie azylu politycznego w Arabii czy innej Mongolii.
    CE: Dobrze, tylko nie wiem jak teraz skompletujesz bez nas rząd...
    Eddy: Poradzę sobie bez was!
    CE: Okej, jak sobie chcesz.
    Eddy: Za godzinę ma was tu nie być. - powiedział Eddy, po czym wyszedł trzaskając drzwiami. Chudy tymczasem podszedł do telefonu i wybrał numer do Józefa. Ten odebrał po kilku sygnałach:
    JP: Słucham.
    CE: Józef? Słuchaj, mam sprawę: czy możemy prosić o azyl polityczny w Lechistanie?
    JP: A po co wam azyl u nas?
    CE: No bo <tutaj Chudy pokrótce opowiedział swoją historię> Teraz już rozumiesz?
    JP: Rozumiem... Dobra, przylatujcie, przygotuję wam nocleg u mnie.
    CE: Dzięki Józek, ty to jesteś fajny gość.
    JP: Nie ma za co.
    Chudy odłożył słuchawkę, a po chwili wszyscy byli już gotowi do wyjazdu.

    3 godziny później, Warszawa, Lechistan
    Józef razem z Ignacym, który był chory, oglądali mecz pomiędzy Legią Warszawa a Wisłą Kraków. Obydwaj kibicowali Legii:
    IM: A go pięknie wykiwał!
    JP: Mówię ci, zaraz padnie gol.
    IM: Zaraz, a jaki jest wynik?
    JP: 1:1.
    IM: Patrz, patrz!
    Komentator: ...i już napastnik Legii sam na sam z bramkarzem! Czy będzie gol? Strzał iii... pudło proszę państwa, piłka minęła bramkę o milimetry! To już niestety koniec spotkania proszę państwa, widzimy się znowu już za tydzień!
    W tym samym czasie nasza brygada już zamierzała pukać do drzwi, gdy nagle usłyszeli głośny krzyk "*****!!!" Zaniepokojeni natychmiast wbiegli do mieszkania Józefa. Widok, jaki zobaczyli, był żałosny: Józef rozpaczając tarzał się po podłodze, a Ignacy siedział omdlały z twarzą w talerzu z rosołem. Zdezorientowany Chudy krzyknął:
    CE: Co tu się dzieje?!
    W tym momencie Józef usiadł na podłodze, a Ignacy wyciągnął głowę z talerza i obaj odpowiedzieli:
    Polacy: Legia zremisowała z Wisłą.
    Towarzysze z Edolandu spojrzeli po sobie, po czym Chudy odpowiedział:
    CE: Nie martwcie się, też tak mieliśmy jak Željezničar Sarajewo przegrało z NK Zagrebem.
    IM: Zaraz, a co wy właściwie tu robicie? - spytał podejrzliwie Ignacy.
    JP: Dałem im azyl polityczny.
    IM: A po co im azyl u nas?
    JP: No bo <streszczenie historii Chudego> Teraz już kapujesz?
    IM: Kapuję. Ale, jeśli chcecie tu mieszkać, musicie znać kilka zasad, jakie tu panują. Po pierwsze: nikt nie otwiera tamtych drzwi!
    Jimmy: Dlaczego?
    IM: Bo tam jest coś bardzo sekretnego, coś o czym wiem tylko ja i Józek. Zasada druga: Wisła to ***** i nikt nie może jej kibicować. Wszystko jasne?
    Ekipa: Jasne, jasne.
    IM: No dobra, teraz Józek pomoże się wam rozpakować, a ja zjem sobie rosół. - zakomenderował Ignac, a reszta towarzystwa poszła wykonać polecenie. Ignacy tymczasem dojadł swoją zupę, wytarł twarz serwetką i spojrzał na "tajemnicze drzwi":
    IM: Dobra, czas chyba wracać do pracy...

    3 sierpnia 1934, ok. 15.00, niedaleko Fiume
    Ed razem z Kagami spacerowali sobie plażą niedaleko Fiume, które jednak znajdowało się poza granicami Edolandu.
    Kagami: Wiesz Ed, mam jedno pytanie...
    Ed: Jakie?
    Kagami: Bo widzisz, Włochy mają pod swoją kontrolą tereny, na których mieszkają Chorwaci i Słoweńcy.
    Ed: No i?
    Kagami: Jak już przejmiemy władzę, to nie włączymy tych terenów do macierzy?
    Ed: Może. Jak nam ZSRR pomoże... Ty widzisz to samo co ja?
    Kagami: Co...
    Nie dokończyła, bo w tym samym momencie wielki okręt, który wcześniej zauważył Ed, wbił się mocno w plażę. Lekko zamroczony Ed i Kagami znaleźli się na ziemi. Nagle na dziobie okrętu pojawiła się postać, która krzyknęła do nich:
    TvT: Witajcie obywatele! Czy wiecie może w którą stronę do portu Hollandia?
    Ed: Czego *****, grzecznie pytam?
    TvT: Gdzie Hollandia pachole?
    Ed: Z czym do mistrza? - odpowiedział Ed i wyciągnął z plecaka pepeszę, którą dostał od Józka.
    TvT: <pstryka palcami, pokład wypełnia się marynarzami uzbrojonymi w Beryle wz. 2045> Jam jest twój kanclerz Tymotheus von Tobiasov, pra-pra-prawnuk wielkiego kanclerza Tobiasa von Tobiasova. Okaż pokorę, dobrze ci radzę!
    Ed: Kagami, nie dawaj mi już więcej rakiji, mam po niej zwidy.
    TvT: <wyciągając rodzinny rapier> Ostatni raz pytam! Którędy do Hollandii?
    Kagami: Ludzie, tylko bez walk mi tu proszę, nie trzeba nam tu czarnych marszy. Holandia jest nad Morzem Północnym, a tu jest Morze Adriatyckie.
    TvT: <nagle łagodnieje, wobec kobiet jest dżentelmenem> Pani wybaczy ale Hollandia jest na Pacyfiku. Szukam Hollandii, stolicy Wielkiego Imperium Indonezyjskiego.
    Kagami: Zaraz, przecież Indonezja wchodzi w skład Holandii, nie istnieje coś takiego jak "Wielkie Imperium Indonezyjskie".
    TvT: <zatkało go... patrzy na nich jak na wariatów> Indonezja droga pani jest światowym mocarstwem. Rządzi światem niepodzielnie od 2055!
    Ed: Jaki 2055? Jest rok 1934, a ty jesteś na wodach terytorialnych Edolandu!
    TvT: Wody terytorialne czego?
    Ed: Edolandu! Jugosławii już nie ma, została wchłonięta przez Edoland, którym rządzi ten mały idiota Eddy!
    TvT: Mały kto? Co tu się ***** dzieje?
    Ed: Jak masz tak ********* od rzeczy, to możesz już stąd spływać!
    TvT: <zwracając się półgębkiem do żołnierza obok> Bosmanie, idźcie no po tych ludzi. <z pokładu ześlizguje się bosman i 2 marynarzy i zmierzają w stronę Eda>
    Ed: E e e e! Synek, synek, co ty to ***** mać robisz, co!?
    W tym czasie marynarze rzucają się na Eda, a bosman łapie Kagami. Na to Ed powalił marynarzy falcon punchem, po czym celną serią z pepeszy odstrzelił łeb bosmanowi. Po tym wszystkim zwrócił się do Tymotheusa:
    Ed: Nie ma takiego bicia! Jak chcesz normalnie pogadać to zejdź tutaj, a nie odstawiaj cwaniaka tam na górze! Ja jestem pokojowo nastawiony człowiek!
    TvT: <chowa rapier i przeskakuje przez reling i zgrabnie ześlizguje się po dziobie, staje w dumnej pozie na 2 metrzy przed Edem>
    Ed: No to zacznijmy od początku: o co ci chodzi?
    TvT: Chcę wiedzieć jak dopłynąć do Hollandii. Mam sporo rannych i uszkodzony okręt. Cholerni Amerykańce. <spluwa>
    Ed: Amerykańce? Z tego co wiem, to nie prowadzą teraz żadnej wojny. Wiem coś o tym, w końcu jestem ministrem spraw zagranicznych Edolandu.
    TvT: Wybacz panie... eee... z kim mam przyjemność?
    Ed: Po prostu Ed. Choć moje poglądy polityczne znacznie różnią się od ustroju Edolandu.
    TvT: Tak. Więc wybacz panie Ed, ale z Stanami prowadzimy wojnę od niemal wieku. Napadli na nas około 1980.
    Ed: To niemożliwe, mówiłem już, że jest rok 1934.
    TvT: Dobra dobra dobra. Powoli podsumujmy fakty. Mówisz że jestem w jakimś Edolandzie, jest rok '34, Stany nie prowadzą wojny a Indonezja jest częścią Holandii?
    Ed: Tak. Swoją drogą, piłeś coś w ostatnim czasie? Pytam poważnie.
    TvT: Nie. Co więcej z mojego punktu widzenia to czysty absurd. Płynąłem z bazy floty w Rzymie na tym ślicznym pancerniku ORI Tobiasov a na Oceanie Indyjskim dopadły mnie amerykańskie odrzutowce. Potem płynąłem na wschód do Hollandii, i nagle ni z tego ni z owego zaryłem o brzeg i dowiaduje się że jestm w Edolandzie...
    Ed: Naprawdę nie wiem, co mogło się stać, ale mówię prawdę, jest '34.
    TvT: Paranoja...
    Ed: Cóż poradzę... może w ramach przeprosin dasz się zaprosić na oryginalną serbską wódkę?
    TvT: Może być. <do bosmana> Bosmanie za... a nie... <do innego bosmana> Bosmanie, zacumujcie okręt, ja wróce niedługo!
    Ed: Nie nie nie! Najlepiej zacumujcie gdzieś w ukrytym miejscu, ten mały idiota nie może się o was dowiedzieć. Kij wie, co by mu strzeliło do głowy.
    TvT: Bosmanie, cała wstecz i załadujcie moduł maskujący. <bosman odkrzykuje że moduł nie działa> No to cała wstecz i udawajcie kuter rybacki. <do eda> Już. Możemy iść.
    Ed: Nie wydaje mi się. Aktualnie znajdujemy się w okolicach Fiume, a nasza kwatera znajduje się w Lublanie. Ale spokojnie, pojedziemy tam naszym GAZem, prosto z ZSRR!
    TvT: To ZSRR istnieje, kto by pomyślał...
    Ed: Owszem, i ma się dobrze. Józek to mój towarzysz.
    TvT: Ciekawe ciekawe to co mówisz. Słucham dalej.
    Ed: O czym chcesz słuchać?
    TvT: O Edolandzie, o tym co się dzieje na świecie.
    Rozmawiając tak, doszli do samochodu, po czym Ed powiedział:
    Ed: Dobra, wchodźcie i jedziemy - powiedział otwierając drzwi od GAZa. Ed usiadł jako kierowca, Kagami koło Eda, a Tymotheus usadowił się z tyłu. Ed odpalił swoje cacko i ruszyli drogą krajową do Lublany. Po drodze Tymotheus dowiadywał się od swoich nowych towarzyszy wielu ciekawych rzeczy nt. Edolandu i innych rzeczy.
    Ed: ...i tak to mniej więcej wygląda.
    TvT: Hm, czyli mówisz, że są trzy frakcje, tak?
    Ed: Tak. Faszyści, komuniści i muzułmanie.
    TvT: I mówisz, że powinienem do którejś dołączyć?
    Ed: Tak. Najlepiej do nas, bo jesteśmy najnormalniejsi.
    TvT: Aleście są skromni ^^
    Ed: Taka jest prawda. To co, dołączysz do nas?
    TvT: Chyba nie mam innego wyboru...
    Ed: Nie masz. Witamy wśród komunistów, Towarzyszu Tobiasov.
    TvT: Czuję się zaszczycony ^^
    Dalszą chwilę jechali wśród ciszy, gdy nagle Tymotheus zadał pytanie:
    TvT: Towarzyszu Edzie, a co robią te dziewczyny przy drodze?
    Ed: Te? Zwykłe dziwki.
    TvT: A jaka narodowość?
    Ed: Najczęściej Ukrainki.
    TvT: To tak jak u nas w Indonezji. A najlepszy jest cennik. Pytasz taką "ile?", a ta ci odpowiada: "w paszczu trista, w ruru pjatsa"
    Ed: Ty, u nas dokładnie tak samo.
    Kagami: A ty niby skąd o tym wiesz?
    Ed: Nieważne.
    Dalszą część podróży do Lublany jechali już w całkowitej ciszy.
    [​IMG]
    Ed i jego samochód​

    3 sierpnia 1934, ok. 16.45, Lublana
    Wreszcie dojechali do celu. Tymotheus wydawał się być zaciekawiony tym, co tu zobaczył. Ed spojrzał na niego, uśmiechnął się i powiedział do niego:
    Ed: Dobra, towarzyszu, czas wysiadać.
    TvT: Gdzie teraz idziemy?
    Ed: Do naszej kryjówki. Chodźcie.
    Weszli do budynku, w którym mieściła się siedziba rządu, przeszli głównym korytarzem, po czym skręcili na schody prowadzące w dół. Ale, gdy Ed otworzył drzwi, zobaczył... czołg. Nie zabawkowy, najprawdziwszy, pełnowymiarowy czołg.
    Ed: Co to ma być, do ***** wafla?!
    W tym samym momencie reszta komunistów odwróciła głowy w ich stronę:
    Rolf: O, towarzysz Ed i towarzysz Kagami wrócili.
    Ed: Ta, wróciliśmy. I mamy nowego towarzysza.
    Tsukasa: Kogo?
    TvT: Tymotheus von Tobiasov, władca Indonezji.
    Jonny: Jakiej Indonezji?
    Ed: Później wam wytłumaczymy. Teraz powiedzcie mi, co do ciężkiej cholery robi tu ten czołg?
    W tym momencie właz w wieżyczce się otworzył, a sekundę po tym wyjrzał z niego Tuchacz:
    MT: No jakby to wytłumaczyć, dostaliśmy go od towarzysza Józka.
    Ed: W całości?
    MT: W częściach.
    Ed: A kiedy go dostaliście?
    MT: Godzinę temu. Właśnie skończyłem poprawiać detale.
    Ed: Jaja se chyba robisz.
    MT: W ZSRR wszystko jest możliwe.
    TvT: Zaraz, czy to jest Michaił Tuchaczewski?
    MT: Tak, to jestem ja. A wy jesteście...
    TvT: Tymotheus von Tobiasov.
    Ed: Zgadza się, poza tym on ma ********y okręt, który wspomoże naszą rewolucję.
    TvT: Nic nie mówiłem o tym, że pożyczę wam okręt...
    Ed: Towarzyszu, zapomnieliście, że w komuniźmie wszystko jest wspólne?
    TvT: Srajtaśma i szczoteczki do zębów też?
    Ed: Też.
    TvT: Ja ********...
    Rolf: Cicho towarzysze, tow. Michaił odpala czołg!
    W tym momencie wszyscy ucichli, oczekując uruchomienia czołgu. Gdy w końcu Tuchacz go odpalił, wszystkich urzekła melodia, jaką wydawał silnik czołgu. Nagle Michaił zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Wrzucił wsteczny i rozwalił ścianę za czołgiem, jednocześnie wyjeżdżając na zewnątrz. Niestety, przy okazji przejeżdżając po GAZie Eda.
    Ed: *****, jak zwykle po moim aucie.
    Jonny: Cholera, teraz Eddy się dowie o czołgu i go nam zarekwiruje!
    Kagami: Zróbcie coś, ludzie!
    Ed: Pakujemy się wszyscy do czołgu! - Ed nie tracił zimnej krwi. Poustawiał wszystkich, na jakich stanowiskach mają być, po czym sam wlazł do pojazdu i zakomenderował:
    Ed: Wyjeżdżamy stąd.
    Skład czołgu wyglądał tak:
    Michaił - kierowca
    Ed - działowniczy
    Jonny - załadunek pocisków
    Tymotheus - KM przy dziale
    siostry - KMy w wieżyczkach
    Rolf - obsługa radia
    Tuchaczowi udało się wrzucić bieg w przód i wyjechać na ulicę.

    W tym samym czasie Eddy rozwiązywał krzyżówkę w "Bełkocie codziennym", kiedy nagle do jego uszu dotarł dziwny hałas. Nie przejmując się tym dalej zajmował się rozwiązywaniem haseł, gdy do jego pokoju wleciała Konata:
    Konata: Widziałeś to samo co ja?!
    Eddy: Niby co?
    Konata: Koło naszej siedziby przejechał radziecki czołg.
    Eddy: Radziecki czołg? To oznacza wojnę!
    Konata: Nie sądzę, wyjechał z kryjówki komuchów.
    Eddy: Wołaj mi ich tu!
    Konata: To chyba oni jechali tym czołgiem. Poza tym ich kryjówka jest pusta.
    Eddy: Myślisz, że się wynieśli?
    Konata: Na to wygląda.
    Eddy: Dobra, zawołaj Szlachcica.
    Konata: Dobra... - odpowiedziała i pobiegła po szefa taponaru.
    [​IMG]

    W międzyczasie Wódz podszedł do telefonu, podniósł słuchawkę i wykręcił numer do Benito. Po paru sygnałach usłyszał:
    BM: Słucham?
    Eddy: Benito? Mam sprawę.
    BM: O, cześć Eddy. Jaką sprawę?
    Eddy: Mógłbym u ciebie zamówić dwa dywizjony myśliwskie?
    BM: To nie byłby problem, ale zależy jaki model samolotu?
    Eddy: A jaki jest najlepszy?
    BM: Italo twierdzi, że Fiat CR. 32 to obecnie nasz najlepszy samolot myśliwski. Mocna konstrukcja kadłuba oraz zwrotność sprawia, że jest lubiany przez załogi.
    Eddy: No to niech będzie ten fiacik. Zapłacę ci w makaronie, co ty na to?
    BM: Niech będzie.
    Eddy: Ile będzie trwała produkcja?
    BM: Myślę, że niezbyt długo.
    Eddy: Dobra, no to zrobiliśmy interes. Żegnaj.
    BM: Ciao.
    Eddy odłożył słuchawkę w tym samym momencie, gdy weszli Szlachcic i Konata. Wódz zwrócił się do dziewczyny:
    Eddy: Słuchaj Kona, mam jeszcze jedną sprawę do ciebie: zadzwoń do Adolfa i złóż zamówienie na dwie dywizje pancerne. Jeśli chodzi o dokładny model, to zdaję się na twój gust.
    Konata: Jasne, Eddy.
    Eddy: No to leć.
    Konata wybiegła z gabinetu Wodza, zostawiając go i Szlachica samych.
    Szlachcic: Słucham Wodzu, co chciałeś?
    Eddy: Widziałeś czołg?
    Szlachcic: Widziałem.
    Eddy: Wychodzi na to, że brakuje nam 3/5 rządu.
    Szlachcic: Wiem.
    Eddy: Twoim zadaniem jest znaleźć nowych ministrów.
    Szlachcic: Na jakie stanowiska?
    Eddy: Brakuje nam szefów rządu oraz sztabu, ministrów spraw zagranicznych i bezpieczeństwa, no i dowódców marynarki oraz sił powietrznych.
    Szlachcic: Chyba wiem, kogo można by dać na te stanowiska.
    Eddy: No to przyprowadź mi ich tutaj.
    Szlachcic: Wrócę za chwilę. - zasalutował i skierował się do drzwi, gdzie minął się z Konatą.
    Konata: Zamówiłam te dwie dywizje, nie gadałam z nim długo, bo dawał korepetycje jakimś dziewczynom z Bund Deutscher Mädel.
    Eddy: Rozumiem. Dzięki Konata.
    Konata: Nie ma sprawy, Eddy.
    [​IMG]
    Adolf daje korepetycje​

    W tym samym momencie do pokoju wraz z Szlachcicem weszło pięciu chłopa.
    Szlachcic: Przyprowadziłem ich, tak jak chciałeś Wodzu.
    Eddy: Dzięki Szlachcic. No, teraz przedstawcie mi się. Choć w sumie Ante, Alojzije oraz Iđe już znam, ale nie znam was dwóch. Jak się nazywacie?
    VK: Ja jestem Vladimir Kren, służyłem jako kapitan w Jugosłowiańskich Królewskich Siłach Powietrznych.
    DJ: Nazywam się Đuro Jakčin, bardzo dobrze znam się na wszystkim co związane z flotą.
    Eddy: No dobrze, w takim razie ustawcie się w szeregu. Szlachcic, ty też.
    Wszyscy wykonali rozkaz Wodza bez ociągania się. Eddy podszedł do Ante i powiedział:
    Eddy: Ante Paveliciu, mianuję cię szefem rządu.
    AP: Dziękuję to dla mnie zaszczyt. - odpowiedział i uścisnął dłoń Wodza. Podobnie przebiegało mianowanie innych ministrów.
    IŚ: Zaraz, a właściwie to co się stało z poprzednimi ministrami?
    Eddy: Cóż, jednych wy*********em, a drudzy sami uciekli. Widocznie uznali, że dla takich szkodników nie ma tu miejsca. I mieli rację.
    Na te słowa wszyscy obecni zaczęli się śmiać, łącznie z Wodzem.
    Eddy: He he he, dobra, to by było na tyle. Konata, zaprowadź wszystkich do ich gabinetów, ja wracam do pracy.
    Konata: Dobrze.
    Wszyscy: Chwała zwycięstwu!
    Eddy: Chwała zwycięstwu.
    [​IMG]
    Nowy skład rządu

    KONIEC​
     
  18. Komunistička balada
    [​IMG]
    Podkład muzyczny

    3 sierpnia 1934, ok. 17.00, centrum Lublany
    Cała załoga jechała czołgiem główną ulicą Lublany z Michaiłem jako kierowcą. Atmosfera w środku była dość napięta, i to nie z powodu zepsucia powietrza.
    Ed: Tak w ogóle to gdzie jedziemy? I czemu główną ulicą?
    MT: Nawet nie wiem, jadę gdzie oczy poniosą.
    Ed: Co *****?
    MT: Nikt nic nie mówił na ten temat, gdy planowaliśmy ucieczkę.
    Ed: A więc to było zaplanowane?
    Rolf: Tak.
    Ed: Z kim ja muszę pracować...
    W czołgu znów na parę minut zapanowała cisza. Przerwał ją dopiero Ed, gdy Michaił zatrzymał się na czerwonym świetle:
    Ed: Towarzyszu, po jakiego wała stajecie na czerwonym?
    MT: Towarzyszu Edzie, to, że jedziemy czołgiem, nie znaczy że jesteśmy lepsi od obywateli, którzy jeżdżą zwykłymi samochodami.
    Ed: Dobra, dobra, niech ci będzie. A tak w ogóle, to głodny jestem.
    MT: Kurde, ja też.
    Rolf: I ja. Przez to ekspresowe składanie czołgu nie miałem czasu nic zjeść.
    Jonny: To gdzie jedziemy?
    Tsukasa: Ja bym proponowała do vonDonaldena.
    Kagami: Coś ty, chcesz jeść w tym burżuazyjnym ****ie?
    Tsukasa: A znasz jakiś proletariacki lokal?
    Kagami: Eee... nie.
    Tsukasa: No właśnie...
    Rolf: Wiela mamy piniondzów?
    Ed: Zrzuta, towarzysze!
    Po zebraniu pieniędzy okazało się, że towarzysze mogą sobie zafundować iście królewski (jak na edolandzkie standardy) obiad. Michaił obrał kurs na bar szybkiej obsługi spod znaku vonDonaldena. Po pięciu minutach byli już na miejscu.
    MT: Wchodzimy do środka czy podjeżdżać do vonFahren?
    Ed: Podjedź. Dobra Tymotheus, zamawiasz.
    TvT: Dlaczego ja?
    Ed: Bo ciebie tu nikt nie zna, a nas owszem.
    TvT: No dobra... mówcie, co chcecie.
    Po wysłuchaniu potrzeb załogi, otworzył właz i wychynął na zewnątrz.
    Pracownica vD: Dzień dobry, co podać?
    TvT: Witam, proszę o 3 duże shake waniliowe, jeden duży truskawkoy, jeden mały czekoladowy, dwie duże cole, trzy hamburgery, dwa opakowania vonKlumpen, duże frytki i małą tortillę.
    Pracownica vD: Rozumiem, czy to wszystko?
    TvT: Tak. - odpowiedział Tymotheus i podał pieniądze. Chwilę później wszyscy w czołgu zajadali się pożywieniem z vonDonaldena.
    MT: Wszystko ładnie, pięknie, ale jak zobaczę w czołgu jakieś śmieci, i dowiem się od kogo one są, to będzie ********.
    Jonny: Jasne, jasne.
    Ed: Nudno tu trochę. Włączę radio, może będzie coś ciekawego.
    To mówiąc, Ed włączył odbiornik. Po chwili szumu wreszcie usłyszeli głos spikera:
    Spiker: ...to był najnowszy przebój Davida Veguetty "Dragonball". Teraz czas na wiadomości z kraju i świata. Rząd Edolandu złożył zamówienie na samoloty i czołgi dla naszej armii. Znamy jedynie model samolotu, ponieważ tylko tyle zdołaliśmy się dowiedzieć. Nasi piloci będą latali na lubianym Fiacie CR. 32.
    Ed: O ja ********.
    Rolf: Będzie trzeba się pospieszyć z przygotowaniem rewolucji, jeśli nie chcemy, aby skończyła się klęską...
    MT: Cicho!
    Spiker: ...z ostatniej chwili dowiedzieliśmy się, że został skompletowany nowy rząd Edolandu. Nie są znane przyczyny, z których trzeba było szukać nowych ministrów. Podejrzanym jest, że w rządzie dominują od teraz Chorwaci.
    Kagami: O, jeśli chodzi o agitację, to teraz pójdzie nam dużo łatwiej.
    Tsukasa: Żebyś wiedziała...
    Spiker: ...to na razie wszystkie wiadomości, jakie chcemy państwu przekazać. Teraz puścimy najnowszy włoski przebój "Burdello bum bum".
    MT: Hm, to nie wygląda za dobrze...
    Ed: Wiecie co, chyba wiem dokąd musimy teraz pojechać.
    MT: Dokąd?
    Ed: Do mojego znajomego. Przebywa obecnie w lasach na północny zachód od Zagrzebia.
    Jonny: A starczy nam benzyny?
    MT: Starczy, na tym T28 daleko zajedziemy.
    Ed: Dobrze, no to obierajcie kurs, towarzyszu Michaile.
    MT: Tak jest. - odpowiedział Michaił, po czym włączył prawy kierunkowskaz i skręcił do miejskiego parku.
    Tsukasa: Czemu wjeżdżasz do parku?
    MT: Bo tędy jest krócej. Jak wyjedziemy, to będziemy mieli krócej do drogi krajowej prowadzącej do Zagrzebia.
    Kagami: Ed, a masz w ogóle mapę?
    Ed: Pewnie, że mam.
    Kagami: Daj ją towarzyszowi Michaiłowi.
    Dowódca komunistów podał mapę kierowcy. Ten ze zrozumieniem pokiwał głową i powiedział:
    MT: Nie ma żadnego problemu. Ten czołg poradzi sobie ze wszystkim.
    [​IMG]
    Komuniści przy vonFahren​

    W tym samym czasie, park miejski w Lublanie
    Na ławce w parku siedziało sobie dwóch żołnierzy. Znasz ich, czytelniku, ponieważ byli to John Miller i jego kolega Bill Taylor.
    BT: Ale mi się pić chce.
    JM: Mhm, a Spartonka jest jakieś dwadzieścia metrów od nas.
    BT: Szkoda, że pieniędzy nie mamy.
    JM: Od czasu, jak Davis spalił zeszycik ekspedientce, bo miał za dużo długów, nie sprzedawają nam na krechę.
    BT: Pożyczyć też nikt nie chce, same Żydy wokół nas.
    JM: Ano... zaraz, ty widzisz to samo co ja?!
    BT: Eee... czołg? Welsh już by namiot stawiał, jeśli wiesz co mam na myśli.
    JM: Wiem. Hm, chyba mam ********y pomysł...
    BT: Jaki?
    JM: Chodź za mną. Bierz broń i lecimy.
    BT: Co chcesz...
    JM: Zobaczysz.
    [​IMG]
    Logo Spartonki​

    Załoga czołgu dojeżdżała już do końca parku, gdy nagle dwóch mężczyzn zablokowało im wyjazd i zaczęło iść w ich stronę.
    Ed: Co do...
    Kagami: ***** mać, edolandzcy żołnierze.
    Jonny: Kazali nas szukać?
    Rolf: Wiedzą, że to my?
    Tsukasa: Cicho. Tymotheus, wyłaź i gadaj z nimi.
    TvT: Znowu ja?
    Kagami: Tak, ty. Nikt cię tu nie zna oprócz nas. Wyłaź i nie *******.
    W tej samej chwili jeden z żołnierzy podniósł rękę, każąc się zatrzymać. Tymotheus otworzył właz i pokazał się:
    TvT: Słucham?
    JM: Witam, przeprowadzamy kontrolę pojazdu. Proszę okazać mi dokumenty czołgu.
    TvT: Tak jest - odpowiedział von Tobiasov i zajrzał do środka czołgu:
    TvT: Michaił, masz jakieś ****** dokumenty?
    MT: Oczywiście.
    TvT: To dawaj. - otrzymał dokumenty, po czym wyszedł z czołgu i podał je żołnierzowi - Proszę bardzo.
    JM: Hm... przeglądy techniczne są... OC i AC też... wszystko wygląda w porządku. Dobrzę, oddaję dokumenty.
    BT: No to teraz sprawdzimy, czy są wymagane rzeczy. Wycieraczki są?
    TvT: Eee... są.
    BT: Kierunkowskazy są?
    TvT: Tak.
    BT: Lusterka?
    TvT: Też.
    BT: Powietrze w oponach?
    TvT: Mamy gąsienice.
    BT: Dobrze. - odpowiedział Bill, po czym nachylił się do Johna i wyszeptał:
    BT: Cholera, do niczego nie mogę się przyczepić...
    JM: Wiesz co, chyba mam pomysł... - to mówiąc, podszedł do pojazdu, wlepił wzrok w lakier i krzyknął:
    JM: Acha!
    Tymotheus i Bill spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
    JM: Ten czołg ma lakier niezgodny z ustawą. Kolor powinien być dokładnie #9DAB92
    TvT: A jaki my mamy?
    JM: #9DAB93
    TvT: A to nie mogą nam panowie darować tego jednego numerka?
    JM: Niestety, takie są przepisy, będę musiał wypisać mandacik...
    TvT: Ech...
    JM: Chyba, że sypnie pan drobną walutą, to możemy zapomnieć o sprawie.
    TvT: Ile?
    JM: Piątak.
    TvT: Proszę...
    JM: Dziękuję i życzymy miłego dnia - odpowiedział John i razem z Billem poleciał prosto do Spartonki. Tymczasem Tymotheus wszedł do czołgu i stwierdził:
    TvT: Ciekawe macie tu przepisy...
    Ed: Nigdy o czymś takim nie słyszałem. Ale biorąc pod uwagę inteligencję tego niziołka, to nie zdziwiłbym się, gdyby to była prawda.
    MT: Dobra, no to jedziemy dalej...

    3 sierpnia 1934, ok. 20.30, lasy w pobliżu Zagrzebia
    Podróż minęła towarzyszom nawet szybko, ponieważ Tymotheus opowiadał im o swoich dziejach i o Indonezji. Mimo, że pora była już dość późna, słońce jeszcze nie zaszło. Dzięki temu Michaił jeszcze widział, dokąd jedzie.
    MT: Naprawdę jesteś pewien, że to tutaj?
    Ed: Tak, poznaję to miejsce.
    Jonny: To pół biedy. Teraz trzeba znaleźć tego twojego znajomego.
    Kagami: Albo on znajdzie nas. Jesteś pewien, że to nie żaden gwałciciel czy coś w tym guście?
    Ed: Ludzie, spokojnie. To swój chłop, mówię wam.
    Kamraci przejechali jeszcze kawałek drogi, gdy nagle, nie wiadomo skąd, zostali otoczeni przez partyzantów, którzy trzymali czołg na muszce.
    Tsukasa: Nie mówcie mi, że kolejna kontrola...
    MT: Tym razem robię aferę, obiecuję.
    Ed: Nieee, żadna kontrola - odpowiedział im szef, po czym otworzył właz i z rękami podniesionymi w górę wyszedł z wnętrza czołgu. Partyzanci natychmiast wycelowali w niego broń.
    Ed: Ne pucajte, drugovi. Ovo ja, drug Ed.
    Jeden z partyzantów, który wyglądał na ich szefa, opuścił broń i podrapał się w głowę:
    Szef: Towarzysz Ed? To naprawdę wy?
    Ed: Nie *****, towarzysz Stalin. Nie poznajesz mnie, idioto?
    Szef: Aaa, rzeczywiście. Nikt inny nie ma jednej brwi. Co tu robisz, towarzyszu? Sam przyjechałeś?
    Ed: Nie, z ekipą.
    Szef: Jak to?
    Ed: Wytłumaczę ci po drodze. Wskakujcie na czołg i jedziemy, towarzyszu Aleksandrze.
    Aleks: Już się robi. Wskakujemy, chłopaki!
    Pięciu chłopa wraz z ich dowódcą wskoczyło na czołg i usadowiło się na miejscach. Ed dał polecenie Michaiłowi ,żeby jechał, po czym zamknął właz i zasiadł koło Aleksandara.
    Aleks: Właściwie, to po co przyjechaliście?
    Ed: Żeby zobaczyć się z towarzyszem Tito. I pomóc w przygotowaniu rewolucji.
    Aleks: Jak to? Przecież robicie w rządzie Edolandu, nie?
    Ed: Robiliśmy. Ale uznaliśmy, że *******imy taką robotę i jedziemy do was.
    Aleks: Nie będą was szukać?
    Ed: Nieee. Zresztą, i tak nas już zastąpili jakimiś faszystami. I to chorwackimi na dodatek.
    Aleks: Uuu, będzie przypał.
    Ed: Będzie. Poza tym, co u was nowego?
    Aleks: A, nic szczególnego. Poznajesz chłopaków, mam nadzieję?
    Ed: No pewnie, że tak. Milovan, Koča, Ivan, Arso i Stanoje, mam rację?
    Aleks: A jakby inaczej?
    Ed: Ha, zapamiętałem!
    Aleks: A doszło ostatnio paru nowych. Przedstawię wam ich później.
    Ed: Jasne, ale najpierw musimy spotkać się z towarzyszem Josipem. Pewnie się zdziwi, jak mnie tu zobaczy.
    Aleks: Żebyś wiedział. Wygląda na to, że dojeżdżamy.
    Ed: Fiu fiu. Widzę, że nieźle się rozbudowaliście.
    Ivan: Tak, nawet już nie musimy w strumieniu myć, bo bieżącą wodę mamy.
    Milovan: Ba, nawet kibel mamy porządny! Co prawda wychodek zwykły, ale lepsze to niż dziura w ziemii.
    Ed: Rozumiem... a wannę z sosem macie może?
    Stanoje: Niestety nie. Byśmy wiedzieli, że przyjedziesz...
    Ed: No nic. Dobra, koniec jazdy, wysiadka - polecił towarzyszom, po czym wstał, otworzył właz i krzyknął do środka:
    Ed: Wyjazd z baru, jesteśmy na miejscu!
    Rolf: No co ty ***** nie powiesz? - odpowiedział mu Rolf, który jako pierwszy wygramolił się z czołgu. Zaraz po nim wyszła reszta brygady z Michaiłem na końcu. Aleks zlustrował ich od góry do dołu, po czym stwierdził:
    Aleks: No, widzę, że o przyrost naturalny też zadbałeś.
    Na te słowa Tsukasa się zarumieniła, a Kagami sięgnęła do kabury by wyciągnąć tetetkę.
    Aleks: Spokojnie, ja tylko żartowałem. Teraz możemy iść do towarzysza Josipa.
    Ed: Ano. Chodźcie, towarzysze. - wydał rozkaz Ed i cała grupa skierowała się do obozu. Jednak w trakcie drogi Ed zatrzymał się i zrobił solidnego facepalma:
    Ed: *****, o broni zapomnieliśmy...
    Tsukasa: Spokojnie, wzięliśmy wszystko.
    Ed: Mojego Mosina wzięliście?
    Rolf: Wzięliśmy.
    Ed: Fiu, a już myślałem...
    Arso: Używacie Mosinów?
    Ed: Tak. Każdy ma swojego Mośka, oprócz Tymotheusa. Ale dopiero dzisiaj go poznaliśmy.
    Arso: Hm, to trochę źle. Powinniście mieć jakąś broń maszynową, choćby pepeszę.
    Ivan: Młody, umiesz posługiwać się bronią?
    TvT: Oczywiście! W końcu pochodzę z rodu von Tobiasovów, nie umieć posługiwać się bronią to w naszej rodzinie hańba. - odpowiedział, po czym wyciągnął rapier i zakręcił w bardzo skomplikowany sposób.
    Ivan: Łaaał... - na twarzy Ivana było widać szczery podziw. Milovan nie podzielał jego uczucia. Podniósł z ziemi jakiś patyk i spróbował powtórzyć sztuczkę Tymotheusa:
    Milovan: Phi, też tak umie... - i w tym momencie solidnie uderzył się patykiem w klejnoty rodowe.
    Tsukasa: Nic ci nie jest?!
    Milovan: Nie... ale trochę boli.
    Aleks: Ej, weźcie się uspokójcie. Obóz jest o rzut głową faszysty stąd.
    Milovan: Spoko, chodźmy dalej.
    [​IMG]
    Las, w którym znajduje się obóz partyzantów​

    Jakąś minutę później byli już przy wejściu do obozu. Choć obóz to za mało powiedziane. Bardziej wyglądał na małą wieś, ze względu na rozmiar. Ogólnie można było dostrzec w nim wielu mężczyzn, z których każdy z nich miał jakąś pracę do wykonania. Choć wyglądało na to, że w obozie panuje swego rodzaju poruszenie. Tymczasem grupa zatrzymała się przy wejściu, którego pilnował strażnik. Śpiący, dodajmy.
    Rolf: A jemu co?
    Aleks: Śpi.
    Jonny: Tak po prostu?
    Ivan: On zawsze śpi, jak jest jego zmiana.
    Arso: Zrobimy mu jakiś numer?
    Ivan: Zależy jaki. Ostatnio wydawał się być zdziwiony, gdy obudził się z wiadrem na głowie i miotłą w rękach.
    Aleks: Ta, ***** myślał, że oślepnął.
    Kagami: Nie słyszy nas?
    Stanoje: Chyba nie. Hm, mam pomysł. - to mówiąc, podszedł bliżej do strażnika, wyciągnął ze swojej kieszeni superglue i lekko podnosząc jego palce, przykleił mu je do karabinu.
    Stanoje: No, to się Nikola zdziwi.
    Tsukasa: To chyba trochę chamskie...
    MT: Ale, dobry kawał.
    Ed: Możemy w końcu wejść?
    Aleks: Jasne. Chodźmy. - odpowiedział Aleksandar i otworzył bramę do obozu, żeby mogli wejść. Zaraz gdy weszli, podszedł do nich jakiś partyzant:
    Partyzant: Aleks, gdzie wyście ***** byli tyle czasu?! Ognisko samo się nie przygotuje!
    Aleks: Spokojnie Alija, byliśmy sprawdzić, co za intruz wjechał do lasu czołgiem.
    Alija: To oni?
    Aleks: Tak. Pamiętasz Eda?
    Alija: Eda... Pamiętam.
    Aleks: Przyjechał do nas z ekipą na dłużej.
    Alija: Po co?
    Aleks: Za chwilę ci wytłumaczymy. Traficie sami do towarzysza Josipa?
    Ed: Jasne. To ten największy domek, nie?
    Aleks: Tak.
    Ed: Dobra, to idziemy.
    Po drodze Ed wytłumaczył towarzyszom, że Alija jest odpowiedzialny w obozie za wiele rzeczy, ale to Josip jest tu szefem. Tak opowiadając weszli do kwatery Josipa. Zastali go, jak razem z jakimś innym partyzantem wieszali obraz przedstawiający chorwacką plażę.
    Tito: Trzymaj równo obraz.
    Partyzant: Trzymam...
    Tito: Dobra, na trzy-cztery. Trzy, czte...
    Partyzant: O, chyba goście przyszli - pomocnik Tity odwrócił głowę w ich stronę. Josip nieopatrznie zrobił to samo, jednocześnie waląc się mocno z młotka w palec.
    Tito: ***** JAKI BÓL!!!
    Partyzant: Towarzyszu, nic ci się nie stało?
    Tito: Nie, tylko boli jak sto chuji!
    Ed: Witajcie towarzysze, wybaczcie że wam przeszkadzamy...
    Tito: Ed? - Josip ze zdziwienia aż zapomniał o bólu palca - Co ty tu robisz? I to jeszcze z ferajną?
    Ed: Wytłumaczę ci...
    Tito: Poczekaj. Najpierw usiądźcie. Hm, chyba braknie krzeseł... Premislav, skocz do kuchni po krzesła.
    Premislav: Da!
    Tito: No, to co was do mnie sprowadza?
    Ed: Cóż, sytuacja zmusiła nas do ucieczki z Lublany. Eddy wygonił muzułmanów z kraju, a pewnie to samo chciał zrobić z nami. Ale go ubiegliśmy.
    Tito: W radiu mówili, że powołano nowych ministrów. I zastanawiałem się, co z wami.
    Ed: Uciekliśmy do ciebie. I zamierzamy zostać na dłużej. Będziemy pomagać wam w przygotowywaniu rewolucji. Oczywiście, jak nas przyjmiesz.
    Tito: Jasne, że was przyjmę. Każę chłopakom przenieść się tymczasowo do innych domków, by do was był jeden cały.
    Ed: A możemy podjechać bliżej czołgiem?
    Tito: To wy nim przyjechaliście?
    Ed: No.
    Tito: Możecie.
    Ed: Michaił, leć i podjedź do bramy.
    MT: Już lecę. - odpowiedział i wybiegł z domku.
    Tito: Michaił? Michaił Tuchaczewski?
    Rolf: Tak, właśnie on.
    Tito: Kto by pomyślał, ktoś taki u mnie w obozie... A Lenina też wzięliście?
    Kagami: Nie, ale znamy go. Mieszka na Placu Czerwonym w Moskwie.
    Tito: Kto by go nie znał... dobra, chodźcie ze mną. Akurat przygotowujemy się do naszego codziennego ogniska.
    Tsukasa: Ogniska?
    Tito: Tak. To nasz taki codzienny rytuał. Wieczorami wszyscy przy ciepełku pieczemy kiełbaski, pijemy piwo, opowiadamy różne historie i śpiewamy piosenki. To wzmacnia nasze poczucie więzi i ducha wspólnoty.
    Rolf: Brzmi fajnie.
    Tito: I jest fajnie.
    Ed: Pamiętam, byłem raz na waszym ognisku. Co tam się za rzeczy działy... Właśnie, jak mnie nie było, to ktoś jeszcze oprócz Dina się podpalił?
    Tito: Z tego co pamiętam, to nie. Ale od tamtego czasu zawsze mamy wiadro z wodą pod ręką.
    Tsukasa: Jak ktoś mógł się podpalić ogniskiem?
    Tito: Cóż, jak się fajtłapą i nie patrzy dokąd idzie, to tak się to później kończy.
    Ed: A pamiętasz co wtedy zrobił Franjo? ***** zamiast mu pomóc, to gonił za nim z patykiem i darł się, żeby się zatrzymał, bo mu się kiełbasa nie może zagrzać.
    Tito: Oj, pamiętam.
    Premislav: Mam te krzesła - w międzyczasie pojawił się Premislav niosąc krzesła - Gdzie je postawić?
    Tito: Postaw je. I tak już wychodzimy na zewnątrz.
    Premislav: To po co ja ich po całym strychu szukałem?
    Tito: Wybacz, tak wyszło. Zostaw je i chodź z nami.
    Premislav: Dobrze...
    Nagle drzwi otworzyły się z impetem i ukazał się w nich Michaił:
    MT: Ten Nikola to twardy zawodnik. Nawet jak podjechałem czołgiem, to mu nawet powieka nie drgnęła.
    Ed: Dalej ma ten karabin przyklejony do dłoni?
    MT: No. Poza tym, patrzcie co znalazłem w bagażniku! - w tym momencie wyciągnął z kieszeni dwie butelki wódki - Ktoś reflektuje na napitek?
    Tito: Ty jesteś Michaił Tuchaczewski, nie?
    MT: Tak, to jestem ja.
    Tito: Miło mi cię poznać. Naprawdę szkoda, że cud nad Wisłą pokrzyżował ci plany...
    MT: Stare dzieje, nie ma do czego wracać. To co, pijemy po jednym?
    Tito: Zostaw, będzie na ognisko.
    MT: Jakie ognisko?
    Ed: Wytłumaczymy ci po drodze. Teraz chodź.
    MT: Jak chcecie... - odpowiedział Michaił, po czym odwrócił się i wyszedł przez drzwi na zewnątrz, a zaraz za nim reszta brygady...
    [​IMG]
    Od lewej: Aleksandar, Josip i Milovan

    KONIEC​
     
  19. Komunisti i muslimani
    [​IMG]
    Podkład muzyczny

    3 sierpnia 1934, ok. 21.45, lasy w pobliżu Zagrzebia
    Słonko powoli chowało się za horyzontem, pozostawiając już niewiele swojego światła. Mimo to, w obozie panował gwar i poruszenie spowodowane przygotowaniami do ogniska. Również uciekinierzy pomagali partyzantom w przygotowaniach. Z kolei Michaił i Josip dosłownie nie mogli się nagadać, zwłaszcza, gdy Michiał dowiedział się, że Josip pewien okres czasu spędził w ZSRR. Tymczasem Tymotheus przechadzał się po obozie i rozmawiał z najmłodszym z partyzantów - Premislavem.
    TvT: Więc mówisz, że tu u was to zawsze jest wesoło?
    Premi: Żebyś wiedział. Choć najlepsze to są u nas akcje.
    TvT: Właśnie, przeprowadzacie jakieś akcje dywersyjne czy coś?
    Premi: Hm, ostatnio zrobiliśmy wjazd na chatę leśniczemu...
    TvT: Łał...
    Premi: ...ale nie było go w domu.
    TvT: I co zrobiliście?
    Premi: Opróżniliśmy lodówkę i zabraliśmy radio. Niestety radio odstrzelił Janez, bo Aleks wciąż słuchał Lady Zgagi. Swoją drogą, Janez jest najstarszy spośród nas.
    TvT: Ile ma lat?
    Premi: Siedemdziesiąt jeden. Jeszcze pamięta powstanie Cesarstwa Niemieckiego. Chcesz, to mogę ci go przedstawić. Śpi o tam, na tej kłodzie.
    TvT: Ten, co podpiera się karabinem?
    Premi: Tak, służy mu jako laska. Poczekaj, zaraz go obudzę. - odpowiedział Tymotheusowi i podszedł do śpiącego. Nachylił się mu do ucha i coś wyszeptał, a ten nagle obudził się i podskoczył jak oparzony:
    Janez: *********y! Już ja im dam! Atak! - wrzeszczał i wywijał karabinem na wszystkie strony, niemal zachaczając bagnetem Tymotheusa.
    Premi: Spokojnie, nikt nas nie atakuje.
    Janez: Co? A niech cię szlag Premislav, już tak dobrze mi się spało...
    Premi: I tak sobie już nie pośpisz, ognisko za niedługo się zacznie.
    Janez: Ach, no chyba że tak. Idę sobie zająć miejsce w takim razie. - podniósł się z kłody i powoli idąc, przy czym pomagał sobie karabinem, skierował się w stronę ogniska, które już rozpalali Alija i Rolf.
    TvT: Uch, dość krewki jak na swój wiek.
    Premi: Walczył na czterech frontach podczas I wś. Dziwisz się mu?
    TvT: No, teraz już nie.
    Premi: Jego doświadczenie bardzo nam się przydaje. Gdyby nie on, to nas mogłoby tu teraz nie być.
    TvT: Rozumiem.
    Premi: Ale wiesz co, chodźmy już też sobie zająć miejsce.
    TvT: Jasne. - odparł i obaj poszli sobie usiąść na drewnianej ławeczce przy ognisku. Chwilę później zaczęli przychodzić inni, a ognisko w końcu zostało rozpalone, co prawda po tym, jak Rolf dolał paliwa z czołgu, ale zawsze coś.
    Tito: No dobra, wygląda na to, że możemy zaczynać. Wszystko jest już gotowe?
    Alija: Wszystko. Ogień jest, jedzenie też jest, i ludzie też są.
    Ed: Czegoś mi tu brakuje.
    Tito: Jak to? Przecież wszystko jest, nie?
    Ed: Brakuje mi sosu.
    Jonny: Nie martwcie się towarzyszu Edzie, w międzyczasie skoczyłem po sos do czołgu.
    Ed: Zaraz, skąd mamy sos?
    MT: Hm, z VonDonaldena jeszcze został. Ale tylko słodko-kwaśny, bo nie mieli tatarskiego.
    W tym momencie wszyscy zrobili minę.
    Tito: Ed, jak mogliście jeść w tym burżuazyjnym szajsie?
    Ed: Co poradzę, mieliśmy ograniczone możliwości. Poza tym, chciałoby ci się jeździć czołgiem po stolicy w poszukiwaniu innego lokalu?
    Ivan: O w ****, jeździliście po stolicy tak bez przypału?!
    Jonny: Nie no, jak jechaliśmy przez park, to się dwóch żołdaków doczepiło, że kolor niezgodny z ustawą.
    Koča: *****, gorzej niż za Olka!
    Arso: Jak tak dalej pójdzie, to już wkrótce zaczną się doczepiać do koloru skóry.
    Alija: Nie zdziwiłbym się, po faszystach można się wszystkiego spodziewać.
    Tito: Zgadzam się z wami. Ale teraz nadszedł czas jedzenia. Wszyscy mają patyki? Tak? Dobra, to bierzcie swoje mięcho i smacznego wam życzę.
    Wszyscy: Nawzajem! - odpowiedzieli wszyscy i zabrali się za jedzenie. Jednak w trakcie posiłku Tymotheusa coś tknęło:
    TvT: Zaraz, nie ma nic do picia?
    Alija: Jak to nie ma, przecież beczki... Gdzie są beczki?!
    Stanoje: Ktoś spieprzył robotę. Chodźcie ktoś ze mną, to je tu zaraz załatwię.
    MT: Ja pójdę.
    Tito: Dobra, idźcie, tylko szybko, bo się wszystkim pić chce.
    Stanoje: Jasne, jasne. - odpowiedział szefowi i wraz z Michaiłem ruszył po napoje. Tito popatrzył krótką chwilę jak idą, po czym zwrócił się do Eda:
    Tito: Ed, opowiecie nam o waszej podróży?
    Ed: No pewnie. Co chcecie wiedzieć?
    Tito: Hm, może po prostu zacznijcie od początku?
    Ed: Dobra. Otóż wszystko zaczęło się, gdy byłem niedaleko Fiume razem z Kagami...
    W tym samym czasie, gdy Ed opowiadał o ich dzisiejszych perypetiach, Stanoje i Michaił szukali beczek z napojami.
    Stanoje: Dziwne, nigdzie nie mogę ich znaleźć...
    MT: Gdzie je zazwyczaj trzymacie?
    Stanoje: Koło stołówki. Ale sam widziałeś, jak tam byliśmy.
    MT: Ano. Więc gdzie mogą być?
    Stanoje: Nie wiem. Ale musimy je znaleźć, bo inaczej mi się dostanie.
    MT: Wiesz co? Obalmy sobie po flaszeczce, to nam się będzie lepiej szukać - oświadczył Michaił i wyciągnął z kieszeni dwie butelki. Serbowi zaświeciły się oczy.
    Stanoje: Chłopie, skąd tyś je wytrzasnął?!
    MT: Nie tak głośno. Znalazłem w czołgu. Bierz i pij.
    Stanoje: Dzięki. Fajny z ciebie gość.
    MT: Nie ma za co. Pij szybko i idziemy szukać dalej. - odpowiedział i wyrzucił pustą butelkę za siebie.
    Stanoje: Jak ty to...
    MT: Pij.
    Stanoje: Już! *gul gul gul* Ach, miło było, ale się skończyło. Możemy iść.
    MT: Wyrzuć i idziemy.
    Stanoje: Dobrze. Swoją drogą, prawdziwy zawodowiec z ciebie.
    MT: Cóż, lata praktyki robią swoje.
    Stanoje: Widać. Czy mi się wydaje, czy ja tam coś widzę?
    MT: Gdzie? Tam przy bramie?
    Stanoje: Da. To jest chyba to, czego szukamy.
    MT: Nie "chyba", tylko to jest to. Chodźmy i wracajmy.
    Obaj udali się w kierunku obiektu poszukiwań, jednak Stanoje nagle stanął jak wryty i wyszeptał cicho:
    Stanoje: O *****...
    MT: Co... - nie dokończył, ponieważ zobaczył to samo co jego towarzysz. Czyli Nikolę. Z żądzą mordu w oczach i karabinem przyklejonym do dłoni.
    Nikola: Czego *****, grzecznie pytam?!
    Stanoje: Przyszliśmy po beczki...
    Nikola: ***** dostaniecie a nie beczki!
    Stanoje: Towarzysz Tito kazał...
    Nikola: ****o mnie to obchodzi! Kto mi to zrobił?! - wykrzyknął i podniósł ręce do góry wraz z karabinem.
    Stanoje: Eee... Lazar!
    Nikola: Takiego wała! Lazar pojechał do rodziny, więc to na pewno nie on!
    Stanoje: Dobra, to ja!
    Nikola: No to teraz wsadzę ci ten bagnet w ****! - wrzasnął i zaczął kroczyć w kierunku Serba z karabinem w pozycji bojowej.
    MT: Wiesz co, może lepiej się pogódźcie? - Michaił próbował swoich sił jako mediator, jednak szło mu w tym kiepsko, bowiem Stanoje miał go w nosie.
    Stanoje: No dawaj *****, no chodź! - i również ruszył przed siebie. Gdy już byli w odległości ok. 1 metra od siebie, Nikola wziął zamach i...
    Tymczasem ognisko trwało w najlepsze, a towarzysze chyba zapomnieli o tym, że kogokolwiek gdzieś wysyłali. Ed właśnie opowiadał o kontroli w parku:
    Ed: ...no i kontrolują ten czołg, ale wszystko wygląda cacy. No to jeden z nich nagle wytrzesza gały na czołg i krzyczy...
    Nagle Edowi przerwał nieludzki wrzask przypominający zarzynaną świnię, a sekundę póżniej jeszcze głośniejszy okrzyk "JASNA ***** I STO MILICJANTÓW!!!". Wszystkich na chwilę zamurowało. Po ok. pół minucie Tymotheus spytał powoli:
    TvT: Co... to... było?...
    Aleks: Nie mam pojęcia, ale chyba dochodziło ze strony wejścia.
    W tym momencie Ed i Tito natychmiast poderwali się ze swoich siedzeń i zaczęli biec szybciej niż nawet Usain Bolt w kierunku, skąd dobiegał wrzask. Gdy biegli przez miejsce, gdzie pito wódkę, Ed niespodziewanie potknął się i wyrył pyskiem o ziemię. Tito zatrzymał się:
    Tito: Ed, nic ci nie jest?
    Ed: Chyba nie... Zaraz, przecież to są butelki po wódce!
    Tito: A to *****, z nami się nie podzielili?!
    Ed: Musimy ich dopaść! - podniósł się z podłoża i wraz z Titą pobiegli dalej. Po chwili byli już na miejscu, gdzie zastali burdel jak pod Sommą w 1916: Stanoje leżał w kałuży krwi na ziemi, a Nikola i Michaił mierzyli do siebie nawzajem z broni.
    Tito: Co tu się do ***** nędzy wyrabia?!
    Michaił: Nikola dźgnął go bagnetem!
    Nikola: On zaczął! Przykleił mi karabin do dłoni, ten *********!
    Tito: Spokój już, bo nie wyrobię! Później będziemy wyjaśniać, teraz pomoc medyczna dla niego, a tobie trzeba będzie to jakoś odkleić!
    Ed: Z tej wódki też się będziecie tłumaczyć. Miała być dla wszystkich.
    Tito: A tak w ogóle to co się mówi?
    Nikola: Przepraszam...
    Stanoje: P-prze... praszam... ała...
    Ed: Michaił, leć po pomoc.
    MT: Nie trzeba, chyba już ktoś tu leci. - zauważył. I rzeczywiście, właśnie dobiegali do nich Rolf i Aleks.
    Ed: Rolf, Aleks, wy weźcie rannego, a ty Michaił idź z Nikolą.
    Towarzysze zabrali się do wykonywania rozkazów. Gdy po chwili byli już w pewnej odległości od Eda i Tity, ten ostatni splunął soczyście na ziemię i stwierdził:
    Tito: Wiesz Ed, jestem chyba na to wszystko za stary, ewidentnie za stary...
    [​IMG]
    Nikola vs. Stanoje​

    4 sierpnia 1934, ok. 3.00, Warszawa
    Jimmy właśnie wracał wraz z Deską z nocnej eskapady do ubikacji, gdy nagle jego uwagę przykuły tajemnicze drzwi. Te, których zabronił otwierać Ignacy. Tym razem jednak drzwi było lekko uchylone, co jeszcze bardziej zachęcało Jimmy'ego do ich otworzenia. Trochę się wahając, otworzył je i wszedł zamykając je za sobą. Po krótkim rozeznaniu spostrzegł, że w pokoiku są schody prowadzące w dół. Jimmy trochę się bał, jednak ciekawość wręcz go zżerała. Schodząc ostrożnie, poczuł nagle dziwne zapachy. Schodząc jeszcze niżej, aż na sam dół, zobaczył drzwi. Otworzył je powoli, aby nikt nie słyszał, i rzucił okiem na to, co było za nimi. Zobaczył... laboratorium, i to całkiem obszerne. Jednak tym, co najbardziej go zaskoczyło, był widok krzątającego się po nim Ignacego. To wszystko wyglądało tak... specyficznie, że aż w głowie Jimmy'ego zaczęło rozbrzmiewać coś takiego:
    W tym niezwykłym domu są zamknięte drzwi
    świat nieznany tam nikomu, wszystko w nim dziwne jest jak sny
    W pracowni swej cudownej Ignacy całe dnie wytęża mózg
    lecz Dmowski wciąż wynalazki te zamienia w gruz
    wyjątkowo tak miłuje nas Ignaca świat.
    Jimmy potrząsnął głową, po czym na pełnym luzie otworzył drzwi, i wchodząc jak do obory powiedział:
    Jimmy: Cześć Ignacy, co robisz?
    Niestety, wszedł w złym miejscu w złym czasie, ponieważ Ignacy w pełnym skupieniu właśnie przelewał coś z jednej probówki do drugiej, a głos Jimmy'ego wystraszył go tak, że puścił je na stół, gdzie stały również inne utensylia chemiczne. Wszystko skończyło się potężnym wybuchem, w wyniku którego dom Józefa Piłsudskiego przestał istnieć. Na szczęście wszyscy przeżyli, jednak ich szok był trudny do opisania. Ignacy wygrzebał się spod gruzów, odkaszlnął dwa razy i powiedział:
    IM: Już nic Jimmy, już nic.
    [​IMG]
    Wybuch domu Józefa - wizja artystyczna​

    Tuż po tym z gruzów wygrzebała się cała reszta brygady, jednak bez właściciela domu.
    CE: Co to było? Jihad?
    Nazz: Nie wiem, ale wszystko mnie boli.
    Miyuki: Ojej, Chudy, nic ci nie jest?
    CE: Chyba nie, jednak strasznie mnie łamie w krzyżu.
    Jimmy: Widział ktoś Józka?
    Miyuki: Ja go nie widzę...
    IM: O nie, wybuch pochłonął Józka! Żegnaj przyjacielu, nigdy o tobie nie zapomnę!
    CE: Ekhem... - odchrząknął Chudy i pokazał palcem do góry. Wszyscy popatrzyli w tamtym kierunku:
    IM: O, widzę, że Józek jak zawsze na tronie.
    Okazało się, że wybuch nie tknął jedynie toalety na górze i kanalizacji prowadzącej do niej. A teraz Józef właśnie siedział na sedesie i czytał "Express Poranny", mając cały świat w głębokim poważaniu.
    JP: Co się stało?
    CE: Dom wyleciał w powietrze.
    JP: ŻE CO?! - krzyknął i aż zleciał z wrażenia, jednak w locie udało mu się podciągnąć gacie. Niestety spadł mordą na gruzy. Chwilę zajęło mu pozbieranie się, po czym wstanął i krzyknął:
    JP: Kto to zrobił?!
    IM: Wybacz mi, robiłem doświadczenia, ale Jimmy mnie wystraszył i bum.
    JP: Co on tam robił, do jasnej cholery?!
    IM: Musiał jakoś wejść...
    Jimmy: Przepraszam, ale tak mnie ciekawiło...
    JP: Synek, synek, bo jak ja ci *******nę to cię krew zaleje! Co ty to ***** mać robisz, co?!
    Jimmy: Ale ciekawość...
    JP: Co jest ***** ciekawość, słuchaj co do ciebie mówię! Której części zdania "nikt nie otwiera tamtych drzwi" nie rozumiesz?
    Jimmy: Przepraszam... - Jimmy już powoli zaczynał płakać.
    CE: Zostaw go Józek. Młody jest i głupi, poza tym, te krzyki nie cofną czasu.
    JP: Wiem, ale mój piękny domek... zniszczony...
    Miyuki: Nie martw się, w następnym odcinku twój dom na pewno będzie odbudowany.
    JP: Obyś miała rację...
    Nazz: Ludzie, ale co teraz? Będziemy spać na polu?
    IM: Nie, pojedziemy do mnie. Widzę, że auto Józka jest nietknięte. Masz kluczyki? - powiedział Ignacy wskazując na Fiata 518 należącego do Józka.
    JP: Są w środku. Możemy jechać, ale jest jeden problem.
    CE: Jaki?
    JP: Nas jest łącznie siedmiu, a w aucie mieści się pięć osób.
    CE: Hm... Jimmy i Deska, pakujcie się do bagażnika.
    Jimmy: Czemu?!
    CE: Bo w rzyci nie ma kaemu. Pojedziecie tam jako sprawcy. Chyba, że wolicie tu zostać, nie ma problemu.
    Jimmy: No dobrze... - odpowiedział i wszedł do bagażnika z Deską. Chwilę później wszyscy byli już we Fiacie.
    IM: No to jedziemy do mnie.
    JP: Oczywiście. Zapinajcie pasy i jedziemy. Tylko żeby nas nikt nie zobaczył, bo endecy będą mieli z nas pompę.
    Po jakimś czasie dotarli do domu Ignacego. Ten opuścił na chwilę samochód i zniknął w domu, by po krótkim czasie wylecieć stamtąd w trybie natychmiastowym i w tym samym trybie wpierniczyć się do auta.
    IM: Józek, uciekamy, mam teściową na chacie!
    Na te słowa Komendant wcisnął gaz do dechy i odjechał zostawiając za sobą metrowe ślady opon.
    CE: Zaraz, to dokąd teraz jedziemy?
    IM: Nie wiem, byle jak najdalej!
    JP: Wiem, do kogo możemy jechać.
    IM: Jedź nawet do Hitlera, ja nie chcę z nią mieć do czynienia!
    [​IMG]
    Fiat, którym porusza się ekipa​

    Po parunastu minutach dotarli do celu. Ignacy wydawał się być uspokojony.
    Miyuki: Gdzie jesteśmy?
    Nazz: Do kogo nas zawiozłeś?
    CE: I czy my go znamy?
    IM: Nie, ale poznacie.
    JP: To twój imiennik, Chudy.
    IM: Dobra, wysiadamy. A jeszcze o tych dwóch winowajcach nie zapomnijcie. - powiedział Ignacy i wszyscy wyszli z samochodu. Chudy otworzył bagażnik, z którego wypadł siny i pół-żywy Jimmy z Deską pod pachą.
    CE: Wstawaj i nie odwalaj maniany. Idziemy.
    Chwilkę później stali już przed drzwiami i czekali aż ktoś otworzy. Minutę później otworzył im zaspany (nie dziwota), krótko ostrzyżony mężczyzna w sile wieku.
    JP: Elo Śmigło, poznajesz nas?
    ŚR: Taak...
    IM: Jest sprawa, ale nie tu na progu. Wpuścisz nas?
    ŚR: Mogę wpuścić. Wchodźcie. - Edward odsunął się i zaprosił gości do środka. Gdy już wszyscy weszli, zamknął drzwi i spytał:
    ŚR: No dobrze, to czemu odwiedzacie mnie w środku nocy?
    IM: No bo wiesz Józkowi chata wybuchła i nie mamy się gdzie podziać a u mnie jest teściowa.
    ŚR: Jak to wybuchła, tak sama z siebie?
    JP: Nie, z pomocą - tutaj Józef popatrzył z byka na Jimmy'ego.
    ŚR: W porządku, rozumiem. I pewnie chcecie, żebym was przenocował?
    IM: Tak, ale tylko na jeden odcinek. Zgodzisz się?
    ŚR: Zgodzę, bo was lubię.
    JP: Dzięki stary. Przedstawię ci naszą ekipę z Edolandu: Chudy Edd, Miyuki, Nazz, Jimmy i Deska.
    ŚR: Z Edolandu? To to państwo, co pokonało Jugosławię w zeszłym miesiącu?
    CE: Tak, właśnie to. Zostaliśmy z niego przepędzeni za to, że wyznajemy islam.
    ŚR: Islam? To czemu wasze kobiety nie mają zakrytych włosów?
    CE: Jesteśmy alawitami.
    ŚR: Cóż, nie będę wnikał. Całe szczęście, że nie szyitami.
    JP: Masz jakieś materace albo wolne łóżka na składzie?
    ŚR: Chyba mam. Ale i tak za ok. 1,5-2 godziny będzie czas modlitwy, więc na razie się nie opłaca iść spać.
    IM: To co będziemy robić?
    CE: Może opowiem Edwardowi naszą historię?
    ŚR: Mi pasuje. Siądźmy w takim razie, przecież nie będziemy stać.
    Wszyscy zasiadli na miejscach i Chudy zaczął opowiadać ich historię. I tak aż do wschodu słońca...

    KONIEC​

    Od autora: no i masz babo placek, w tym odcinku zamierzałem zamieścić coś z gry, jednak widzę, że nie tylko komuniści lubią się rozwlekać...
     
  20. Rođendanski poklon
    [​IMG]
    Podkład muzyczny

    31 sierpnia 1934, ok. 13.45, gabinet Eddy'ego
    Mimo pięknej, jeszcze letniej pogody na zewnątrz, Wódz Edolandu siedział u siebie i pracował nad rzeczami związanymi z państwem. W tym bowiem państwie ludziom żyło się dobrze, bezrobocie malało, a spożycie łamiszczęk na mieszkańca rosło. Właśnie nad tymi słodyczami myślał ostatnimi czasy Eddy, który planował wprowadzić ustawę przydzielającą każdemu żołnierzowi służącemu w edolandzkiej armii, niezależnie od stopnia, jedną łamiszczękę dziennie. Korzyści tej ustawy byłoby wiele, zaczynając od poprawy morale wojaków, a na wzmocnieniu przemysłu łamiszczękowego kończąc. Wódz był tak zaaferowany projektowaniem ustawy, że nawet nie zauważył, iż ktoś zakłada na niego wielki worek i wynosi go w nim z gabinetu. Chwilę zajęło mu ogarnięcie sytuacji, aż wreszcie zrozumiał, że to porwanie. Najpierw zaczął krzyczeć i wołać o pomoc, a gdy nie spotkał się z żadnym odzewem, groził wszystkim degradacją/karą śmierci/kastracją (niepotrzebne skreślić). Nagle poczuł gwałtowne szarpnięcie, które znów obróciło go do góry nogami i wylądował twardo na krześle.
    -Proszę, nie róbcie mi krzywdy! - krzyknął Eddy i zasłonił się rękami.
    -NIESPODZIANKA!
    W tym momencie Eddy opuścił ręce, otworzył oczy i zobaczył... wszystkich swoich znajomych i podkomendnych przy wielkim stole, na którym stało ogromne ciasto. Przetarł oczy i spytał:
    -Co to wszystko ma znaczyć?!
    -Jak to co, zapomniałeś co dziś za dzień? - zdziwiła się Konata, która znikąd pojawiła się obok niego.
    -Nie wiem, koniec wakacji? - odpowiedział Eddy pytaniem na pytanie.
    -Ne, dziś są twoje urodziny, Wodzu. - uświadomił go wreszcie Ante, który trzymał worek.
    -A, więc to ty odpowiadasz za to porwanie...
    -Wszyscy za to odpowiadamy. Może zasiądziesz do stołu?
    -Jasne, w końcu to moje urodziny - zgodził się potulnie Eddy i usiadł na swoim miejscu.
    -Dobra, no to śpiewamy - zakomenderował szef taponaru, Szlachcic. Wszyscy zaczęli śpiewać "Sto lat", a później jeszcze "Niech Ci gwiazdka pomyślności...". Po skończeniu śpiewania, Eddy musiał zdmuchnąć wszystkie świeczki na torcie, których w tym roku było trzynaście*. Udało mu się za pierwszym razem, za co zebrał burzę oklasków. Później przyszedł czas na składanie życzeń jubilatowi. Wtedy właśnie Eddy dowiedział się, kto przyszedł na urodziny. Byli członkowie jego rządu (oprócz Alojzije), kilku ludzi z armii, oraz trójka wspaniałych z jakimś Chińczykiem w okularach a'la Harry Potter. Po złożeniu życzeń, Wódz z bolącą prawicą spytał:
    -No dobra, to jakie prezenty od was dostałem?
    -Od nas czterech masz jeden prezent, a od reszty i od twoich obywateli drugi - wyjaśnił Adolf.
    -Tylko dwa?
    -Tylko, ale za to jakie! Adolf, Benito, Hirohito, Pu-Yi, może wy zacznijcie? - zaproponował Kevin.
    -Jasne. Eddy, otwórz ten prezent w fioletowym opakowaniu, jest od nas - powiedział Benito i wskazał na niego. Eddy popatrzył w tamtym kierunku i stwierdził:
    -Duży trochę.
    -Ucieszysz się, jak go zobaczysz - stwierdził Adolf. Eddy w tym czasie już odpakowywał prezent. Gdy skończył, jego oczom ukazał się ogromny portret przedstawiający go w mundurze Wodza Edolandu. Obraz był prawdziwym majstersztykiem, wykonanym z dbałoscią o szczegóły. Eddy chwilę podziwiał go, po czym spytał:
    -Kto go namalował?
    -Ja. Ci idioci z ASP w Wiedniu mogą żałować, że mnie nie przyjęły - zaśmiał się gorzko Adolf.
    [​IMG]
    Prezent nr. 1 - portret Eddy'ego ​
    -Mogą, mogą. Wiesz co Eddy, na twoim miejscu powiesiłbym ten obraz w swoim gabinecie - rzekł Hirohito, a Pu-Yi mu przytaknął.
    -Ja myślę, że idealnie pasował by do sali obrad - uznała z kolei Konata.
    -Hm, nad tym jeszcze pomyślę, ale dzięki za rady. No, to gdzie ten mój drugi prezent? - zaczął niecierpliwić się Eddy.
    -Tutaj - odpowiedział mu Iđe i pokazał na jakiś zasłonięty obiekt. Eddy podszedł do niego i odsłonił go. Owym obiektem okazała się mapa... Madagaskaru.
    -Mapa? Dzięki, ale to przecież nie jest Edoland? - Wódz był trochę zdezorientowany.
    -To nie Edoland, to jego kolonia. - wyjaśnił Ante.
    -Kolonia? Ale skąd, była jakaś wojna, o której nie wiem?
    -Dobra, może wyjaśnię. Chodzi o to, że Francuzi chcieli pozbyć się Madagaskaru. Więc zorganizowali aukcj. - zaczął Szlachcic.
    -Na którą zgłosiły się trzy państwa: Lechistan, ZSRR i my - ciągnął dalej Kevin.
    -No dobra, ale skąd wzięliście kasę? I czemu ja o niczym nie wiedziałem? - dopytywał Eddy.
    -Zrobiliśmy dobrowolną zrzutę narodową. Każdy obywatel mógł się dołożyć, choć nie musiał. Ale i tak dużo zebraliśmy. A to, żebyś o niczym nie wiedział, to już była moja działka - uśmiechnęła się złośliwie Sara.
    -Na przedstawiciela Edolandu zostałem wybrany ja. Niestety, w trakcie okazało się, że przeciwnicy mają więcej kasy do zaoferowania od nas. - dokończył Iđe.
    -I co zrobiłeś?
    -Musiałem oddać to, co miałem najcenniejszego.
    -Czyli?... - Eddy zrobił duże oczy.
    -Nussbeisera... - odpowiedział mu Iđe, po czym zdjął czapkę i uronił łezkę.
    [​IMG]
    Iđe i jego Nussbeiser (ich ostatnie wspólne zdjęcie)​
    W tym momencie wszyscy obecni ucichli. Eddy patrzył na niego z niedowierzaniem. Gdy wreszcie się otrząsnął, położył rękę na jego ramieniu i oznajmił:
    -Za ten czyn i największe poświęcenie zostaniesz odznaczony.
    -Dziękuję - uśmiechnął się smutno Iđe.
    -I oczywiście dostaniesz nowego Nussbeisera.
    -Dziękuję Wodzu, twoja dobroć nie zna granic - Iđe zaczął się coraz szerzej uśmiechać.
    -Wiem. Zresztą, wszyscy, dzięki którym Edoland ma nową kolonię, otrzymają odznaczenia. Ale ty otrzymasz szczególne - zwrócił się ponownie do Iđego.
    -Dziękuję po raz trzeci.
    -No dobra, to wychodzi na to, że z nas to tylko my nie mamy koloni - odezwał się Adolf.
    -Może sprzedać ci jakąś wyspę? - spytał go Hirohito.
    -Albo spytaj Francuzów, czy nie chcieliby sprzedać wam Dżibuti - ironizował Benito.
    -Chłopcy, spokojnie. Zresztą... czy my się znamy? - spytał Eddy Chińczyka.
    -Nie, ale Hijohito mie tu wzioł. Jeśtem Pu-Yi, cieśaź Mandźukuo - Pu-Yi wyciągnął rękę w kierunku Wodza.
    -Ja jestem Eddy, Wódz Edolandu - Eddy uściśnął jego dłoń.
    -Więc jak, cieszysz się z prezentów? - spytała Konata, która przytuliła się do Eddy'ego.
    -Bardzo. To najlepsze prezenty, jakie w życiu dostałem.
    -No, i to mi się podoba! - powiedział z mocą Adolf.
    -Zaraz, a gdzie Alojzije? - spytał Eddy.
    -Odprawia mszę za twoją cześć - odpowiedział milczący do tej pory Vladimir.
    -To on jest księdzem? - zdziwił się Eddy.
    -No pewnie. Zapomniałeś? - teraz z kolei odezwał się Đuro.
    -No nie - przyznał Wódz, który zaczął przyglądać się mapie. Z kolei wszyscy zgromadzeni zajęli się rozmową miedzy sobą lub zawodami w piciu szampana, w których przodowali Szlachcic i Benito. Po jakichś piętnastu minutach Ante stanął przed swoim krzesłem, zastukał głośno łyżeczką i gdy trochę ucichło, powiedział głośno:
    -Myślę, że już czas na toast za zdrowie solenizanta.
    Wszyscy wznieśli swoje kieliszki w górę i razem wykrzyknęli:
    -Chwała zwycięstwu! - i przechylili je w stronę swoich gardeł (oprócz Benito i Szlachcica, którzy przechylali je już od kilkunastu minut). Po toaście impreza trwała jeszcze przez dwie godziny, w trakcie których jedynym poważniejszym incydentem była kłótnia o to, kto zjadł ostatni kawałek tortu (winnym okazał się Pu-Yi, który u siebie nie ma takich dobrych rzeczy).
    Po imprezie i wylewnych pożegnaniach z gośćmi z zagranicy, gdy Eddy zamknął już drzwi, zwrócił się do swoich ludzi:
    -Dobra, teraz tu posprzątamy, a za pół godziny chcę was widzieć w swoim gabinecie. Nie martwcie się, nie chcę was opieprzyć, choć to porwanie sobie zapamiętam.
    [​IMG]
    [​IMG]
    Prezent nr. 2 - Madagaskar​

    31 sierpnia 1934, ok. 17.00, gabinet Eddy'ego
    Gdy wreszcie wszyscy zebrali się na miejscu, Eddy rozpoczął przemowę:
    -Zebrałem tu was, by obgadać kilka spraw. Pierwsza: co zrobić z Madagaskarem?
    -Może zatrzymamy? W końcu Iđe bardzo się poświęcił - stwierdziła Sara.
    -To się rozumie samo przez się. Mi chodzi o to, co dalej z nim zrobimy?
    -Na pewno trzeba zająć się tam sprawami administracyjnymi. Czy wprowadziłeś Wodzu już ten nowy podział? - spytał Szlachcic.
    -Jeszcze nie, a co?
    -To dobrze, nie będzie dużego zamieszania z kolejnymi zmianami.
    -Jaki nowy podział? Nic o tym nie wspominałeś - zdziwił się Ante.
    -Ano nie. Popatrz, tak to będzie wyglądać - Eddy wyciągnął z szuflady kartkę z nowym podziałem i pokazał go Ante. Chorwat zrobił się czerwony, ale zachował spokój i zapytał:
    -Mogę ci pokazać, co powinno się poprawić?
    -Dawaj.
    -Prvo, co to jest za ****o między Dalmacją a Slawonią?
    -Bośnia.
    -Wodzu, po co Bośnia? Nie ma czegoś takiego jak "Bośniacy". Są tylko Chorwaci, przeklęci Serbowie. No, i jeszcze muzułmanie, ale to są sieroty bez żadnej przynależności narodowej. Co dalej? Srem i Baczka serbskie? To jest poważne wykroczenie przeciwko Chorwacji, tak samo jak Sandżak, no i oczywiście jeszcze Kotor - Ante wyrzucał z siebie słowa szybciej niż MG34, ku zdziwieniu wszystkich nie-Chorwatów. Gdy skończył, podał Eddy'emu przerobiony plan:
    -I co o tym sądzisz, Wodzu?
    -Hm.. - Eddy podrapał się po głowie. - Może być...
    -Świetnie - ucieszył się ustasz.
    -A Madagaskar jak podzielimy?
    -Na razie nie mamy mniejszej mapy, ale wkrótce powinnam ci dać plan - powiedziała Konata.
    -No dobra, czy jeszcze ktoś ma jakieś pytania? - Eddy rozejrzał się po gabinecie. Tym razem rękę podniósł Kevin:
    -Myślę, że powinniśmy stworzyć jakieś wojska kolonialne. Albo przynajmniej wysłać tam jakieś istniejące.
    -To bardzo dobry pomysł! - uznał Wódz.
    -Ale jest mały problem: nie mamy transportowców - zgasił jego zapał Vladimir.
    -Kurde - zasmucił się tym razem Wódz.
    -Może spytamy się Włochów, czy nam jakieś pożyczą? - zaproponowała Sara.
    -To także bardzo dobry pomysł! - znów cieszył się Wódz. - Więc kto ich spyta?
    -Alojz jest od tego... - zaczął Ante.
    -No to jak wróci, to będzie miał robotę. Zresztą, ja też będę ją miał. Dobra, to chyba by było na tyle, co nie? Okej, możecie wracać do swoich zajęć - ogłosił Eddy. Wszyscy podnieśli się z krzeseł i udali do wyjścia oprócz Konaty.
    -Wiesz co, chyba muszę ci coś powiedzieć - powiedziała tajemniczo.
    -Co?
    -Nachyl ucho - Eddy wykonał polecenie, a Konata wyszeptała mu:
    -Mam dziwne wrażenie, że ktoś nas podsłuchiwał.
    -Myślisz?
    -Nie wiem, ale tak czuję.
    -Hm, też nie wiem. Jakby co, to Szlachcic jest w pobliżu, możesz mu zgłaszać takie sprawy.
    -Dobra. No to idę - odpowiedziała dziewczyna i udała się do wyjścia. Eddy postał jeszcze chwilę w zadumie, po czym stwierdził:
    -Hm, czyżby duch Olka nas podsłuchiwał? Kij z tym, wracam do roboty - i usiadł za biurkiem, na którym wciąż walały się projekty ustawy łamiszczękowej.
    [​IMG]
    "Poprawiony" podział administracyjny, z uwzględnieniem komitatów​

    30 sierpnia 1934, ok. 15.00, dom Edwarda Ś.-R.
    Chudy, Edward oraz Jimmy spokojnie rozmawiali sobie na różne tematy, głównie polityczne. Dziewczyny w tym czasie były na zakupach, więc nie musieli się przejmować obecnością niewiast.
    -No Edward, więc z tego co mówisz wynika, że ci z ND to dziady i nicponie? - spytał Chudy.
    -Prawda. Zwłaszcza ten Dmowski to taka szumowina, że szkoda gadać. Już tam pomijając tą politykę, to i tak osobiście niezbyt go lubię - tłumaczył Śmigły-Rydz.
    -Zauważyłem. Wy chyba ogólnie nie lubicie endeków, nie?
    -Nie lubimy. A oni nie lubią nas.
    -Ale ty nie należysz do żadnej partii... - Chudy nie dokończył, bo właśnie w tym momencie drzwi wyleciały z zawiasów, a do domu wpadł wściekły Józef:
    -***** ****** mać, *********y *******one, niech ich wszystkich stado Murzynów ******* i Allach z gromu przy*******i!!!
    -Józef, spokojnie, co się stało? - Jimmy zaczął uspokajać Józka.
    -Właśnie wróciłem z aukcji, wiecie co te ***** edolandzkie zrobiły?
    -Co? - spytali wszyscy.
    -Gdy już wiedzieli że nie wygrają, wiecie co wyciągnęli?
    -Co?
    -NUSSBEISERA!!! JEBANĄ NIEMIECKĄ CZEKOLADĘ!!! - oburzenie Józefa sięgało zenitu.
    -O żesz ty, no to już było pozamiatane - przyznał Edward.
    -I co, Edoland ma Madagaskar? Nieładnie. Ale zawsze można liczyć na magada-... magaga-..., madagaskarski Dżihad, prawda? - spytał Jimmy.
    -Pewnie. To dla nas nie problem - powiedział z dumą Chudy. - Zresztą, byłem na to przygotowany. I już mam plan - Chudy Edd musiał mówić coraz głośniej, żeby Józef, który właśnie walił głową w ścianę z wściekłości go nie zagłuszał.
    -Przedstawisz nam go?
    -Pewnie, ale nie teraz, bo odcinek już się kończy.
    -Acha - odparł ze zrozumieniem Jimmy. Józef tymczasem stracił przytomność po kolejnym walnięciu w ścianę, a Edward wzdychając ciężko niósł go do łóżka.
    [​IMG]
    Ślady po waleniu głową w ścianę

    KONIEC​
     
  21. Prema Madagaskaru!
    [​IMG]
    Podkład muzyczny

    27 października 1934, ok. 12.00, port w Splicie
    Ten dzień był ważny dla wielu żołnierzy i ich przełożonych. Już niedługo mieli wypłynąć ze swojej ojczyzny w stronę nieznanej im ziemi, Madagaskaru. Jak można się domyślić, ich narzeczone i rodziny nie były z tego powodu specjalnie zadowolone. Wiele łez zostało wylanych podczas czułych pożegnań. Mimo to, trzeba było pakować się na okręty dość prędko, bowiem załogi nie zamierzały czekać na spóźnialskich. Całemu temu zamieszaniu przyglądali się Eddy i Benito, którzy stali na końcu mola i oglądali całe zamieszanie.
    -Trochę mi ich szkoda – przerwał ciszę Benito.
    -Mi też. Ale cóż poradzić, jak się jest żołnierzem to ojczyzna jest na pierwszym miejscu – odparł filozoficznie Eddy.
    -Prawda.
    -Szkoda, że nie ma z nami Adolfa.
    -Mhm. Ale wiesz, że on teraz zajął tą Austrię i nie ma czasu.
    -Wiem, wiem. Swoją drogą, dzięki za pożyczenie okrętów oraz zezwolenie na korzystanie z waszych portów, Benito. Mam u ciebie dług.
    -Wiem. I to niemały – zaśmiał się Włoch.
    -Będę go musiał kiedyś spłacić. Łamiszczęki wystarczą?
    -Mogą być. Choć myślałem nad czymś nieco innym… - powiedział tajemniczo Duce.
    -Nad czym? – zaciekawił się Wódz.
    -Wiesz gdzie jest Albania, co nie?
    -No pewnie. Gdzieś w Afryce, nie?
    -Boże Święty, przecież Edoland graniczy z nią na południowym zachodzie – Ben ledwo powstrzymał się od facepalma.
    -Tak tak, racja. I co w związku z nią?
    -Chciałbym, aby stała się częścią Włoch. Ale nie chce mi się tam wysyłać żołnierzy. Zresztą, im i tak pewnie by się nie chciało.
    -Co chcesz przez to powiedzieć?
    -To, czy nie chciałoby ci się jej zająć zamiast mnie? Wiesz, później przekazałbyś nam tereny i te rzeczy.
    Eddy zafrasował się na chwilę. Co prawda jakaś tam Albania to pikuś dla edolandzkich wojsk, jednak za poświęcenie swoich żołnierzy mógł wytargować coś więcej. Co też zaczął robić.
    -Dobra, ale jak dasz Istrię!
    -Istrię?! – Benito nie wierzył własnym uszom. Zdzierżałby jeszcze taką Erytreę, ale Istrię? Ziemi ę będącą przez długi czas pod wpływami włoskimi?
    -Tak, albo Istria, albo nie kiwnę palcem – Eddy narzucał twarde warunki.
    -Niech ci będzie, ale w zamian chcę jeszcze 300 ton łamiszczęk! – Ben uśmiechnął się chytrze.
    -Spoko.
    -To ile to będzie już łącznie, 700 ton?
    -Ta. – Czyli jak, umowa stoi? – Eddy wyciągnął rękę w kierunku Włocha.
    -Stoi – Benito uścisnął mocno dłoń edolandzkiego kolegi.
    -Interesy z tobą to przyjemność. Kiedy mogę spodziewać się przekazania Istrii? – spytał niższy z wodzów.
    -Jak dostanę łamiszczęki oczywiście.
    -Brzmi rozsądnie. Ale się Chorwaci ucieszą, jak się o tym dowiedzą.
    -Nie wątpię.
    -Kiedy zająć tą Albanię?
    -Bez pośpiechu. Jakoś się zgadamy.
    -Jasne. Popatrz, już wypływa pierwszy okręt.
    -Pomachajmy im – i obaj zaczęli machać w stronę żołnierzy na pokładzie. Ci także im odmachiwali. Gdy tak machali radośnie, Eddy’ego rozrywały dwa uczucia: z jednej strony uczucie dumy, a z drugiej ciekawość, co zastaną na miejscu? Oczywiście Eddy mógł liczyć na to, że po dotarciu do celu na pewno ktoś jakoś się z nim skontaktuje.
    [​IMG]
    [​IMG]
    Jeden z włoskich okrętów transportowych, którym popłynęli edolandzcy żołnierze​

    28 października 1934, ok. 19.00, gabinet Eddy’ego
    Od czasu wypłynięcia okrętów Eddy chodził dziwnie niespokojny. Zastanawiał się, czy jego żołnierzom coś się nie stało. Akurat chodził po gabinecie w tę i z powrotem, gdy weszła Konata.
    -Dotarli już? – spytał naiwnie Eddy.
    -Nie. Przecież wyruszyli dopiero wczoraj – Konata nawet nie zdziwiła się tym pytaniem. –Chorwaci pytają, czy zejdziesz do nich na porcję rakiji i owoców morza.
    -Powiedz im, że nie jestem głodny ani spragniony – odpowiedział Eddy patrząc w okno.
    -Jak chcesz – odparła niebieskowłosa i udała się do wyjścia. Wódz tymczasem dalej patrzył bezmyślnie w okno. Upłynęło mu tak bezproduktywnie około 5 minut, po których nagle stwierdził:
    -Jestem głodny – po czym wyszedł z pokoju i skierował się na dół. Jednak gdy wszedł do jadalni, zastał tylko talerz z krewetkami na stole. Niewzruszony usiadł za stołem i zaczął jeść. Gdy właśnie przeżuwał ostatniego skorupiaka, do jadalni wszedł Ante.
    -Smacznego Wodzu. Nie chciałbyś może posłuchać ze mną radia i napić się czegoś? – spytał Ante, sięgając do lodówki po butelkę rakiji.
    -Jasne, ale mi wyjmij piwko.
    -Robi się – odpowiedział Chorwat i wyjął jeszcze puszkę. Eddy w tym czasie połknął krewetkę i obaj udali się do salonu. Ante podszedł do odbiornika, włączył go i przełączył na kanał pierwszy.
    -O, chyba wiadomości się zaczynają – rzucił Eddy.
    -Dobry wieczór państwu, z „Wieści” mówi do was Marko Perković. Aż trudno uwierzyć, że wczoraj wypłynęli na Madagaskar nasi żołnierze. Póki co ich podróż upływa bez żadnych problemów. I oby była tak cały czas. Dziwne rzeczy dzieją się w Lublanie. Wedle relacji mieszkańców w nocy grasuje jakaś humanoidalna istota. Z racji tego, że w nocy jest ciemno, brak jakichś szczegółowych informacji dot. wyglądu. Mieszkańców miasta uprasza się o niewychodzenie po zmroku, a jeśli już wyjście jest pilne, proszę mieć jakieś źródło światła i ew. towarzystwo.
    -Ciekawe. Może wybierzemy się w nocy poszukać i względnie ubić to coś? – spytał Ante nalewając rakiję do kieliszka.
    -Nie wiem. Nie lubię chodzić po ciemku – odpowiedział Wódz biorąc łyk piwa.
    -Byłoby super. Zebrałoby się ekipę i poszło na polowanie.
    -Powiedziałem „może” – uciął Eddy.
    -Jak chcesz…
    W dalszych wiadomościach nie było już nic wartego większej uwagi. Gdy się skończyły, Ante i Eddy udali się w swoje strony. Eddy uznał, że jest zmęczony i wyjątkowo wcześnie położył się spać.
    [​IMG]
    Trasa podróży​

    30 października 1934, ok. 15.00, Belgrad
    Wielki czołg powoli toczył się ulicami Belgradu. Jego widok sprawiał, że wszyscy ludzie oglądali się za nim z otwartymi ustami. Tymczasem w środku czołgu siedzieli nasi znani skądinąd komuniści. Nikt nie odzywał się do nikogo po ostatnich wydarzeniach w Zvorniku, gdzie Michaił znalazł w czołgu śmieci z vonDonaldena. Niemal doszło do rękoczynów, a awantura była naprawdę poważna. Teraz jechali w kierunku znajomego Eda, do którego mieli się udać po wyjeździe z obozu Tity. Nagle odezwała się Kagami:
    -Co tu tak *****?
    -To ja, spierdziałem się. Przepraszam - zaczął się kajać Rolf.
    -Ty świnio - zbeształ go Ed.
    -I kto to mówi? - zripostował Rolf.
    -******* się, myłem się tydzień temu.
    -Wiesz, że trzeba myć się codziennie?
    -Zamknąć pyski. Wszyscy myliśmy się wtedy w rzece - mruknął Michaił.
    -A propos mycia się. Przydałoby się jakieś mydło - nieśmiale powiedziała Tsukasa.
    -A skąd my mamy ci je wziąć? - zdziwił się Jonny.
    -Ze sklepu.
    -A masz kasę?
    -Wszyscy mamy, to przecież dobro wspólne, zapomniałeś?
    -Ano racja.
    -Tu widzę jakiś spożywczak. Skręcę tam - stwierdził Michaś, po czym wjechał na chodnik strasząc jednocześnie przechodniów.
    -Dobra, kto idzie? - spytał zrezygnowany Tymotheus, który wiedział, że na pewno znowu wybiorą jego.
    -Nie wiem, mogę iść ja. Ale nie sam - uznał Ed.
    -Idę z tobą - powiedziała Kagami.
    -Dobra, też się przejdę - Michaił zaczął wstawać ze swojego miejsca - Trzeba rozprostować kości.
    -Bierzcie ktoś kasę i idziemy - zakomenderował szef komunistów i otworzył właz. Słońce na zewnątrz natychmiast go oślepiło - *****, chyba oślepłem.
    -Ruszaj tą **** i nie jęcz! - opieprzyła Eda Kagami. Po chwili cała trójka była już w sklepie. Sklep miał dość staromodny wystrój, natomiast sprzedawca (i prawdopodobnie właściciel) wyglądał... ciekawie. Był to wąsaty, gruby człowiek w pomarańczowym swetrze, skórzanej kamizelce i zielonym kapelusiku z piórkiem.
    -Witam was w moim sklepie. Czego sobie życzycie?
    -Hm, co potrzebujemy? - spytał Ed swoich towarzyszy.
    -Broń. Granaty. Amunicja. Czy chcecie tego? - spytał sprzedawca wykonując dziwne ruchy.
    -Tak jest! - powiedział z mocą Ed.
    -To wasze moi przyjaciele, tak długo jak macie dla mnie rubiny! - odrzekł grubas pakując do siatek kilka granatów, pepeszę, tetetkę oraz pełno amunicji.
    -Rubiny?... - Kagami zrobiła zdziwioną minę.
    -Mamy tylko dolary edolandzkie - wyjaśnił Michaił.
    -Nic nie szkodzi przyjaciele, przyjmuję również dolary edolandzkie.
    -To świetnie - odpowiedział Ed podając sprzedawcy forsę. Ten wziął ją, wsadził do kasy i rzekł do Eda sięgając po coś pod ladę:
    -A ty przyjacielu, chciałbyś może mydło? Śmierdzisz jak *****, więc spróbuj użyć mydła! - w jego ręcę nagle pojawiło się kostka białego detergentu.
    -MYDŁO?! Błagam, tylko nie to! - wrzasnął przerażony Ed i wleciał w drzwi na pełnej ******, przez co te wypadły z zawiasów, a Ed w popłochu zaczął ładować się do czołgu.Reszta towarzystwa patrzyła na całe zajście zdziwiona. W końcu, po jakichś dwóch minutach Michaił westchnął:
    -To może ja wstawię te drzwi...
    -Więc jak przyjaciele, czy spakować wam to mydło? - spytał sprzedawca.
    -Tak, może się przydać - odpowiedziała Kagami i wzięła kolejną siatkę z mydłem.
    -Czy jeszcze czegoś sobie życzycie?
    -Ile kosztuje tamten MG-34? - Michaś wskazał kaem stojący na półce za grubasem.
    -Jak dla was, to tylko 500 dolarów edolandzkich!
    -A czy można by było wziąć go na kredyt?
    -Przykro mi przyjacielu, ale ja nie daję kredytów. Wróć, kiedy będziesz odrobinę mmmm... bogatszy!
    -Szkoda. Dziękuję i do widzenia - powiedziała dwójka komunistów i wyszła ze sklepu. Gdy oboje weszli do czołgu, natychmiast zostali zasypani pytaniami typu "Co kupiliście i za ile?". Ci odpowiedzieli zgodnie z prawdą, jednak pominęli mydło, żeby nie straszyć Eda. Po uporządkowaniu wszystkiego, wyruszyli dalej w stronę mieszkania znajomego Eda.
    [​IMG]
    Dziwny sprzedawca​

    3 listopada 1934, ok. 19.00, dom Edwarda Ś.-R.
    Pobyt Chudego i jego brygady w domu Śmigła zaczął coraz bardziej się przedłużać. Było to spowodowane tym, że odbudowa domu Józefa przeciągała się, a Ignacego wciąż gościła teściowa. Co prawda sam Śmigło nie okazywał żadnych oznak zniecierpliwienia, jednak brygada wolałaby już wrócić na "swoje". Tymczasem wszyscy mężczyźni poświęcili się oglądaniu meczu między Legią Warszawa a LKS Pogonią Lwów. Jak nie trudno się domyślić, wszyscy kibicowali Legii. Oglądaniu towarzyszyło wiele wrzasków oraz przekleństw. Mecz powoli zbliżał się ku końcu z wynikiem 1:0 dla Legii, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
    -Otworzę - stwierdził Jimmy i podszedł do drzwi. Gdy je otworzył, jego oczom ukazał się... koń.
    -I kto przyszedł? - spytał Ignacy.
    -Eee... koń.
    -Jaki znowu koń?
    -Bolek, właź i nie **********j wzwodów - rzucił od niechcenia Józef. Jak na komendę, koń zrobił kilka kroków naprzód, cudem nie tratując Jimmy'ego, który ledwo odskoczył na bok. Rzeczywiście, na grzbiecie konia siedział jakiś mężczyzna w wojskowym mundurze, a za nim siedziały Miyuki i Nazz.
    -Witajcie, ja jestem Bolesław Wieniawa-Długoszowski, kawalerzysta i adiutant Józka. A wy, z tego co wiem, jesteście Chudy Edd i Jimmy. Ciebie Jimmy przepraszam za prawie-stratowanie, ale ten koń to trochę narowisty jest.
    -Skąd wzięły się Miyuki i Nazz na twoim koniu? - spytał podejrzliwie Chudy.
    -Spotkałem je gdzieś w Warszawie. Słyszałem od kogoś, że u Edwarda mieszkają chwilowo dwie dziewczyny. Te, które uwidziałem na ulicy odpowiadały ich opisom wyglądu, więc spytałem, czy znają Śmigło. One odpowiedziały, że tak, więc ja na to, czy się wybierają do jego domu, a jeśli tak, to czy je podrzucić. Zgodziły się, więc wziąłem je na konia i w ten oto sposób się tu zjawiliśmy - wyjaśnił Bolesław.
    -Sprytnie to sobie wymyśliłeś - stwierdził Chudy Edd drapiąc się po brodzie.
    -Możemy już zsiąść? - ostrożnie odezwała się Nazz.
    -Oczywiście. A tak swoją drogą, to mam jeszcze do ciebie sprawę, Józef.
    -Jaką? - spytał JP.
    -Twój przyjaciel endek kazał przekazać ci, że dobrze ci tak, że twoja rudera ci wybuchła, a tego, dzięki któremu tak się stało, to normalnie ozłoci.
    -CO?! *****ię tego *********a Dmowskiego!
    -Spokojnie Józek, bo ci żyłka pierdząca pęknie - zaczął uspokajać przyjaciela Ignacy.
    -Nie daruję mu! Gdzie on jest? - Józef zwrócił się do Bolesława.
    -Nie wiem, ale jakby co, to przecież mu ******... tfu, pardon, wtłuc dzisiaj w Sejmie.
    -Ano racja, dzisiaj miały być obrady. No nic Ignacy, ustalaj walkę między nim a mną.
    -Rozumiem. Jakaś specjalna stypulacja?
    -Nie, zwykły wpieprz mnie usatysfakcjonuje.
    -Jasne. Bolek, leć do domu Romana i przekaż mu, że czeka go dzisiaj walka z Józkiem - polecił Bolkowi Ignacy.
    -Już lecę - odpowiedział Bolek i czym prędzej pokłusował w stronę mieszkania Romana.
    -OK, no to może pójdziemy przygotować ring i te rzeczy? - spytał Śmigło Józefa i Ignacego.
    -Dobry pomysł. Jako szef tego burdelu muszę zająć się przygotowaniami. Idziecie z nami? - spytał pozostałych Ignac.
    -I tak nie mamy nic innego do roboty... - odpowiedział flegmatycznie Chudy. W myślach już zastanawiał się, komu będzie musiał kopać grób...
    [​IMG]
    Wspólne zdjęcie Bolesława i Józefa z młodości

    KONIEC​

    Od autora: dwusetny post, jej :>
     
  22. Vrijeme kraljevstva
    [​IMG]
    Podkład muzyczny

    3 listopada 1934, ok. 22.00, Sejm Lechistański
    Przez kilka godzin Sala Posiedzeń "trochę" się zmieniła. Miejsca siedzące dla posłów pozostały nienaruszone, jednak usunięto mównicę i pozostałe rzeczy znajdujące się w centrum Sali, a zamiast tego wstawiono ring. Tymczasem w Sali zaczynało zbierać się coraz więcej polityków i wojskowych spragnionych chleba i igrzysk, czyli w tym wypadku - walki na argumenty siły. Nasi muzułmanie z Edolandu już wcześniej zajęli swoje miejsca na widowni.
    -Myślicie, że naprawdę będą się bili? - Miyuki była trochę nieswoja.
    -No pewnie. Myślisz, że zrobili to wszystko, bo im się nudzi? - zdziwił się Chudy - Mnie ciekawi, kto wygra.
    -Obstawiam Józefa - odezwał się Jimmy.
    -Ja też - dodała Miyuki.
    -A ja będę oryginalna i obstawię Dmowskiego - uznała Nazz.
    -Jesteś złą kobietą - Chudy pokręcił głową.
    -Trudno...
    -Patrzcie, Bolek wychodzi na ring! - Jimmy wskazał palcem na kwadratowy pierścień. Inni "widzowie" także zauważyli ułana i powoli ucichły wszelkie rozmowy. Tymczasem Bolesław rozejrzał się po trybunach, powoli podniósł mikrofon do ust i zaczął mówić:
    -Witam wszystkich na dzisiejszej walce wieczoru! - w tym momencie podniósł się hałas na trybunach. Bolesław odczekał chwilę, po czym przemówił ponownie:
    -Wielu z was zapewne wie, z jakiego powodu odbędzie się dzisiejsze starcie dwóch gwiazd lechistańskiej sceny politycznej, jednak powiem to jeszcze raz. Otóż, Roman Dmowski obraził Józefa Piłsudskiego poprzez stwierdzenie "Dobrze mu tak, że jego rudera wybuchła, a tego, dzięki któremu tak się stało, to normalnie ozłocę." - w tym miejscu Bolek zrobił pauzę. Wszelka prawica wybuchła śmiechem, lewica zaczęła buczeć, a Jimmy odrobinę się zaczerwienił. Bolesław mówił dalej:
    -Oczywistym jest, że Józef nigdy nie przepuści zniewagi, a że jest mężczyzną, to załatwia sprawy jak mężczyźni, czyli krótko mówiąc, poprzez walkę. No, ale dość tego gadania, czas na walkę! Oto przed państwem Naczelnik Jóóóóózef Piłsudskiiii! - w tym samym momencie rozbrzmiała melodia "My, pierwsza brygada", a z lewej strony Sali dziarskim krokiem kroczył w kierunku ringu Józef, który miał na sobie tylko średniej długości dżinsy, opaski na rękach i adidasy. Szybko wsunął się na ring wśród aplauzu lewicowej części publiczności i wskoczył na narożnik, by zasalutować w kierunku widzów. Gdy to zrobił, zeskoczył z narożnika i podszedł do Bolesława, który, gdy ucichła muzyka, zapytał go:
    -Jak nastrój na dzisiejszy wieczór? Masz coś do powiedzenia swojemu przeciwnikowi?
    -**********. A jemu zrobię taki traktat wersalski, że się ***** - powiedział głośno do mikrofonu Józek, a lewica zaczęła klaskać.
    -Mocne słowa Józefie. A tymczasem zaprośmy na ring naszego drugiego zawodnika, Romanaaaa Dmooowskiegooo! - i w tym momencie zagrało "Boże, zachowaj cara", co wywołało śmiech u lewicy i gniew wśród prawicy. Tymczasem niezrażony Roman, który z kolei miał na sobie slipy, ochraniacze na kolana i buty odrobinę za łydkę, żwawo podążał na ring, gdzie także wspiął się na narożnik i zrobił swoją pozę, czyli rozłożył ręce i podniósł je lekko w górę, patrząc jednocześnie w nieokreślonym kierunku. Gdy skończył, także podszedł do Bolesława i stanął po przeciwnej stronie od Józefa.
    -A ty Romanie, jak się dzisiaj czujesz? Ustosunkujesz się do słów rywala? - spytał go Bolek.
    -Świetnie, dziękuję. A ja z kolei spuszczę mu taki łomot, że wyprawa kijowska to przy tym spacerek po parku - powiedział powoli patrząc z nienawiścią na Józefa. Przypominał w tym momencie węża gotowego do ataku.
    [​IMG]
    -OK, czyli czas na walkę. Ja usuwam się na stanowisko komentatora, a walkę sędziować będzie Marszałek Sejmu, czyli Kazimierz Świtalski! - i w tym momencie na ring wszedł sędzia ubrany w czarno-białą pasiastą koszulę, a Bolesław zszedł z ringu i usadowił się na swoim miejscu obok Stanisława Kozickiego, który występował gościnnie tego wieczoru jako komentator. Tymczasem zabrzmiał gong, który rozpoczął walkę. Józef i Roman niemal natychmiast przeszli do walki w zwarciu. Józef próbował wykonać DDT na Romanie, jednak ten odepchnął go i zrobił mu wysoki dropkick, po którym Józef ledwo ustał na nogach. Roman nie odpuszczał i od razu spróbował poprawić Clothesline'm, jednak Józef zrobił unik i wykorzystując fakt, że Roman stoi tyłem, przeprowadził ręce pod jego pachami, złączył je na jego karku i wykonał Russian Legs, wskutek czego Roman przywalił twarzą o matę. Józef tymczasem podniósł się, pomachał do publiczności i wszedł na narożnik, aby skoczyć na Romana. Ten jednak skapnął się o co chodzi, więc szybko podniósł się i walnął Józkowi z pięści w twarz, po czym wszedł na pierwszą linę i wykonał mu Suplex z narożnika. Józef boleśnie uderzył plecami o matę i zwijał się z bólu, a Roman poprawił jeszcze Legdropem na twarz, co tylko dobiło Józka. Natomiast Roman zaczął deptać kończyny przeciwnika, zaczynając od lewej ręki, później lewą nogę, prawą nogę, prawą rękę, by w końcu zasadzić mu soczystego buta w twarz. Józef chwycił się za bolące oblicze i przekręcił się na brzuch, a Roman rzucił się na ziemię i zaczął w nią bić z wściekłością, jednocześnie robiąc dziwne miny w kierunku Naczelnika. Gdy ten się podniósł, doskoczył do niego i wykonał swój finisher, czyli Linię Dmowskiego! Józef ponownie padł na matę, a Roman czym prędzej przystąpił do pinu. Sędzia powoli zaczął odliczać, jednak nie doszedł do 3, ponieważ Józef przerwał liczenie, ku zdumieniu całej publiczności. Oburzony Roman wyskoczył z pretensjami do sędziego, który jednak nie miał sobie nic do zarzucenia. Tymczasem Józef obrócił Romka o 180°, by kopnąć go mocno w brzuch i wynieść go góry. Józef potrzymał przeciwnika sekundę na ramionach, po czym wykonał swój finisher - Koszmar Magdeburga! Teraz Roman leżał z bolącymi plecami na ringu, a Józef przypiął go. 1... 2... Roman przerywa liczenie! Zdenerwowany Józef schodzi z ringu i szuka czegoś pod nim, nie słuchając krzyków sędziego o nielegalności takich czynów. Za to Roman również idzie w ślady Józefa i także szuka czegoś po drugiej stronie ringu. Po chwili Józef wyciąga kij bejsbolowy, natomiast Roman znalazł składane krzesło. Weszli z fantami na ring i czym prędzej rzucili się na siebie. Piłsudski solidnie przy*******ił Dmowskiemu w brzuch, a Dmowski przywalił z całej siły Piłsudskiemu w łeb. Na skutek tego obaj wylądowali na macie, Józef z rozbitą głową, a Roman trzymając się za brzuch wypluł trochę krwi. W tym samym momencie zabrzmiał gong, a sędzia ogłosił podwójną dyskwalifikację! Podniósł się ogromny hałas na trybunach, a brygada z Edolandu patrzyła na rozgrywającą się scenę z otwartymi gębami. Za to Walery Sławek, który siedział za nimi, stwierdził tylko:
    -No, czyli skończyło się jak zwykle.
    Zdziwiony Chudy odwrócił się i spytał go:
    -Czyli to nie pierwszy raz takie coś?
    -Nie, zawsze się kończy podwójną dyskwalifikacją.
    Tymczasem na ring, na którym sanitariusze zbierali dwóch wojowników, wszedł Ignacy Mościcki z mikrofonem.
    -Jako prezes całego tego burdelu, w związku z n-tą podwójną dyskwalifikacją między tą dwójką, zarządzam walkę bez dyskwalifikacji na przyszły tydzień!
    Publiczność bardzo ucieszyła się na tą wiadomość. A Józef i Roman mieli się dowiedzieć o walce dopiero po odzyskaniu przytomności, czyli za jakieś dwa dni...

    12 listopada 1934, ok. 11.00, Ljubljana
    Konata nie była w najlepszym nastroju. Prawie całą noc musiała prześlęczeć nad projektem dot. modernizacji uniformów wojsk edolandzkich, a gdy skończyła i poszła spać, po trzech godzinach została obudzona przez jakiś hałas. Okazało się, że to niemieckie wojska idą na wspólne ćwiczenia z Edolandczykami na poligon w Mariborze. Z racji tego, że nie umiała już zmrużyć oka, obudziła się o 9:30 i rozpoczęła dzień. Teraz szła w kierunku gabinetu Eddy'ego spytać go, kiedy w końcu Włosi mają zamiar przysłać im te zawszone myśliwce. Jeszcze przed wejściem słyszała jakieś dziwne odgłosy dobiegające zza ściany, jednak nie zwróciła na nie uwagi. Gdy otworzyła drzwi, jej oczom ukazali się chyba wszyscy faceci pracujący w rządzie oprócz Iđego. Konata zamrugała dwa razy, po czym powiedziała powoli:
    -Naprawdę nie interesuje mnie, co wy tutaj robicie, ale gdzie jest Eddy?
    -Pojechał na jakieś spotkanie z Adolfem i Benito, a czemu pytasz? - Ante podniósł wzrok znad kartki na której coś pisał.
    -Bo muszę z nim porozmawiać na temat... - nie dokończyła, bo w tym samym momencie dostrzegła za biurkiem Iđego, który był ubrany w jakieś dziwne szaty. Patrzyli tak na siebie przez chwilę, aż w końcu Iđe nie wytrzymał:
    -No co?
    -Gorzej ci?
    -Nie, a o co chodzi?
    -Po co ci te szaty?
    -Jak to po co, przecież będę królem! - oświadczył z dumą Iđe.
    -Jaja sobie ze mnie robisz? - Konata patrzyła na niego jak na ******.
    -Kiedy to prawda, Eddy sam powiedział, że Edoland stanie się królestwem! - Alojzije wziął kolegę w obronę.
    -Jak to? Po co? - zdziwienie Konaty sięgało szczytu.
    -Po to, żeby po dwudziestu odcinkach nazwa AARa wreszcie zgadzała się z jego treścią! - powiedział Eddy wchodząc dziarskim krokiem do gabinetu - Łamiszczęki są, brakuje królestwa. Ale to na szczęście się zmieni.
    -Siemasz Wodzu! - powitali go wszyscy obecni.
    -Jak było? - zapytał Kevin, który także coś kreślił po kartce.
    -Świetnie, mamy sojusz z Niemcami i Włochami, a poza tym właśnie lecą tutaj samoloty od Włochów - Wódz uśmiechnął się szeroko - A jak przygotowania do koronacji?
    -Jakoś idą - stwierdził Ante - chcesz posłuchać tytulatury króla Tomisława II?
    -Kto to jest Tomisław II? - spytała Konata.
    -Ja. A tak naprawdę to nazywam się Aimone Roberto Margherita Maria Giuseppe Torino di Savoia. Iđe Śevkurvić to tylko mój chorwacki alias - powiedział z namaszczeniem Iđe.
    -Boże, jak ty to wszystko pamiętasz?
    -Jakoś weszło do głowy po tylu latach.
    -Czyli jesteś jakby arystokratą, prawda?
    -Tak.
    -Chyba raczej pseudo-chorwacki. W naszym alfabecie nie ma "ś" - powiedział z przekąsem Vladimir, który już nie mógł doczekać się na samoloty.
    -Cholera, czemu mnie wcześniej nie uświadomiliście? - Iđe lekko się zezłościł.
    -Bo jesteś frajer pompka i tyle. To chcecie posłuchać tej tytulatury czy nie? - zaczął niecierpliwić się Ante.
    -Dawaj.
    -Ekhm, Tomisław II, król Edolandu, Chorwacji (...) wojewoda Dalmacji i Tuzli oraz marionetka Wodza - Ante zakończył swój wywód z bananem na twarzy. Wszyscy oprócz przyszłego króla wybuchnęli śmiechem.
    -Zaraz dostaniesz w mordę! - burzył się Włoch.
    -Spokojnie, żadnych bijatyk nie będzie. Ante, to ostatnie możesz wykreślić, nie musi być takie jawne - zaśmiał się Eddy.
    -Ale Wodzu...
    -Zapomniałeś jak się umawialiśmy? - Wódz spojrzał wymownie na Iđego.
    -Nie. Ale będę mógł chodzić w szatach i koronie?
    -Oczywiście.
    -A mogę mieć białego konia?
    -Nawet dziesięć.
    -A...
    -Możesz.
    -Czyli mogę być Wodzem?
    -Nie! - krzyknął Eddy - Dzidek, czy ty wystawiasz moją cierpliwość na próbę?
    -Nie - odrzekł flegmatycznie Iđe.
    -No ja myślę. Więc to chyba będzie póki co wszystko. Pracujcie dalej, ja idę oglądać telewizję - rzucił Eddy i wyszedł z gabinetu. Pozostali wrócili do swych zajęć, a Konata wróciła do siebie celem wzięcia tabletek na ból głowy...
    [​IMG]
    [​IMG]
    KONIEC​
     
Status Tematu:
Zamknięty.

Poleć forum