Vive la France! [od 1948 roku]

Temat na forum 'HoI II - AARy' rozpoczęty przez sieka, 6 Październik 2012.

Status Tematu:
Zamknięty.
  1. sieka

    sieka User

    Vive la France!

    #1 Prolog
    Czerwiec 1946, Oran.

    „Tak gorąco nigdy tutaj nie było. Chyba, że w tamte wakacje co jeszcze jako dzieciak tutaj byłem. Który to mógł być rok? 1927? Może trochę później, wtedy jeszcze żyła zresztą babka Charpentier, więc na bank przed trzydziestym.” – pomyślał mężczyzna siedzący na krześle w połowie długiego korytarza jednego z elitarnych orańskich liceów. Ubrany był w wojskowy mundur, na głowie zostało mu jeszcze trochę rzadkich blond włosów. Jest jednak pewne, że gdyby obciął tę śmieszną czuprynę to następnej szybko by nie wyhodował. Z drugiej strony widać na pierwszy rzut oka, że żołnierz nie był stary. Mógł mieć najwyżej około 30 lat a może nawet mniej. Przybył on do Algierii z nietypowym zadaniem, na którego wykonanie czekał już kilka godzin. Tymczasem jednak miał po prostu ochotę wskoczyć do morza, którego co prawda nie mógł zobaczyć przez okno znajdujące na końcu korytarza, ale które mógł bez problemu usłyszeć i poczuć jego zapach zbliżając się do owego okna.
    - Panie Bernard, czy jest pan gotów? – zapytała kobieta około 50, która szybki krokiem podeszła do oczekującego przybysza.
    - Tak, proszę prowadzić. – odparł mężczyzna i poderwał się z krzesła.
    - To ta słynna wojskowa dyscyplina? – zażartowała – Czy to będzie pana pierwszy raz?
    - Tak, mam nadzieję, że pójdzie w porządku.
    - Proszę się nie martwić. Wszyscy tutaj czekali na pana bardzo długo. Myśleliśmy, że zjawi się pan trochę wcześniej, ale w końcu jest pan cały i zdrów.
    - Tak, sam miałem nadzieję, że będę prędzej, ale musiałem udać się do Paryża na defiladę, mam przy sobie zresztą kilka zdjęć. – powiedział mężczyzna i zaczął szukać fotografii.
    - Panie Bernard, chyba każdy kupił gazetę z dnia defilady, a audycji radiowej cała szkoła słuchała na apelu. Proszę nie stresować. – kobieta zatrzymała się i poinstruowała żołnierza – Tam jest krzesło dla pana, za chwilę zostanie pan wyczytany, usiądzie pan i spokojnie wszystko opowie. – Bernard kiwał głową ze zrozumieniem, podczas gdy 50 letnia brunetka ciągnęła dalej – Jeśli zechce pan odpowiedzieć na kilka pytań wszyscy będziemy bardzo szczęśliwi.
    Kilka sekund później mężczyzna usłyszał swoje nazwisko i ruszył w stronę krzesła. Kiedy usiadł zobaczył przed sobą tłum młodzieży w wieku szkolnym. Szybko poczuł się niezręcznie i wstał, podszedł do skraju podium, na którym się znajdował po czym zaczął mówić.

    - Witajcie drodzy uczniowie, nazywam się Jacques Bernard. Urodziłem się tutaj w Oranie w 1920 roku, to oznacza, że podobnie jak wy nie pamiętam pierwszej wojny światowej. Pamiętał ją natomiast świetnie mój ojciec, który wraz z duchowym wsparciem moich dziadków nauczył mnie miłości do ojczyzny. Nauczył mnie co to są najwyższe cele, wszyscy oni pokazali mi jak pomagać Francji i ludziom dookoła siebie. Być może gdyby nie tacy żołnierze jak moi przodkowie dzisiaj nie moglibyśmy się tutaj spotkać. Być może zmuszeni bylibyśmy wyrzec się naszego języka, naszej historii, naszego kraju. Tego nie wiem, wiem natomiast, że poświęcenie, które poznała ziemia nieopodal Ypres, gdzie zmarli obaj moi dziadkowie i ziemia pod Gdańskiem, gdzie padł mój ojciec, poświęcenie to nie poszło na marne. Pozwoliło nam zebrać się raz jeszcze w sobie i pokonać wszystkie najokrutniejsze systemy świata, przynieść pokój naszemu pokoleniu. Śmierć na polu bitwy nigdy nie jest bezsensowną ofiarą, pamiętajcie o tym. Ktoś powie, że to jest niesprawiedliwe, że czemu mamy posyłać siłę swojego narodu na wojnę. Ja zapytam, czy sprawiedliwe byłoby patrzeć jak Niemcy mordują Polaków? Przecież zatrzymaliśmy bestialstwo na samym początku, kto wie co by się stało, gdybyśmy nie zaatakowali? Ile katastrof wycierpiałoby jeszcze społeczeństwo byłego Związku Sowieckiego, gdyby cywilizowany zachód, który wydał na świat największe umysły ostatnich kilkuset lat siedział z założonymi rękoma i mówił „to niesprawiedliwe iść bronić słabszych”. Sprawiedliwie jest patrzeć jak osamotnieni ludzie umierają w starciu z psychopatami? To jest sprawiedliwość? Opowiem wam historię, na moim szlaku wojennym byłem w niejednym miejscu. Widziałem jak zajadle bronili się Niemcy w Czechach, nawet pomimo faktu, że ich rdzenne tereny były już prawie w 100% zajęte. Widziałem też jak witała nas ludność ukraińska, która tyle się wycierpiała, a przecież Kijów od Paryża nie dzieli wiele więcej niż 2 tysiące kilometrów. Jest takie państwo, o czym pewnie wszyscy wiecie, nazywa się Kazachstan, leży tam gdzie dla nas Europejczyków jest już koniec świata. I powiem wam, że coś w tym jest. Wyobraźcie sobie pieszą wędrówkę z Oranu do Abidżanu, to trochę jak nasza wędrówka z ostatnich „przystanków” cywilizowanego świata do Kazachstanu. Otóż ten Kazachstan, kiedy jeszcze był radziecką republiką dotknęła klęska głodu, podobna do tej ukraińskiej. Na przełomie lat 20 i 30 zmarła mniej więcej połowa Kazachów, miejscowi ludzie opowiadali mi, że z 18 milionów owiec w 1928 roku w cztery-pięć lat później było już nieco ponad milion owiec. Za Związkiem Sowieckim leżał jeszcze jeden przeciwnik. Być może najbardziej psychopatyczny i bezwzględny. Nankin był kiedyś wspaniałym wielkim miastem - stolicą Chin. Tymczasem Japończycy sprawili, że w mieście tym płynęły rzeki krwi. Pewnie myślicie, że przesadzam, ale wiedzcie, że gdyby Japończycy wpadli wtedy do Oranu, to nie przeżyłby nikt. A przecież historia pokazała, że Nankin był dopiero początkiem, w końcu wojskowi z Tokio dopięli swego, złamali wielkiego chińskiego smoka. A jeżeli na tym świecie upadło już Imperium Rzymskie, Imperium Czyngis-Chana, carska i sowiecka Rosja, wspomniana Japonia to może upaść także i Francja. Może nie dzisiaj, może nie jutro, ale jeżeli pozwolimy sobie wmówić, że możemy tworzyć państwo bez armii, naród bez honoru, że możemy nie pamiętać o swoich przodkach, to szybko okaże się, że i dla nas może zabraknąć miejsca na mapie świata. Nie proszę was o wiele, tylko o to żebyście byli przyzwoitymi ludźmi. – w tym momencie żołnierz wstrzymał oddech i wybuchły oklaski, które trwały jeszcze kilka chwil, po nich rozmowa z uczniami podążyła w innym kierunku. – Zacznę jednak od początku, otóż jak mówiłem urodziłem się w Oranie, ale w wieku 4 lat wyprowadziłem się do Marsylii. Nie oznacza to jednak, że zerwałem całkowicie kontakt z tym miejscem. Swoją drogą przypomniało mi się jedno lato, kiedy byłem tu jeszcze u ciotki i babci, było to w roku 1927. Przypomniałem sobie o nim ze względu na dzisiejszy skwar. Powiem wam jednak, że kocham ten skwar, kiedy byliśmy w Kazachstanie temperatura nierzadko…

    I tak trwało spotkanie, jedno z tysięcy, które odbywały się w maju i czerwcu 1946 roku.



    Technikalia: HoI2, vanila, łatwy/słaby.
     
  2. sieka

    sieka User

    Vive la France!

    #2 "Kurtyna!"

    [​IMG]


    7 września 1948 roku, Paryż.
    Było już dość późno, w każdym razie niebo powoli wypełniały gwiazdy, gdy pod Pałac Elizejski podjechały trzy limuzyny. Z każdej z nich wysiadło po dwóch mężczyzn, którzy szybkim krokiem ruszyli w stronę drzwi wejściowych. W owych drzwiach stał już i czekał na nich minister spraw zagranicznych Francji Pierre Henri Watier. Po krótkich słowach powitania i uściskach dłoni wszyscy zostali zaproszeni do środka, gdzie zmierzali do gabinetu prezydenta. Jedni z nich znali korytarze pałacu lepiej zaś inni byli tu pierwszy raz. To co ich łączyło to świadomość konsekwencji jakie może przynieść wieczór. Spotkanie na szczycie podzielone zostało na dwie części, w pierwszej z nich wszyscy obecni mieli zdać swoje relacje, w drugiej natomiast uczestniczyć miało tylko najwęższe trzyosobowe grono - o tym jednak nie wiedział żaden z przybyszów. Nagle goście podeszli do olbrzymich drewnianych drzwi, przy których przystanęli, ale tylko na chwilę by dać czas strażnikom na ich otwarcie. Za nim znajdował się gabinet pośrodku, którego stał wielki prostokątny stół. Z tyłu na ścianie wisiały dwie francuskie flagi i godło kraju. Miejsce za krótszym bokiem stołu było już zajęte przez gospodarza – prezydenta III Republiki .
    - Witam panowie, proszę zajmijcie swoje miejsca. – powiedziała głowa państwa i zapraszającym gestem wskazała puste miejsca przy stole – Pierre, ciebie zapraszam tutaj, koło siebie.
    I tak wszyscy po kolei zajęli krzesła. Przy krótszym boku siedział prezydent z szefem MSZ-u. Z lewej strony kolejno ambasadorzy francuscy bądź ich wysłannicy z Irlandii, Hiszpanii i Holandii, a naprzeciwko nich z Rosji, Japonii i Polski. Rolę moderatora dyskusji szybko przejął Pierre Henri Watier.
    - Panie Roux, czy udało się stworzyć grunt pod rozmowy z Irlandią?
    - Niestety, rząd w Dublinie nie chce słyszeć o żadnych propozycjach. Paraliżuje ich strach i brak wiary w możliwość skutecznej inwazji na Wyspy Brytyjskie. Dano mi do zrozumienia bardzo wyraźnie, że nawet Ulster nie jest wart podjęcia ryzyka. Moi rozmówcy wśród, których nie brakowało przecież ludzi najwyższego szczebla uważali, iż nawet jeżeli fantastyczna wizja francuskiej flagi nad Londynem spełniłby się, to przecież ich kraj będzie pierwszą ofiarą ataku odwetowego Amerykanów. Jednym zdaniem Dublin mówi nie. – po tych słowach przy stole zaległa cisza, nie takich informacji oczekiwali zgromadzeni.
    - Jeśli mogę się wtrącić panie ministrze. – nieśmiało zaczął starszy mężczyzna siedzący za tabliczką z napisem „Holandia – Pierre Decroue” – Muszę przyznać, że moja misja w Amsterdamie również nie przyniosła spodziewanego skutku. Lokalne władze są przekonane, że żadnego konfliktu nie będzie, a ich krajowi nie zależy na żadnych zyskach terytorialnych na Dalekim Wschodzie, ani w Europie. Jednocześnie bardzo stanowczo zakomunikowano mi, iż w wypadku jakiegokolwiek konfliktu Holandia będzie walczyć po stronie swoich dotychczasowych sojuszników, a lotniska i porty będą otwarte dla ich wojsk.
    - Bardzo twarde stanowisko, muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak nieprzychylnego przyjęcia, w zasadzie nawet nie negocjacji, raczej jakiegoś pomysłu. – pomyślał na głos minister.
    - Jednak ja odebrałem to nieco inaczej. – odezwał się znowu wysłannik z Amsterdamu - Wydaje mi się, iż przez moich holenderskich rozmówców przemawiała raczej brytyjska propaganda. Było to prężenie muskułów. Chciałem prosić o zgodę na kontynuowanie mojej misji. Przecież ten kraj nie byłby w stanie utrzymać swoich granic w nadchodzącym konflikcie, ani tutaj w Europie, ani tym bardziej w Azji. Moim zdaniem nie powinniśmy przejmować się tym co usłyszałem, raczej szukać rozwiązań z opozycją. – narastało zaciekawienie tezami pana Decroue, który kontynuował swój opis potencjalnych środowisk zainteresowanych współpracą z Paryżem, po czym zakończył wypowiedź – Jestem przekonany, iż Holandia nawet jeśli nam nie pomoże to w godzinie próby nie będzie stawiać większego oporu.
    - Muszę przyznać, że imponuje mi pana wiedza. Świetnie się pan spisał. Mam nadzieję, że równie ciekawe rzeczy usłyszę z ust ambasadora Gonzalesa. – zwrócił się minister do wysłannika z Hiszpanii.
    - W zasadzie to ciężko cokolwiek powiedzieć. Stanowisko Madrytu jest niejednoznaczne. Z jednej strony wdzięczność dla Francji za uratowanie kraju przed faszystowskim widmem jest ogromna. Wszyscy tam pamiętają o pomocy jakiej Paryż udzielił legalnie wybranym władzom w trakcie wojny domowej. Bardzo kusząca jest również perspektywa kontroli cieśniny gibraltarskiej. Jednakże moi informatorzy powiedzieli bez ogródek, iż rząd w Madrycie nie opowie się po żadnej stronie konfliktu dopóki ten nie wejdzie w decydująca fazę. Co oznacza, iż zdobycie kontroli nad Gibraltarem w pierwszej fazie ewentualnego konfliktu jest niemalże niemożliwe, a już na pewno nie z lądu. – w trakcie całej narady ani słowem nie odzywał się prezydent, siedział z boku wyraźnie w cieniu ministra Pierra Henriego Watiera, ten dopytywał jeszcze wysłannika z południa na ogólne nastawienie hiszpańskiego społeczeństwa do ewentualnej wojny, a także zlecał mu kolejne misje, kolejne informacje do zdobycia. Potem zaczęli zdawać raporty przybysze z sojuszniczych krajów, najpierw z Polski.
    - Warszawa ustami Józefa Becka powiedziała wprost, iż gdy tylko nadejdzie taka okoliczność są gotowi wycofać swoich żołnierzy z terenów zarówno przyszłego państwa chińskiego jak i mongolskiego. W tajnych naradach polski sztab wyraził gotowość uderzenia na brytyjskie pozycje lądowe w Azji. Ze względu na niedostateczny stan przygotowania marynarki nie jest natomiast Warszawa w stanie brać udziału w jakichkolwiek ofensywach wymagających użycia floty. Józef Beck, u którego gościłem zapewniał mnie gorąco, że wojsko polskie jest gotowe chronić Europy jeżeli francuskie jednostki byłyby zajęte w innym regionie świata.
    - Beck to człowiek, któremu można ufać panie prezydencie. – zabrał głos Watier – Ilekroć jestem w Polsce tylekroć słyszę, że jej mieszkańcy nigdy nie zapomną narodowi francuskiemu ratunku w czarnej godzinie, gdy nazistowskie wojska weszły do Warszawy. Zresztą lojalność polski to rzecz, za którą mogę ręczyć własną głową. Jak rozmowy z Rosją?
    - Aleksander Kiereński powiedział, iż kraj wciąż podnosi się sowieckiego wstrząsu i ciężko mu jest jednoznacznie powiedzieć na ile będzie mógł pomóc. Kazał również zwrócić uwagę na cierpienia narodu rosyjskiego w ciągu ostatniego półwiecza. Najpierw reżim carski, później wojna domowa i bolszewickie piekło na ziemi, którego nie sposób zrozumieć jeśli się nie zobaczy.
    - Rozumiem w jakiej sytuacji znajduje się Kiereński. – przerwał minister – Proszę jednak spróbować wpłynąć na niego. Niech mu pan powie, że nic tak nie podnosi ducha narodu jak zwycięskie konflikty. Zresztą kto jak kto, ale Kiereński powinien coś o tym wiedzieć. A żołnierz rosyjski byłby nam bardzo potrzebny, gdyby coś miało się wydarzyć. – Watier westchnął, ścignął okulary, zaczął je czyścić i kontynuował wypowiedź – Wszyscy pamiętamy męstwo ich armii na dalekim wschodzie. Powiedziałem wtedy Aleksandrowi „Wiem, że Rosja jest okrojona, wiem, że wasze państwo nie jest już olbrzymim Imperium, ale cokolwiek zwojujecie na tej wojnie zostanie przy was”. I jak się skończyło? Mandżuria i Korea należy do Rosji. Potrzebujemy rosyjskiego żołnierza, powtarzam to po raz ostatni. Jeśli Kiereński będzie chciał w zamian za pomoc Wyspy Wielkanocnej, proszę mu obiecać w zamian Wyspę Wielkanocną, zrozumiano? – ambasador pokiwał głową, a Watier zwrócił się do przybysza z Dalekiego Wschodu. – Mam nadzieję, że podróż pana nie zmęczyła?
    - Była długa, ale wszystko w porządku, dziękuję.
    - Proszę zatem o wieści z Tokio.
    - Na wyspach wciąż żywa jest idea uszczknięcia dla siebie dużych kawałków Azji, rząd w Tokio wierzy, że walcząc po naszej stronie będzie mógł liczyć przynajmniej na Filipiny, czy Holenderskie Indie Wschodnie. Zapewniono mnie, iż niezależnie jak ułoży się konflikt Paryż może liczyć na swoich dalekowschodnich sojuszników. – powiedział z satysfakcją wysłannik.
    - To bardzo interesujące. Muszę przyznać panowie, iż wszyscy spisaliście się na medal. Tym czasem strażnicy odprowadzą was do limuzyn, a jutro dowiecie się co dalej. – minister wstał, uścisnął wszystkim dłonie i został sam na sam z prezydentem – Teraz czas zawołać premiera. - wyszedł na chwilę przez tajne przejście za jedną z flag i wrócił po chwili z premierem.
    - Dobry wieczór panie prezydencie. – powiedział Georges Bidault i zajął jedno z miejsc przy stole – Przysłuchiwałem się tym sprawozdaniom i muszę przyznać, że kwestia międzynarodowa nie wygląda tak źle jak myśleliśmy. Możemy liczyć na przychylność większości z krajów, gdyby Brytyjczycy zaatakowali dzisiaj udałoby się nam na pewno uzyskać poparcie większości krajów Europy.
    - Jak przebiegło spotkanie w Turynie? – zapytał Watier.
    - Bardzo kiepsko, muszę przyznać, że Mussolini nie chce opowiadać się po żadnej ze stron. Jestem ponadto przekonany, że Brytyjczycy też próbowali zabiegać o jego poparcie. Zepsuliśmy sobie stosunki z Włochami przez ostatnie kilkanaście lat, a ten cały Benito potwierdza z roku na rok, że jest raczej typem jakiegoś chłopca, który do polityki podchodzi emocjami, nie rozumem. Powinien się cieszyć, że nie załatwiliśmy go do tej pory. – powiedział to po czym trzasnął w stół.
    - Spokojnie. – szef MSZ-u poczęstował wszystkich papierosem, ale wobec odmowy innych podszedł do okna, gdzie nie przeszkadzając inny zapalił swojego. Zaciągnął się dymem, wypuścił go i zaczął mówić – To co mnie jeszcze martwi to stanowisko Turcji i Izraela. Transport wojsk polskich i rosyjskich byłby dużo prostszy gdyby tylko Ankara weszła w nasz sojusz. Tylko, że Ankara nie ma interesów, które moglibyśmy im załatwić. - powiedział to i przeszedł do tematu bliskowschodniego pata, arabsko-żydowskiego konfliktu - Izrael zaś pokonał ostatnio Jordanie, w ile? Tydzień?
    - Przecież to nonsens! – krzyknął premier – Jordania to była pestka. Nie mają szans z naszą armią. Ja jestem przekonany, że ostatecznie będą woleli zezwolić nam na przemarsz.
    - Ja myślałem raczej by wykorzystać jakoś Polaków. W Polsce wciąż mieszka wielu Żydów, jestem przekonany, że z pomocą Becka uda nam zmiękczyć stanowisko Izraela. – odpowiedział Watier
    W tym momencie prezydent pierwszy raz w ciągu wieczora zabrał głos.
    - Drodzy panowie. Najważniejsze to nie dać się sprowokować, sytuacja będzie musiała niedługo się rozwiązać. Nie możemy zbroić się w nieskończoność, oni też zresztą. Tak w ogóle Brytyjczycy nie stanowią dzisiaj problemu, pamiętajcie kto jest za oceanem.
    - Panie prezydencie z całym szacunkiem, ale jestem przekonany, że moi dyplomaci będą w stanie zawrzeć pokój z rządem w Waszyngtonie. – odparł minister spraw zagranicznych – Najważniejsze to przytemperować Londyn. Później okaże się, że stolica Euroazji jest w Paryżu i każdy musi się z nami liczyć. Jeżeli poddało się nam Tokio Waszyngton nie będzie ryzykować konfliktu. Sprzeda nam Brytyjczyków w zamian za wolną rękę na kontynencie amerykańskim.
    Narada trwała jeszcze kilkanaście minut, Watier próbował przekonać wszystkich do swoich racji, premier Bidault żył już jednak w rzeczywistości wojennej, a prezydent Vincent Auriol zdawał się wierzyć w to, że napięcie na linii Paryż – Londyn to tylko mały spór w zwycięskim obozie. Nie wiedział on jednak jak dalece zaawansowany jest program zbrojeń. Prezydent niewiele zresztą wiedział, ale zdobycie jego przychylności było z wielu powodów ważne dla każdej z frakcji ścierających się u szczytów francuskiej władzy.
    [​IMG]
    Rząd francuski we wrześniu 1948 roku
     
  3. sieka

    sieka User

    Vive la France!

    #3 "Zdrowe porozumienie"

    10 września 1948 roku, Odessa.
    Nad Odessą panował mrok. Miasto pomimo przynależności do Polski, odbudowywało swój narodowy charakter. Po latach sowieckiej niewoli wciąż nie odrodziła się niepodległa Ukraina, natomiast powstała bardzo szeroka autonomia w ramach Rzeczypospolitej Narodów. W tym związku, jak nietrudno się domyśleć, kluczową rolę odgrywała Warszawa, na drugim miejscu zdecydowanie zarysowywał się jednak Kijów. Zadziwiająco sprawnie przebiegła również adaptacja Litwinów. Pomimo, iż w dwudziestoleciu międzywojennym śpiewane były pieśni skierowane wprost przeciwko Polakom, a dzień utraty Wilna był co roku "żałobnie celebrowany" to jednak większość prostej ludności niespecjalnie protestowała przeciwko włączeniu ich kraju do federacji pod egidą Warszawy. Było to związane z faktem skompromitowania się poprzedniego reżimu, który najpierw nie był w stanie zapobiec utracie Kłajpedy, a w końcu nie potrafił zatrzymać procesu wcielenia Litwy do Związku Radzieckiego. Trzeba wyraźnie zaznaczyć w tym miejscu, że ruchy separatystyczne mimo wszystko istniały i co jakiś czas przeprowadzały akcje skierowane przeciwko Polakom. Główne ogniska wspomnianych ruchów to kowieńszczyzna, zachodnia i centralna Ukraina, a także dawne Prusy Wschodnie, gdzie wciąż mieszkało wielu Niemców. Bezproblemowo zaś udało się przyłączyć Białoruś, na co wpływ zapewne miała trauma związana z okresem dwudziestolecia międzywojennego i nie rozbudzona nigdy zbyt silnie świadomość narodowa. Ciężko również pisać o jakichkolwiek ruchach separatystycznych w odniesieniu do krajów bałtyckich. Tak Łotwa jak i Estonia cieszyły się dużą samodzielnością w ramach Rzeczypospolitej, kraje leżące między Zatoką Fińską a Morzem Czarnym zdały sobie sprawę, że bezpieczne mogą być tylko w bliskim sojuszu.
    Był to stan tymczasowy, w zależności od rozwoju wypadków na arenie międzynarodowej każdy naród miał dostać niepodległość w ściśle określonym czasie. Naród niemiecki ze strony Francji otrzymał zapewnienie, że najpóźniej w 1955 roku będzie dysponować własnym państwem. Polska zobowiązała się w 1950 roku przeprowadzić referendum niepodległościowe na Łotwie i w Estonii, wyniki w obu krajach musiały przekraczać 50%. Ukraina i Białoruś na swoją kolei miały czekać do powstania Niemiec. W roku 1948 nastroje były jednak mocno propolskie, a jakiekolwiek referendum miało głębszy sens jedynie na Ukrainie. Co zaś tyczy się Litwy została ona częścią Rzeczypospolitej na czas nieokreślony.
    Józef Beck i prezydent Ignacy Mościcki zorganizowali w dniach 8 - 10 września wielki szczyt w Odessie dotyczący basenu Morza Czarnego. Stawili się ministrowie spraw zagranicznych Rumunii, Bułgarii, Turcji, Gruzji i Rosji, a swoją specjalną delegację wysłała również Francja. Na jej czele stał premier i szef MSZ-u. Oficjalnym celem konferencji było rozgraniczenie wód terytorialnych i zagadnienia związane z bezpieczeństwem. Było jasne, że w związku z obecnością przedstawicieli ścisłej władzy III Republiki musiał dojść też do bardziej niejawnych spotkań. Na nich przedyskutowano kwestie dotyczące ewentualnego konfliktu. Bułgaria jasno podkreśliła swoją neutralność, podobnie postawił sprawę Bukareszt, nawet pomimo faktu świetnych stosunków z Francją, Polską i Rosją Kiereńskiego. Największy zawód sprawiła gospodarzom delegacja Turecka, która podkreśliła, iż Ankara nie będzie włączać się w żadne konflikty, a przez cieśninę Bosfor nie przepłynie żaden okręt wojenny.

    [​IMG]

    Późno w nocy trwało już jednak zupełnie inne spotkanie.
    - A jak wygląda kwestia związana z Izraelem? - zapytał Pierre Henri Watier.
    - Ambasador w Warszawie powiedział wprost "Żadnych wojen z Brytyjczykami". Wygląda na to, że przedstawiciele tego kraju bardzo poważnie postawili sobie za zadanie budowę młodego państwa. - ze smutkiem odpowiedział Józef Beck, po czym wszyscy obecni (tj. szefowie MSZ-ów Francji i Polski a także odpowiednio premier i prezydent tych krajów) pogrążyli się w swoich myślach.
    - Zawsze można użyć floty do desantu na Egipt, prawda panie premierze? - przerwał milczenie Watier.
    - Darlan określił stan przygotowania francuskiej floty jako umiarkowanie zadowalający. Jesteśmy w stanie utrzymać kanału La Manche na jakiś, ale zbytnie rozproszenie sił może mieć zgubny wpływ na powodzenie głównej operacji. Wszystko zależy od tego jak długo będzie trwał opór na Wyspach. - odpowiedział chowając twarz w rękach.
    - Mam inne pytanie, jeśli pozwolisz Józef. Jaka przyszłość ma czekać Panów zdaniem Londyn? Okupacja? - do dyskusji włączył się Mościcki.
    - Co do tego jesteśmy pewni, zaproponujemy rządowi w Londynie wejście do naszej Unii, jeżeli się zgodzi natychmiast nastąpi wstrzymanie ognia, jeżeli nie planujemy rozczłonkowanie Brytyjskiego Imperium na Szkocję, Anglię i Walię. - Pierre Henri Watier ciągnął dalej - Nie ma pełnej zgody co do losu północnej części Irlandii, chcielibyśmy oddać ją pod administrację Dublina, ale tamtejsza władza boi się odwetu Ameryki.
    - A jeżeli operacja w ogóle się nie uda? - drążył dalej Mościcki.
    - Nie ma takiej możliwości! - poderwał się premier Francji - Jeżeli udał nam się desant na wyspy japońskie tysiące kilometrów od domu to czemu ta operacja miałaby się nie udać? Grunt to szybkość, jeżeli Amerykanie dotrą do Londynu przed nami to z całą pewnością konflikt może się przedłużać, ale i na to mamy sposób. - uśmiechnął się tajemniczo i kontynuował - Nasi naukowcy opracowali broń, która jest w stanie zniszczyć każdy punkt na mapie świata. - Georges Bidault próbował mówić dalej, ale w zdanie wszedł mu jego partner.
    - To nic takiego, nie możemy przeceniać tej siły dopóki jej nie użyjemy. Na papierze cały projekt wygląda obiecująco, ale sami panowie wiedzą. Piechur to piechur.
    - Sęk w tym, że dotychczas rozgrywał pan karty świetnie panie Watier. - odezwał się Beck - Atak na Niemcy był ostatnim czego spodziewał się Hitler. Później wytrzymał pan wojnę nerwów na granicy ze Stalinem. Przyznaję chciałem by nasze armie ruszyły wcześniej, ale nie sposób mi odmówić panu nosa, dzięki temu uniknęliśmy wielu ofiar, a moja ojczyzna? Siedzimy dzisiaj w Odessie i cóż mogę dodać żeby nie umniejszyć mojego zachwytu? Później bój z wykrwawionym Japończykami, którym zdawało się, że jeżeli podbili, nie oszukujmy się, trzeci świat jakim były Chiny to mogą podbić cały świat. Francji za pomocą sprytu udało się pokonać trzy najstraszniejsze reżimy jakie istniał. - Beck nie krył zachwytu, lecz wyraz jego twarzy nagle się zmienił - Ale to wygląda jak szaleństwo. Frontalny atak nie tylko na Brytyjczyków, ale i na największe mocarstwo świata jakim niewątpliwie są lub wkrótce będą Stany Zjednoczone. A jak zamierzacie sprzedać swoim obywatelom tę wojnę? Jak wytłumaczycie im, że po Berlinie, Moskwie i Tokio nadszedł czas na Londyn?
    - Pamięta pan przez co rozpadł się sojusz? - głos zabrał premier - Naciski, aby już teraz dać Niemcom wolną rękę, aby teraz nagle wyzwolić pół świata, która nie jest jeszcze gotowa na niepodległość. Rzeczywistość nie wygląda tak jak chcieliby tego Anglosasi. Żaden naród nie umiera pod naszym jarzmem, każdy będzie miał swoje państwo, ale w swoim czasie. Zresztą z naszej inicjatywy powstała Rosja, nowa Japonia, Kambodża, Gruzja, Azerbejdżan i stany środkowoazjatyckie. Anglosasi nie kiwnęli palcem w trakcie tych wojen, Niemcy i ZSRR pokonaliśmy praktycznie bez ich pomocy, a na Dalekim Wschodzie? Wszystko jest jasne, Filipiny wciąż są pod okupacją Waszyngtonu. - Bidault nakręcał się coraz bardziej - I przyjdzie taki dzień panie ministrze i panie prezydencie, że oni przyjdą po nas. Pokój nie jest dany raz na zawsze, jeśli Brytyjczycy nie chcieli utworzenia wielkiej euroazjatyckiej unii to widocznie mają inne plany. Czego chcą? Utrzymywanie swoich wpływów w Kanadzie, Australii i Afryce jest dla nich ważniejsze niż bezpieczeństwo na Starym Kontynencie? Pewnego dnia wykonają desant i będą meblować sobie Europę po swojemu. Oni nie widzieli dramatu Europy Wschodniej, oni nie mieli nawet planów by ratować ten region Europy. Ja jestem przekonany, że gwarancje, których udzielili Polsce były warte tyle co nic. Warszawa podzieliła by los Wiednia i Pragi. A dzisiaj mają czelność mówić nam co mamy robić i nie chcą wchodzić do nowego układu? Nie mamy przecież zamiaru niszczyć narodów wyspiarskich. Chcemy tylko zdrowego porozumienia, którego ten rząd nie jest w stanie nam zagwarantować.
    - Ja i pan Mościcki jesteśmy całym sercem z Francją. Nie będziemy kwestionować tego konfliktu jeżeli wybuchnie, ale jesteśmy przeciwni długiej wojnie. Świat potrzebuje oddechu w tych tragicznych dla ludzkości latach, mamy nadzieję, że panowie zrozumieją.
     
  4. sieka

    sieka User

    Vive la France!

    Operacja "Marsylia"


    23 września 1948 roku, Paryż.
    - Powiem krótko, oby Amerykanom nie przyszło do głowy przepływać Atlantyk. - Robert Schumann kończył przeglądać plany operacji "Marsylia" - Wszystko tutaj wygląda świetnie, Brytyjczycy nie zdążą pisnąć, choćby chcieli. Jaki traktat pokojowy oczekujecie postawić w Londynie?
    - To będzie ciężki pokój, jeżeli Atlee odrzuci nasze ultimatum oczywiście. Po pierwsze zamierzamy stworzyć trzy, a może nawet cztery nowe państwa. Mam oczywiście na myśli rozczłonkowanie Zjednoczonego Królestwa... - Pierre Henri Watier nie zdążył dokończyć zdania, drzwi do gabinetu otworzyły się gwałtownie, stał w nich premier III Republiki.
    - Ooo, Robert, nie wiedziałem, że jesteś. - przywitał się wyraźnie zmieszany. zajął miejsce i zaczął palić papierosa. Po chwili wytłumaczył swoje nagłe najście. - Projekt naszej cudownej broni wypalił. Rozmawiałem z generałami. Wszyscy w wojsku wydają się być bardzo podekscytowani, że operacja "Marsylia" została zaakceptowana. Liczymy już dni. Czy ultimatum zostało przygotowane?
    - Oczywiście, że tak. Spotkanie z ambasadorem brytyjskim odbędzie się 30 września. Musimy być spokojni i działać z zaskoczenia, nie zapominaj o tym Georges! - odparował wyraźnie zdenerwowany minister spraw zagranicznych.
    - Ciężko jest to wszystko powstrzymać, przecież nawet ludzie na ulicy rozmawiają. Koncentracja wojsk trwa, nikt nie wierzy, że to manewry. Najważniejsze, jednak, że społeczeństwo uwierzyło w sens wojny. Przykręciliśmy im śrubę i uwierzyli. Mówiłem ci, im mniej psów szczeka tym mniej ludzie o nich pamiętają. Zdelegalizowanie części opozycji było strzałem w dziesiątkę. - odparował wyraźnie zadowolony z siebie Bidault.
    - Faktycznie, zdało swój egzamin. Pamiętaj, że miałem powody by w nie wątpić. Poza tym wolność narodu francuskiego po zakończeniu wojny będzie musiała zostać zwiększona.
    - Spokojnie Pierre. Pamiętaj, nie możesz zjeść ciastka i mieć ciastka. - zaśmiał się razem z Schumannem, na którego do tej pory nie zwracał uwagi - A tobie, jak ci się to podoba Robert?
    - Wygląda obiecująco. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik i wygląda na to, że za kilka tygodni Francja zostanie stolicą starego świata. - odparł z uśmiechem minister gospodarki, chociaż w zasadzie sam Schumann zajmował się bezpośrednio zbrojeniami - W dodatku miło mi poinformować panów, chociaż pan premier najwidoczniej już wie, iż nasz program atomowy przechodzi do kolejnej fazy. Wszystkie 6 głowic, które posiadamy są gotowe do użycia. Nad dowolny cel na globie mogą zostać przetransportowane za pomocą bombowców strategicznych lub rakiet. Wybór należy do panów.
    - Póki co wraz z wojskiem doszliśmy do wniosku, iż bomby atomowe nie będą używane. - wtrącił się Pierre Henri Watier - Nadaliśmy im status broni odwetowej. Nie możemy ryzykować.
    - Czego ryzykować?! - zezłościł się premier - Mamy niepowtarzalną okazję by rzucić świat na kolana i pokazać Anglosasom, w czyich rękach leży jedyny klucz do zwycięstwa!
    - Gergoers już to uzgodniliśmy. Nie możemy traktować broni atomowej tak jak konwencjonalnej. Głowice to nie karabiny! - kłótnia zaczęła się na dobre. Zaczynała się zresztą za każdym razem, gdy obaj panowie dyskutowali o możliwości użycia owego oręża. Bardziej porywczy premier na końcu każdej z nich w końcu dawał za wygraną. Wśród samej generalicji głosy również były podzielone. Większość dowódców skłaniała się ku opcji aby broni nadać faktycznie jej odwetowy status. Brak informacji na temat postępu prac Brytyjczyków i Amerykanów stanowił problem dla kręgów decydujących, które z jednej strony bały się ewentualnej eksplozji na terenie Francji, a z drugiej nie chciały ich prowokować swoim pierwszym krokiem. Sześć głowic nuklearnych spoczywało więc w ściśle tajnym miejscu, a nad następnymi pracowano w Vichy.

    [​IMG]

    Kiedy kłótnia została zakończona panowie kontynuowali rozmowę dalej, prócz Schumanna, z papierosem w ręku.
    - Plan w ogóle nie uwzględnia użycia dywizji sojuszników, dlaczego?- zapytał niepalący.
    - Nie chcieliśmy zbyt wcześnie informować naszych sojuszników, by nie prowokować niepotrzebnych przecieków, w końcu okazało się, że desant na Wielką Brytanie leży w zasięgu naszych wojsk. Zresztą widział pan liczby: blisko 200 dywizji, w tym 26 pancernych, 16 najnowocześniejszych lotniskowców. Plus całe mnóstwo najprzeróżniejszych samolotów. Jeśli Brytyjczycy są gotowi przeciwstawić się naszej armii, wiadomo, że częściowo rozproszonej, to na początku będą musieli dać sobie też radę z deszczem rakiet wycelowanych we wszelkie fortyfikacje i kompleksy zbrojeniowe znajdujące się na wyspach macierzystych. - Pierre Henri Watier kontynuował tę wyliczankę jeszcze kilka chwil ku uciesze premiera.
    - A co z prezydentem? - Schumann zabił jednym pytaniem radosnego ducha, który już niemalże powrócił do rozmowy.
    - Prezydent niewiele wie. - rzucił po namyśle Georges Bidault - Andre Marie obiecał stworzyć dla prezydenta złotą klatkę, zamierzamy postawić go przed faktem dokonanym. Nie oczekujemy od niego niczego, dosłownie niczego. Może być twarzą wojny, może odejść na ubocze. Przez ostatnie kilka lat sprowadziliśmy go do roli marionetki, ma jednak poparcie ludzi, dlatego jeżeli będzie chciał skrytkować wojnę będzie musiał zostać powstrzymany.
    - Kto z rządu oprócz mnie jeszcze wie?
    - My we trójkę, Marie, hmm, przychodzi ci ktoś jeszcze do głowy Pierre?
    - Chyba tylko my, no i oczywiście najwyższe i najbardziej zaufane osoby w samym wojsku. Tak czy siak Robert, tak jak mówiłem nic co usłyszałeś w rozmowie między nami nie może wyjść poza nas. Wiesz dużo więcej niż powinieneś, to oznaka zaufania. Jeżeli wszystko przebiegnie zgodnie z planem będziemy jednymi z najpotężniejszych ludzi na świecie. - dodał szef MSZ-u - No panowie, na mnie czas, muszę spotkać się z ambasadorem Węgier dziś wieczorem. Są KONFLIKTY i są konflikty, a wszystkie trzeba rozwiązać. - powiedział na koniec z uśmiechem po czym założył płaszcz i wyszedł.
     
Status Tematu:
Zamknięty.

Poleć forum